(Nie)zwykła opowieść
Podczas pobytu szkoleniowego w USA w 2010 r. poznałem Filipińczyka o imieniu Jayjay, który opowiedział mi o swoim kraju. Mówił o pracy wśród dzieci z ubogich środowisk. Jego historie były niesłychane, przepełnione wołaniem o pomoc gdzieś z drugiego końca świata. Nigdy nie zapomnę filmu o Mary Rose, który wówczas pokazał mi Jayjay. Dziewczynka pracowała na śmietnisku i szczerze opowiadała o swoim życiu przed kamerą. Było to amatorskie nagranie mojego przyjaciela, które do dziś wywołuje w widzach poruszenie. Ten film nie dawał mi spokoju. Wracałem do mojego znajomego z pytaniami, dużo rozmawialiśmy. Odpowiedziałem na jego zaproszenie i postanowiłem odwiedzić Filipiny. Wiedziałem wówczas, że Fundacja HOP-E (Help Overcome Poverty through Education), którą założył Jayjay, prowadzi już jedną szkołę. Pomyślałem, że zbiorę trochę funduszy, aby im pomóc, i wyruszyłem w nieznane.
Wyprawa w nieznane
Na Filipinach pojawiłem się w marcu 2011 r. Kraj ten przywitał mnie niesamowitym upałem. Już po kilku godzinach zauważyłem, jak wielkie dysproporcje istnieją w społeczeństwie Filipin. Widziałem w stolicy ogromne budynki i całkiem ładne samochody, a na tych samych ulicach mijałem ludzi sprzedających papierosy na sztuki, koczujących i przeszukujących worki ze śmieciami. Gdy to zobaczyłem, przypomniała mi się historia człowieka o nazwisku Manny Pacquiao, który niegdyś również w ten sposób zarabiał na życie. Dziś jest wielokrotnym mistrzem świata w boksie, kongresmenem i bardzo pokornym człowiekiem, który publicznie mówi o swojej wierze w Boga. Jego życie diametralnie się odmieniło. Takie historie zawsze mnie fascynowały.
Zastanawiałem się, czy w tej sytuacji Pan Bóg nie mówi do mnie: „Możesz coś z tym zrobić”
W kolejnych dniach mojego pobytu odwiedziłem szkołę w Pintog Bukawe. Byłem zachęcony pracą fundacji, widziałem zadowolone dzieci, oddanych swojej pracy nauczycieli oraz wielu lokalnych wolontariuszy. Jednak tego, co wydarzyło się później, nie zapomnę do końca życia.
Pojechaliśmy do jednej z wiosek z podstawową pomocą medyczną. Tym razem mieliśmy ze sobą witaminę C w syropie. Dojechaliśmy do miejsca, w którym było mnóstwo dzieci i niewielu dorosłych. Nie za bardzo wiedziałem, co się tam dzieje. Zauważyłem, że dzieci wykonują jakąś pracę. Zacząłem zadawać pytania. Odpowiedź była wstrząsająca – dzieci pracowały w odkrywkowej kopalni rudy żelaza. Za pomocą tego, co miały w dłoniach, grzebały w ziemi i wykopywały z niej kamienie rudy żelaza. Pakowały je do worków, które przewożono ciężarówkami do portów, ładowano na statki i wysyłano do hut w Chinach.
