Strona główna Artykuły Tematyka Reportaż W kraju na tysiącach wysp
w-kraju-tysiacach-wysp

Filipiny – Kraj na tysiącach wysp

Nikogo już chyba nie dziwi obecność w niemal każdym kraju na świecie amerykańskich misjonarzy, którzy otwierają szkoły biblijne, budują kościoły i uczą angielskiego. Lecz kiedy na misję wyjeżdża Rumunka w wieku 24 lat, by najpierw leczyć dzieci w Senegalu, a później prowadzić klinikę na Filipinach, nie sposób potraktować takiej historii obojętnie.

O życiu w Rumunii, Senegalu i na Filipinach, a przede wszystkim o życiu z Bogiem, z Aliną Vodą rozmawia Estera Wieja

Filipiny przywitały mnie ogólnie panującym gwarem i zamieszaniem. Kraj, w którym jestem po raz pierwszy, w dziwny sposób nie wydał mi się obcy. Ruch uliczny, przydrożne sklepiki, a nawet same pojazdy przypominają mi zarówno Egipt, jak i Meksyk, a może nawet Hiszpanię. Ale nijak nie pasują do mojego wyobrażenia o Azji.

Szybko okazuje się, że moje obserwacje są w pełni zasadne – Filipiny to jedyny tradycyjnie chrześcijański kraj w Azji. Natomiast kultura narodu została w dużej mierze ukształtowana przez hiszpańskich najeźdźców, rządzących krajem przez wiele wieków. I stąd ogromne podobieństwa do Meksyku i krajów Ameryki Łacińskiej. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Filipińczycy posługują się alfabetem łacińskim. 

Dopiero po wylądowaniu w Azji dowiedziałam się, że w czasie mojej podróży Filipiny zostały zaatakowane przez otaczający je z każdej strony ocean. Tajfuny, które uderzyły w wyspy i ich stolicę – Manilę – odcięły tysiące mieszkańców od prądu, a setki domostw znalazło się pod wodą. Dziękuję Bogu za cud, jakim okazało się w związku z tym lądowanie samolotu, na którego pokładzie się znajdowałam. Niestety na miejscu dowiedziałam się, że moje spotkanie z Aliną, misjonarką i pielęgniarką, nie dojdzie do skutku właśnie z powodu nadciągającego kolejnego tajfunu.

Kim jest Alina Voda?

Alina Voda od kilku lat mieszka na Filipinach i – w skrócie – pomaga ludziom. To podsumowuje wszystko. Dlatego też ostatecznie nie mogłyśmy się spotkać. Ulewne deszcze, brak prądu i utrudnienia w poruszaniu się po mieście mogły być przeszkodą samą w sobie. Jednak dla Aliny głównym problemem było to, że dziesiątki Filipińczyków potrzebowało jej pomocy.

Po licznych próbach kontaktu przez telefon i przez Internet zdecydowałyśmy się przeprowadzić nasz wywiad na odległość – pomimo względnie tak niewielu kilometrów, jakie nas dzieliły tam na miejscu, w Manili.

Filipiny nie są Twoim ojczystym krajem. Gdzie zatem znajduje się Twój prawdziwy dom?

Moją ojczyzną jest Rumunia. Wyrosłam na rumuńskiej wsi w bardzo bezpiecznym środowisku. Nasze sąsiedztwo było bardzo tradycyjne, jak przystało na typową wieś prawosławną. Rodzina mojego taty od wielu pokoleń była związana z kościołem prawosławnym. Mama wywodziła się z kręgów ewangelicznych i mimo, że po ślubie przyjęła wiarę ojca, pamiętam, że przez większość mojego życia nie umiała określić swojej kościelnej przynależności.

Moje starania, by pogodzić wyznanie taty i mamy w naszym domu, nie tylko nie przynosiły efektów, ale wręcz traciły na sile w obliczu coraz większej ilości konfliktów. W tym trudnym miejscu Bóg wyciągnął do mnie swoją dłoń. Nasze problemy nie były dla Niego zbyt wielkie, wręcz przeciwnie. Stały się doskonałym punktem wyjścia dla Bożej miłości, która nauczyła mnie bezkompromisowości.

Zrozumiałam, że mogę całe życie zmarnować, próbując uwolnić się od wszystkich presji… Albo mogę oddać moje problemy Jezusowi, przyjąć Jego łaskę i odejść spod krzyża wolna i szczęśliwa. Ogromny wpływ na moje życie wywarła moja siostra, która poznała Jezusa dużo wcześniej niż ja. Wszędzie, gdzie się udawała, można było odczuwać „wonność Chrystusa”. Rzeczywistość wokół niej po prostu stawała się inna. I w wieku 14 lat również tego zapragnęłam. Bóg uwolnił mnie od moich lęków i pociągnął za sobą swoją miłością.

