Strona główna Artykuły Numery 2011/3 (jesień) Niezbędne duchowe okulary, czyli jak szukać pracy
duchowe-okulary

Niezbędne duchowe okulary, czyli jak szukać pracy

Ostatnio świat opanowała moda na walkę ze stresem i wyścig z czasem. Wszędzie można przeczytać o tym, jak odpoczywać, jak „naładować akumulatory”. Są jednak tacy, którzy nie uczestniczą w tym biegu, mają nadmiar wolnego czasu i tkwią w przekonaniu, że w ich życiu nic się nie dzieje. Mają wrażenie, że chodzą w ciemności, nie wiedzą, dokąd idą i co mogą zrobić ze swoim cennym, danym im od Boga, życiem.

Takie myśli może wzbudzać długotrwały brak pracy, szczególnie w obecnych, niespokojnych czasach, kiedy dyplom ukończonych studiów nie jest już – tak jak dawniej – gwarancją znalezienia zatrudnienia, nawet tego poniżej oczekiwań, marzeń, wiedzy i umiejętności. Bezrobocie dotyka już ludzi nie tylko w średnim wieku, mających na utrzymaniu rodzinę, ale także młodych, często po studiach.

Po okresie pogodzenia się z trudnym doświadczeniem, kiedy zauważamy, że okoliczności się nie zmieniają, a my stoimy w miejscu, następuje bunt i pojawiają się pretensje do Boga. Przychodzi bezsilność, tracimy sens życia. Fizyczne oczy widzą tylko brak perspektyw i ciemny tunel, w którym poruszamy się jakby po omacku. Tak trudno uwierzyć, że coś się zmieni. I znowu podnosimy się, by zaufać Bogu, żeby się nie bać i nie zamartwiać. Jednak pytanie o wolę Bożą dla naszego życia wciąż pozostaje bez odpowiedzi. A może właśnie jesteśmy w centrum Jego woli?

Dlaczego ja?

W takiej sytuacji nie zawsze znajdziemy zrozumienie ze strony otoczenia, szczególnie wśród tych, którzy nigdy nie doświadczyli bezrobocia. Być może czujemy się gorsi, mniej wartościowi i obwiniamy siebie za nieudolne szukanie pracy, zbyt niskie kwalifikacje czy brak doświadczenia. Być może jesteśmy już tak przeczuleni, że każde słowo lub radę odbieramy jako atak na naszą osobę. Być może odczuwamy presję otoczenia. Wydaje nam się, że wszyscy uważają nas za osoby, którym Bóg z jakiegoś powodu nie błogosławi.

Może właśnie dlatego unikamy już ludzi. Zamykamy się w sobie, pogrążamy w depresji. Być może budzimy się rano i zastanawiamy, po co właściwie wstawać z łóżka. Ciągła apatia. Płacz. Zastój. Lęk o przyszłość. Zauważamy bezsilnie, że wszyscy wokoło mają lub otrzymują pracę, a my ciągle bezskutecznie jej poszukujemy. Ranią nas i irytują pytania: „A co ty właściwie robisz? Gdzie pracujesz?”. Mamy wrażenie, jakby pytali specjalnie, żeby nas doprowadzić do większej rozpaczy.

Jako osoby wierzące możemy jednak spoglądać na tego typu doświadczenia duchowymi oczami, patrzeć wyżej, z Bożej perspektywy. Bóg chce dać nam zatrudnienie – bez względu na sytuację na rynku pracy. Ktoś napisał, że łatwiej jest walczyć niż czekać bezczynnie. A my stoimy w miejscu i wyglądamy Bożych rozwiązań, które długo nie nadchodzą. Nie pytajmy wtedy: „Dlaczego tak się stało? Dlaczego ja?” – ale: „Co mam wynieść z tej lekcji?”. I przyjmijmy z pokorą wszystko, co się dzieje w naszym życiu, wierząc w słuszność Bożych działań.