Mnóstwo małych rączek
Kilka lat wcześniej pracowałem w branży zabawkarskiej i często spotykałem się z pytaniami klientów, czy przy wytwarzaniu zabawek chińscy producenci nie wykorzystują pracy dzieci. Nie miałem jednak wówczas pojęcia, co to oznacza w rzeczywistości. Wyciągnąłem mój mały aparat, zrobiłem kilka zdjęć, aby udokumentować to, co zobaczyłem. Nachodziły mnie refleksje, że to jakiś sen. Myślałem o moich własnych dzieciach – są w podobnym wieku. Chciało mi się płakać. To, co w tym wszystkim było najbardziej zdumiewające, to fakt, że dzieci były pełne entuzjazmu i ogromnie szczęśliwe, że ktoś je odwiedził. Rozdaliśmy im witaminę C. Miałem też ze sobą cukierki i lizaki, zapakowane przez żonę dla dzieci, które spotkam. Wyciągnąłem je z plecaka i w tym samym momencie otoczyło mnie mnóstwo dzieci, z rękoma skierowanymi w stronę słodkości. Przybywało ich coraz więcej. W całej tej scenie, kiedy dzieci dotykały mnie swoimi rękami, wiedziałem, że tak naprawdę dotykają mojego serca…
Bambusowa szkoła
Zadawałem pytania, co trzeba zrobić, aby zmienić życie tych dzieci. Zaczęliśmy się zastanawiać nad wybudowaniem szkoły w tej wiosce. Wyliczyliśmy koszt postawienia bambusowej szkoły i zakupienia pod nią ziemi. Nie chciałem jednak wtedy nic obiecywać. Chciałem wrócić do Polski i modlić się o to. Rozważałem, czy to tylko moje emocje czy może coś więcej. Zastanawiałem się, czy w tej sytuacji Pan Bóg nie mówi do mnie: „Możesz coś z tym zrobić”.
Miałem ze sobą cukierki i lizaki. Wyciągnąłem je z plecaka i w tym samym momencie otoczyło mnie mnóstwo dzieci, z rękoma skierowanymi w stronę słodkości. Wiedziałem, że tak naprawdę dotykają mojego serca…
Po powrocie do kraju podzieliłem się tym pomysłem z żoną, przyjaciółmi i liderami w kościele. Wszyscy odebraliśmy to jako nasze zadanie – pomóc tym dzieciom zmienić ich rzeczywistość. Kilka miesięcy później bambusowa szkoła już stała. W grudniu 2011 r. zostałem zaproszony na jej otwarcie. Ileż było radości tego dnia! Przyszli ludzie z całej okolicy. Dzieci ubrały się w mundurki szkolne, powiesiliśmy też flagi Filipin i Polski
Przedsięwzięcie, które wzbudza kolejne
Rok po tych wydarzeniach fundację odwiedzili goście z Nowej Zelandii. Zobaczyli wybudowaną szkołę. Postanowili pójść za tym przykładem i wybudować szkołę w kolejnej wiosce. Tak też się stało! Obecnie głównym projektem, jeśli chodzi o pomoc tym dzieciom, jest szukanie wsparcia dla programu „Adopcja serca”. W przyłączeniu się do tej akcji chodzi o zaadoptowanie wybranego ucznia i wspieranie go w nauce.
Ostatnio napisał do mnie na Facebooku 12-letni chłopiec z zapytaniem, czy może również jakoś wspierać jedno dziecko oraz czy w przyszłości może pojechać odwiedzić tę szkołę. Wzruszyłem się… Zdarza się, że szkoły i przedszkola w Polsce wybierają jedno dziecko z Filipin, które adoptują w ten sposób. To bardzo pomaga w kształtowaniu postaw wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka także wśród naszych, polskich dzieci.
Wizja na przyszłość
Obecnie prowadzone szkoły zajmują się nauczaniem wczesnoszkolnym. Wspieramy także trzy placówki w miejscowościach: San Andeas, Pintog Bukawe oraz Cuyabo, położonych na wyspie Luzon, ok. 70 km od Manili. Wszystkie szkoły objęte są polskim programem „Adopcja serca” na odległość. Uczy się w nich blisko 100 dzieci. Naszym marzeniem jest rozwinąć edukację w szkołach z poziomu wczesnoszkolnego na elementarny. Rozpoczęliśmy rozmowy w tej sprawie z lokalną jednostką odpowiedzialną za szkolnictwo. Kolejne nasze marzenie to rozpoczęcie uprawy ziemi na pobliskich terenach. Rozważamy uprawę ananasów i mango. Projekt ten pozwoliłby zatrudnić kilkadziesiąt osób, w tym rodziców uczących się dzieci. A to zdecydowanie obniżyłoby bezrobocie w regionie.
Opisany projekt, tak cenny dla dzieci mieszkających na Filipinach, utwierdza mnie w przekonaniu, że Bóg inicjuje wspaniałe rzeczy. Jeśli tylko dajemy się Mu poprowadzić, możemy przeżyć najpiękniejsze doświadczenia. Kiedy przy naszej pomocy Bóg chce zmienić czyjeś życie, warto powiedzieć: tak!