W rozmowach na temat uzdrowienia część argumentów ma charakter teologiczny, część natomiast wynika z osobistych doświadczeń, przemyśleń i obserwacji. Moje medyczne wykształcenie i dość spore już doświadczenie w kwestii Bożego uzdrowienia sprawiają, że potrafię zrozumieć przedstawiane argumenty. Jednak chciałbym także podzielić się kilkoma refleksjami. Są one rezultatem osobistych doświadczeń, obserwacji i czasu spędzonego z Bogiem nad zagadnieniem samego uzdrowienia oraz służby uzdrowienia.
Autentyczność czy udawanie?
Jedną z najbardziej atrakcyjnych dla otoczenia cech żyjącego z Bogiem chrześcijanina jest autentyczność. Któż z nas dałby się zwieść sztucznemu zainteresowaniu, przyklejonym, nieszczerym uśmiechom czy nieprawdziwym świadectwom życiowej przemiany? Nawet gdyby tak się stało, nasza fascynacja przerodziłaby się prędzej czy później w odrazę w stosunku do tych, przez których zostaliśmy po prostu oszukani. Musimy o tym pamiętać. Bowiem jeśli w jakąkolwiek dziedzinę naszego życia wkrada się sztuczność i fałsz, natychmiast tracimy to, co najbardziej przekonujące: prawdziwość i autentyczność. Jest to zarazem sygnał, że niedostatki naszej relacji z Bogiem i przygasające namaszczenie, zamiast uzupełniać w czasie spędzonym z Nim, staramy się rekompensować ludzkimi technikami. Staramy się przekonać innych, że „Bóg nadal działa”. Przykładów jest mnóstwo. Weźmy chociażby radość. Gdy zaczyna brakować autentycznej radości wynikającej z naszego codziennego zachwytu Jezusem, nie potrafimy cieszyć się podczas uwielbiania Boga w kościele. Jeśli nie jesteśmy pogodni w relacjach z innymi, tłumaczymy się, że ta radość to nie jakaś tania i hałaśliwa radość, ale to radość „głęboka”. Czasem bywa ona tak „głęboka”, że w ogóle przestaje być widoczna! Smutek po prostu widać na twarzy. Bądźmy szczerzy. Ta „głęboka” radość najczęściej jest po prostu brakiem radości. Czasem dajemy się nieprzyjacielowi wodzić za nos i zamiast zaczerpnąć tej prawdziwej radości u samego Boga, przestajemy być autentyczni. Udajemy, że jesteśmy radośni. Udajemy, że się nie martwimy. Udajemy, że się nie denerwujemy. Być może żyjemy pod presją konieczności wykazywania chrześcijańskich cech, nawet wtedy, gdy one się jeszcze nie rozwinęły. W takie sidła wpada wielu chrześcijan. To rozdźwięk pomiędzy tym, co szczere i prawdziwe, a tym, co jedynie udawane.
W obawie przed wypaczeniami
Cóż to wszystko ma wspólnego ze służbą uzdrawiania? Więcej, niż przypuszczamy. Spójrzmy, co się dzieje, gdy ludzie wierzący są przekonani (zresztą słusznie), że Boża obecność wśród nich powinna być związana z występowaniem uzdrowień, a tych uzdrowień jednak nie ma? Dlaczego zamiast otwarcie przyznać się do tego, że nie doświadczamy uzdrowień, ale tęsknimy za nimi i szukamy Bożego oblicza w tej sprawie, czasem dokładamy wszelkich starań, aby udowodnić, że jednak uzdrowienia są? Rezultaty są podobne do tych z przykładu o radości: uzdrowienia są tak „głębokie”, że często niewidoczne. Wmawiamy ludziom, że zostali uzdrowieni, choć to nie nastąpiło. Tracimy autentyczność, a ludzie rzekomo uzdrowieni muszą zmagać się z rozdźwiękiem pomiędzy tym, co widzą i czują w swoim ciele, a tym, co im wmówiono. Co gorsza, wszelkie wątpliwości bywają napiętnowane jako brak wiary. Nic więc dziwnego, że największa opozycja wobec uzdrowień nie dotyczy niezaprzeczalnych faktów, bo z nimi dyskutować się nie da. Dotyczy natomiast nadużyć, niedojrzałości oraz instrumentalnego traktowania chorych w służbie uzdrowienia.