Kiedy nie widać celu

W naszym ucisku usłyszymy nieraz wiele rad ze strony życzliwych nam osób, które w dobrej wierze będą próbować zaradzić naszym problemom. Wówczas, niestety, zamiast odpowiedzi może przyjść niepokój. Przecież nie wiemy, jaką wybrać drogę, która jest słuszna, kto tak naprawdę ma rację. Jest tak wiele ścieżek, tak wiele rozwiązań. Jeśli mamy określony cel, dążymy do niego, ale jeśli nie wiemy, o jakie stanowisko się ubiegać, przychodzi stres. Tak łatwo stracić pokój, którym chce nas obdarzyć Bóg.

Musimy znaleźć równowagę, starając się odciąć od spraw tego świata i od wielu głosów pochodzących z różnych źródeł, a skupić na relacji z Bogiem, na modlitwie. Zdaj się w milczeniu na Pana i złóż w nim nadzieję – zachęca Pismo Święte (Psalm 37:7a). Prośmy wtedy o Boże rozwiązania dla naszego życia. Bóg może nas zainspirować, dać nowe pragnienia. Chcąc wykonywać Jego wolę w naszym życiu, poddając się Mu, szukając tego, co On chce, abyśmy czynili, pokazujemy Bogu, że Mu ufamy. To krok wiary. Paradoksalnie czasem niewysłuchana modlitwa jest przejawem Bożej miłości i ochrony względem nas. On zna nas dokładnie, wie, jakie mamy zdolności i w czym najlepiej będziemy się realizować.

Czekaj: nie narzekaj

Permanentne szukanie pracy niesie niebezpieczeństwo, że skupiając się na problemie, stracimy właściwą perspektywę. Poszukiwanie daru zamiast Dawcy sprawia, że odczuwamy ciągłe napięcie dotyczące nierozwiązanego problemu i nie potrafimy dostrzec Bożego działania w naszym życiu, oznak Jego troski i łaski. Problem narasta. Być może jesteśmy już tak zajęci ciągłym poszukiwaniem pracy, że zapominamy o Bogu, a nierozwiązany problem staje się naszym współczesnym bożkiem. Albo w naszej modlitwie brakuje już wdzięczności za to, co do tej pory otrzymaliśmy od naszego Ojca, a skupiamy się na tym, czego jeszcze nie mamy. Być może sami próbujemy rozwiązać problem albo szukamy ratunku u ludzi, którzy zawodzą, zamiast u Boga.

Potrzeba dystansu

Tak trudno wierzyć, kiedy przez długie miesiące lub lata nie widać rozwiązań. Wiem z własnego doświadczenia, że w takich sytuacjach bardzo pomaga koncentrowanie się na innych ludziach, ich kłopotach i troskach, a nie na sobie samym. Nabieramy wtedy dystansu do siebie i naszych problemów. Ogromne znaczenie mają spotkania z osobami wierzącymi, które mogą modlić się za nasze życie. Wiele dają pokrzepiające słowa, które na nowo rozbudzą w nas nadzieję.

Patrząc z perspektywy czasu na to doświadczenie, musimy jednak szczerze przyznać, że dzięki niemu jesteśmy już inni niż na początku naszej drogi. Bóg zniszczył to, co było w nas niewłaściwe. Zmieniły się nasze poglądy, sposób patrzenia na życie oraz priorytety. Jesteśmy mocni. Gorzej, jeśli niczego się nie nauczyliśmy w tej dolinie i żyjemy w ciągłym buncie wobec woli Bożej, nie przyjęliśmy z pokorą naszej drogi, którą wyznaczył nam Pan. Trudne doświadczenia uczą uległości wobec Bożych dróg i pozwalają odkryć, że tak naprawdę są błogosławieństwem. Musimy tylko zrozumieć, że każda sprawa ma swój czas i swój sposób (Kazn. Sal. 8:7a). Pozwoli to pozbyć się goryczy i zaufać Bogu na nowo. Czy Jezus umarł za nas, żeby teraz o nas zapomnieć? Przecież powiedział: Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały (Ew. Jana 10:10b).