Do dzisiaj widzę, jak Jego łaska działa w naszym życiu – wszyscy moi dziadkowie przyjęli Jezusa do swojego życia, zanim umarli (a dwa lata temu przyjęli chrzest moi rodzice). Teraz wszyscy modlimy się jeszcze o mojego młodszego brata!

Poznałaś Jezusa, jeszcze mieszkając w Rumunii. Jak to się stało, że już tam nie mieszkasz?

Będąc nastolatką, chciałam zostać stewardesą. Kochałam samoloty i niemalże wykręcałam sobie kark, obserwując niebo za każdym razem, gdy słyszałam odgłos przelatujących maszyn. To nie było tylko dziecięce marzenie, gdyż naprawdę walczyłam o jego spełnienie. Zaczęłam uczyć się języków i w szkole średniej mówiłam już płynnie po angielsku i francusku.

Zamierzałam zrealizować swój plan od razu po maturze, kiedy Bóg wkroczył w moje życie z inną propozycją. Wyraźnie odczułam, że mówi do mnie: „Alina, oddaj mi swoje marzenia, a Ja przemienię je w coś piękniejszego dla mojej chwały!”. W ten sposób trafiłam do szkoły biblijnej, gdzie postanowiłam odkryć, co tak naprawdę dotyka Bożego serca.

Wtedy poczułam, jak moje serce zostało złamane dla zagubionych narodów na świecie. Pytałam Boga, gdzie mnie potrzebuje, i On położył na moim sercu Ruandę. Przez trzy lata modliłam się o jej mieszkańców, nie znając żadnego, ale wierząc, że Bóg sam otworzy dla mnie drzwi. W końcu, w październiku 2002 roku, postawiłam pierwszy krok na afrykańskiej ziemi! Cała moja historia związana z Ruandą to historia Bożej łaski i mocy!

Bóg w swojej wierności postawił na mojej drodze odpowiednich ludzi, zapewnił zaplecze finansowe i pokierował moimi krokami. Nagle znalazłam się pośród wędrownego ludu, niedożywionego, nieumiejącego posługiwać się żadnym pismem, zmarginalizowanego przez lokalną ludność. Bóg dał mi siłę, by opowiadać tam o nadziei i akceptacji, którą znajdujemy w naszym Panu. Tych kilka miesięcy nauczyło mnie, co to znaczy chodzić w wierze.

Co zaprowadziło Cię aż na Filipiny?

Będąc w Afryce, zrozumiałam, że aby móc służyć Bogu dalej, muszę zdobyć odpowiednie przygotowanie. Dzięki pomocy i miłości pewnej rodziny ze Stanów Zjednoczonych mogłam ukończyć kurs pielęgniarski. Następnie wyjechałam do Senegalu, muzułmańskiego kraju w zachodniej Afryce. Przez niespełna rok opatrywałam chorych, troszczyłam się o biednych i chłonęłam wiedzę medyczną.

Tam poznałam misjonarzy z organizacji New Tribes Mission (NTM), która się mną zaopiekowała. Nie bałam się pracy na pustyni bez elektryczności i wszelkich wygód. Przebyłam szkolenie NTM, dzięki któremu wiem już, jak uczyć się niepisanych języków, jak się dostosować do obcej kultury, a także jakie są podstawy tłumaczenia Biblii oraz zasady przetrwania w trudnych warunkach.

W czasie tych przygotowań Bóg tak pokierował moimi drogami, że w szybkim czasie znalazłam się na Filipinach. I tak wkrótce miną trzy lata, odkąd tutaj mieszkam. Od samego początku byłam mile zaskoczona radością na twarzach ludzi. Mimo, że życie w tym kraju nie jest łatwe, cały rok panuje upał i wysoka wilgotność, a w wyspy uderza około dwudziestu tajfunów rocznie – ludzie wydają się bardzo optymistycznie nastawieni.

Długo się zastanawiałam, skąd ta radość życia… czy pochodzi z silnych więzi rodzinnych? A może to wpływ słońca i ciepłych dni? Cokolwiek jest tego powodem, zawsze sobie powtarzam, że tak wiele mogę się od nich nauczyć!