Najgorszą rzeczą, jaką w obliczu nadużyć można zrobić, jest przekreślenie dziedziny, którą one wypaczają. W wielu miejscach zaniechano modlitwy o chorych ze strachu, w imię ochrony wierzących przed ewentualnymi nadużyciami w kwestii uzdrowienia. Podobnie w związku z nadużyciami w sferze służby proroczej zakazuje się prorokowania, by nie doszło do kolejnych nadużyć. Problem leży w tym, że na błędy reagujemy kolejnymi błędami. Najskuteczniejszym sposobem walki z tym, co błędne i skażone, jest ukazanie, jak powinno to funkcjonować w sposób właściwy i czysty. Nikt przecież nie zamyka wszystkich szpitali tylko dlatego, że czasem zdarzają się błędy w leczeniu.
Zachęcam do modlitwy aż do skutku. Nazywam to trwaniem w wierze, że Bóg jest zawsze dobry, że jest wierny, że Bóg nie jest dawcą niewoli
Przykład Jezusa
Jaka w związku z tym powinna być nasza postawa? Jak poruszać się bez obaw i rozwijać się w służbie uzdrawiania? Jak nie przynosić zgorszenia i nie pogłębiać bólu osób cierpiących? Jak nie niszczyć wiary w uzdrowienie u tych, którzy obserwując nadużycia w tej dziedzinie, stają się wobec niej sarkastyczni? Kluczem – zadziwiające, że znów, jak w tylu innych dziedzinach – jest miłość. Miłość nie patrzy bezczynnie na innych w niedoli i „nie szuka swego”. Cóż to praktycznie znaczy? Dokładnie to, czym kierował się Jezus. On nienawidził grzechu i choroby. Jedno i drugie wkroczyło na ziemię wraz z upadkiem człowieka, rujnując jego ducha, duszę i ciało, trzymając go w więzach cierpienia. Ten, który powiedział o sobie: bom Ja, Pan, twój lekarz (Ks. Wyj. 15:26c), przyszedł na ziemię w jakimś celu. Przyszedł, aby wyzwolić więźniów (a więc tych, którzy są w niewoli z powodu własnych przewinień) i wyprowadzić na wolność jeńców (będących w niewoli nie z własnej winy). Pismo Święte mówi nam, że jeśli Syn nas wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziemy (Ew. Jana 8:36). To o Nim król Dawid prorokował w Psalmie 103 (w. 3), mówiąc: On odpuszcza wszystkie winy twoje, leczy wszystkie choroby twoje. Idąc na krzyż, Jezus Chrystus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i wszystkie nasze choroby, a Jego sińcami zostaliśmy uzdrowieni (1 Piotra 2:24). Zadziwiające, że pomimo to ludzie nadal się zastanawiają, czy uzdrowienie jest zgodne z wolą Boga.
Nikt 2000 lat temu nie miał wątpliwości, że źródłem choroby jest szatan, a źródłem pełni zdrowia – Bóg. O Jezusie napisano, że przyszedł, aby ukazać nam Ojca. O samym sobie Jezus mówił: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (Ew. Jana 10:30) oraz Kto mnie widział, widział Ojca (Ew. Jana 14:9). Ojcowskie serce Boga nie pozostawało bierne wobec cierpiących. Nie było ani jednej osoby, na którą Jezus zrzuciłby „błogosławieństwo” choroby, mówiąc: „To cię nauczy pokory i dojrzałości”. Ani jednej. Gdziekolwiek Jezus się pojawiał, roztaczał wokół siebie przestrzeń Bożego Królestwa, w której czymś całkowicie naturalnym są uwolnienie, uzdrowienie i przebaczenie! Co więcej, od tamtego czasu Jezus nie zmienił się ani odrobinę.
Jezus poniósł na krzyż każdą chorobę i poprzez uzdrowienie otrzymuje chwałę za to, czego dokonał
„Prawda” dopasowywana do doświadczeń
No tak, przyznamy, ale przecież nie każdy, komu usługujemy, jest uzdrowiony. To prawda. Ale każdy, któremu On usługiwał – był. Nasz problem polega na tym, że czasem nie uznajemy, iż prawda o Jezusie takim, jakim widzimy Go na kartach Biblii, jest niepodważalna. A prawdą jest, że On uzdrawiał wszystkich. Świadczył tym jednoznacznie, jaka jest wola Boga wobec chorującego człowieka. Powinniśmy codziennie zabiegać o to, by nasze doświadczenia życiowe stopniowo dorastały do spójności z tą właśnie prawdą. Tymczasem często wybieramy odwrotny model działania. Staramy się dopasować prawdy zawarte w Bożym Słowie do naszych własnych doświadczeń. Skoro więc nie każdy, o kogo się modlimy, zostaje uzdrowiony, przyjmujemy, że Bóg po prostu nie chciał go uzdrowić. Teologia, którą w ten sposób tworzymy, godzi w prawdę o Jezusie.
Jezus nikogo nie odesłał z chorobą, mówiąc: „Dla ciebie wybrałem drogę zniewolenia chorobą”. Przerzucając winę za brak uzdrowienia na Boga, okradamy samych siebie z możliwości wzrostu w służbie uzdrawiania. Jeśli Jezus uzdrawiał wszystkich i nadal pragnie uzdrowienia dla każdego człowieka, naszym zadaniem jest wzrastać w namaszczeniu tak, by coraz więcej ludzi, którym usługujemy, było uzdrawianych zgodnie z Bożym pragnieniem. Zgodnie z ceną, którą za to uzdrowienie Jezus sam zapłacił, dając się ubiczować i przybić do krzyża. Czasami zmieniamy biblijny wzorzec, do którego mamy dorastać, mówiąc: „Tak, Jezus nie każdego chce uzdrowić, ale warto spróbować się pomodlić, może tym razem zechce”. To nie jest postawa wiary. Jezus już zapłacił za uzdrowienie najwyższą cenę. Jeśli myślimy, że u Boga musimy wybłagać uzdrowienie dla cierpiących, o których się modlimy, to tak, jakbyśmy byli przekonani, że nasze własne współczucie i miłość są większe od Bożego. I dopiero musimy Go przekonać, żeby zmiękczył dla nich swoje serce. To absurd. Nasza modlitwa o chorych nie ma na celu zmiękczenia Bożego serca i przekonania Boga, że „warto”. Nasza modlitwa musi być modlitwą zwycięstwa i obwieszczania tego, co już się dokonało na krzyżu.
Rujnowanie wiary w uzdrowienia
Cóż jednak począć, jeśli ludzie, o których się modlimy, nie zostają uzdrowieni? Jak zareagować, kiedy wiemy już, że przeszkody nie leżą po Bożej stronie? Zacznijmy od tego, czego nie należy robić. Niektórzy, kierując się dobrymi intencjami i chcąc jakoś pocieszyć osobę, która uzdrowienia nie doświadczyła, starają się wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Mówią, że być może Bóg ma inny plan niż uzdrowienie. Takie słowa przynoszą więcej szkody niż pożytku. Dlaczego? Ponieważ burzymy w ten sposób nasze własne przekonanie, że Jezus poniósł na krzyż każdą chorobę, zapłacił za nią cenę najwyższą i poprzez uzdrowienie otrzymuje chwałę za to, czego dokonał. Chwałę, której w przeciwnym razie by nie otrzymał.
Po drugie, tak postępując, rujnujemy wiarę w uzdrowienie u osoby, której usługujemy. Jeśli skutecznie ją przekonamy, że skoro nie doświadczyła uzdrowienia, to Bóg najwyraźniej ma w stosunku do niej inne plany niż uzdrowienie, jak możemy oczekiwać, że kiedykolwiek w przyszłości będzie chciała ponownie modlić się o uzdrowienie? Osoba taka często ulega rezygnacji i staje się bierna. Przestaje się modlić, by Bóg pokazał jej przeszkody na drodze do uzdrowienia. Ostatecznie, jeśli Bóg nie chciałby uzdrowić, po co w ogóle szukać przeszkód? Cóż więc w takiej sytuacji, jako usługujący, możemy począć?