Filipiny wyróżniają się na tle innych azjatyckich krajów. Używa się tu łacińskiego alfabetu, inne jest podejście do religii, nawet domy wydają się bardzo europejskie… Czy to właściwe obserwacje?

Tak. Filipiny rzeczywiście są wyjątkowe pod wieloma względami. Wystarczy jeden dzień w Manili, by zafascynować się kolorami i dynamiką miasta. Zadziwiają również dźwięki – większość Filipińczyków posługuje się tak zwanym „taglisz”, czyli połączeniem miejscowego języka tagalog i języka angielskiego (ang. Tagalog + English).

Fascynującym zjawiskiem są „autobusy”, powstałe z porzuconych jeepów amerykańskich, powszechnie zwanych jeepney. Stały się symbolem kraju, a zarazem przypominają o trudnej historii II wojny światowej i lat okupacji.

(Na przełomie XIX i XX wieku na Filipiny dotarła wojna amerykańsko-hiszpańska, rozpoczęta na Kubie, po czym kraj został brutalnie zaatakowany i był okupowany przez Japończyków w czasach II wojny światowej – przyp. red.).

Dzisiaj oryginalne jeepy dużych rozmiarów, które mogą pomieścić kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu pasażerów, zawsze są twórczo ozdabiane wszystkim, czym się da. Często obok figurek Marii, matki Pana Jezusa, stoi figurka Spidermana lub innego bohatera z bajek, komiksów czy filmów. Malowidła w środku i na zewnątrz w niezwykły sposób łączą elementy wielu wierzeń, kultur, epok i filozofii.

Mówi się, że Filipiny to jedyny chrześcijański kraj w Azji. Czy tak jest rzeczywiście?

Ponieważ kraj znajdował się przez wiele wieków pod panowaniem hiszpańskim, dzisiaj jest on w dużej mierze katolicki. Ale niestety, jak to zwykle bywa w krajach skolonizowanych, religia została narzucona ludziom i w większości nie wynika z przekonania w sercu.

Znając już język tagalog i coraz lepiej rozumiejąc tutejszą kulturę, dzisiaj widzę, jak cały kraj charakteryzuje przede wszystkim niewyobrażalny synkretyzm. To połączenie często rozbieżnych i sprzecznych poglądów wynika po prostu z zagubienia i braku poznania prawdy. Autobusiki jeepney są idealnym tego obrazem – ludzie przyjmują każde nowe wierzenie, każdy nowy trend i dodają je do swojego światka i swojej osobistej wiary.

Dlatego ciągle na nowo w społeczeństwie wypływają te same problemy, nawet w kościołach, które – jak się wydawało – powstawały już w oparciu o jasne wartości. Potrzeba jeszcze wiele pracy i wysiłku, żeby uleczyć to społeczeństwo. A będzie to możliwe tylko po położeniu nowych, dobrych fundamentów.

Ludność Filipin jest ogromnie zróżnicowana, ma się wrażenie, że każda wysepka to inny świat. Czy misjonarze i praca humanitarna dociera do większości z nich?

Tak, dzięki Bogu praca misyjna trwa na Filipinach nieprzerwanie od 50 lat. Organizacja, z którą pracuję, NTM, ma swoich reprezentantów w licznych społecznościach. W tym także w odizolowanych plemionach o wierzeniach animistycznych. Często do takich wiosek można dotrzeć, udając się w kilkugodzinną wędrówkę przez góry.

Tubylcy często posługują się sobie tylko znanymi językami, co bardzo utrudnia pracę na większą skalę. Niektóre języki nawet nie mają formy pisanej. Zatem tłumaczenie Nowego Testamentu na nie trwa czasami nawet do 20 lat.

Filipińczycy są otwarci na zwiastowaną im ewangelię, a to głównie za sprawą wcześniej zawiązanych relacji. Doceniają oferowaną im opiekę medyczną, okazywaną miłość i troskę. Widzą zastosowanie Bożej miłości. Najtrudniejsza sytuacja panuje na wyspie Mindanao, zdominowanej przez islamistów. Tam ma miejsce najwięcej konfliktów i jest to miejsce zdecydowanie niebezpieczne dla obcokrajowców.

Co Twoim zdaniem jest największą potrzebą ludzi na Filipinach?

W kraju pełnym korupcji, biedy i chorób nadal uważam, że największa potrzeba to potrzeba ludzkich serc, czyli pojednanie ze Stwórcą, jedynym Bogiem. Oczywiście często znajduję się w sytuacjach, w których największym wyzwaniem jest niesienie pomocy – czy to materialnej, czy fizycznej. Ale trzeba pamiętać, co jest w tym wszystkim najważniejsze.

Nadal się uczę, jak dobrze wykorzystywać każdą chwilę, mieszkając tutaj. Teraz nie udało nam się spotkać osobiście z powodu tajfunów i powodzi. To był największy kataklizm w Manili od 40 lat. Ostatnie dni spędziłam głównie pomagając rodzinom misjonarzy, którzy stracili wszystkie środki potrzebne im do życia i pracy. Niektórzy utknęli na dwa dni na dachach swoich mieszkań.

W środku tej tragedii można było jednak zobaczyć błogosławieństwo, jakie stanowiła jedność między ludźmi. Bez względu na to, ile kto miał i ile potrafił, wszyscy pomagali sobie nawzajem i dawali z siebie, co mogli. To niesamowite świadectwo troski i hojności tego społeczeństwa oraz środowiska misyjnego.

Po prawie trzech latach służby i nauki w tym kraju, po latach pracy jako pielęgniarka w kilku różnych klinikach, mogę teraz spojrzeć wstecz i zobaczyć, jak dobry i wierny jest Bóg.

Jakie wyzwania stoją teraz przed Tobą?

Moje serce pozostaje wrażliwe na potrzeby tych najmniejszych i najbardziej potrzebujących. Kilka miesięcy temu dostałam propozycję, by zamieszkać w jednej z wiosek na wyspie Palawan, gdzie misjonarze ogromnie potrzebują wsparcia. Jednak Bóg zamknął te drzwi przede mną i przez pewien czas bardzo trudno było mi to zrozumieć. Ale wierzę, że to nie był dobry czas.

W moim sercu nadal płonie żarliwość o pierwszych mieszkańców Filipin, na przykład o plemię Agta. Umieszczeni w rezerwatach, obecnie nie otrzymują zbyt wielkiego zainteresowania ze strony trzymających władzę. Filipiny to kraj bardzo silnie podzielony na klasy, co jest jeszcze konsekwencją czasów kolonialnych. Dyskryminacja i podziały są mocno odczuwalne nawet w stolicy, a może w szczególności tam.

Potrzebuję Bożej mądrości w obieraniu odpowiedniego kierunku w moim życiu. Mam świadomość, że nie mogę nigdzie udać się sama, w pojedynkę. Więc modlę się o zespół ludzi, z którym mogłabym pracować w miejscach największej potrzeby. Obecnie zaproponowano mi również przejęcie kierownictwa nad jedną z małych klinik, w której pracuję. Jeśli nie zdecyduję się na podjęcie tego wyzwania, klinika zostanie zamknięta.

Potrzebuję lekarzy, z którymi mogłabym pracować. Zarazem mam już przygotowane pewne programy szkoleniowe, które poszerzą wiedzę ludzi w zakresie podstawowych zasad higieny i prewencji chorób. Nasza klinika opiekuje się matkami z małymi dziećmi, mamy możliwość nawet prowadzenia studium biblijnego dla zainteresowanych. Chcę wypełniać Bożą wolę w miejscu, w którym jestem, i przynosić Mu chwałę tym, co robię.

W jaki sposób my, w Polsce, możemy modlić się o Ciebie i o Filipiny?

Przede wszystkim módlcie się o prawdziwy ogień Ducha Świętego w filipińskich kościołach. Jeśli kościoły powstaną i poznają, kim jest Pan Jezus Chrystus, wierzę, że to przemieni całe wioski i społeczności! W wielu miejscach następują przebudzenia, ale nadal potrzeba ich więcej.

Dziękuję Bogu za ludzi, którzy wspierają mnie poprzez przyjaźń i finanse, którzy się o mnie modlą, piszą do mnie i mnie odwiedzają. Szczególnie cieszy mnie ogromne wsparcie, jakie otrzymuję z Rumunii – jest to coś, w co nie uwierzyłabym jeszcze jakieś dziesięć lat temu! Świadomość, że inni stoją za mną, dodaje mi odwagi i nie pozwala mi czuć się osamotnioną.

Największym błogosławieństwem jest fakt, że mogę opowiadać innym o tym, jaki Bóg jest dobry i czego doświadczyłam z Jego ręki, służąc Mu i będąc mu posłuszną. Pan buduje swój kościół – buduje nas! To my decydujemy, czy chcemy stać się częścią tego wielkiego planu. Możemy być błogosławieństwem i być błogosławieni, dołączając się do Bożej pracy, jaka jest wykonywana na całym świecie.