Bóg dotknął mnie i trwale uzdrowił, wiedząc jak bardzo tego pragnąłem. To On, nie ja, wybrał odpowiedni moment
Dotyk Bożej miłości
We własnej służbie cały czas staram się pielęgnować w sobie świadomość, że głównym powodem, dla którego modlimy się o chorych, nie jest to, aby zostali uzdrowieni. Choroba, z którą przychodzą, to bardzo ważny powód do modlitwy, ale nie główny. Głównym powodem, dla którego modlimy się o chorych, jest to, aby dana osoba odczuła Bożą miłość, aby została otoczona Bożym współczuciem i przekonaniem, że Bóg tak samo nienawidzi tej choroby jak ona. Jeśli więc osoba, o którą się modlę, nie zostaje cudownie uzdrowiona i można to sprawdzić natychmiast, mówię, że Bóg ją kocha, że nienawidzi tej choroby, że zapłacił za jej uzdrowienie. I choć muszą istnieć jakieś przeszkody, dziś posunęliśmy się o krok do przodu w kierunku uzdrowienia. Zapraszam ją, by zwróciła się do Boga w modlitwie w tej sprawie. On może ukazać jej, jakie przeszkody stoją na drodze ku uzdrowieniu. Czasami może to być nieprzebaczenie, urazy, trwanie w grzechu (ale nie zawsze to jest powodem – pomyślmy chociażby o kimś chorym od urodzenia). Przede wszystkim zachęcam, by chciała się modlić o uzdrowienie następnym razem. Aż do skutku. Wielu ludzi uznaje to za rozbudzanie fałszywej nadziei lub niepotrzebnych złudzeń. Ja nazywam to trwaniem w wierze, że Bóg jest zawsze dobry, że jest wierny, że poniósł na krzyż wszystkie nasze grzechy i wszystkie nasze choroby, że Bóg nie jest dawcą niewoli.
Niektóre uzdrowienia dokonują się natychmiast, inne po miesiącach lub latach. Bóg ma w swoim sercu uzdrowienie całego człowieka, nie tylko jego ciała. Jest to jeden z powodów, dla których czasem potrzeba czasu, zanim nastąpi uzdrowienie. Osoby zaangażowane w służbę uzdrawiania mogą potwierdzić, że czasem dopiero po którejś z rzędu modlitwie dokonuje się uzdrowienie.
Przez wiele lat borykałem się z pewną chorobą skóry, która sprawiała, że czułem się niezręcznie i nieestetycznie. Stosowałem przez lata najnowocześniejsze leki, modliłem się o uzdrowienie. Rozwiązanie jednak nie nadchodziło. Myślałem, że pewnie dla Boga nie jest to ważne. Nie zagrażało to przecież mojemu życiu. Wokół było wielu ludzi bardziej chorych ode mnie. Jednak cały czas pielęgnowałem w sobie świadomość, że Bóg jest zawsze dobry i troszczy się o mnie. Nie przestawałem się modlić. Co nie znaczy, że modliłem się stale czy systematycznie w tej sprawie. I wtedy, gdy nauczyłem się już jakoś z tym żyć, gdy modlitwy w tej sprawie stały się zupełnie okazjonalne, nadeszła ta niedziela. Mieliśmy na nabożeństwie wspaniały czas uwielbienia. Tego samego popołudnia, już w domu, wykonując jakieś codzienne czynności, spojrzałem przez moment na swoje ręce i dopiero po jakiejś chwili dotarło do mnie, że są całkowicie zdrowe! Nikt się o mnie nie modlił, nikt nie kładł na mnie rąk, nie czułem w czasie nabożeństwa żadnych szczególnych zjawisk w moim ciele, a jednak sam Bóg dotknął mnie i trwale uzdrowił, wiedząc, jak bardzo tego pragnąłem. To On, nie ja, wybrał odpowiedni moment i właściwy sposób. Musimy o tym pamiętać, usługując innym.
Boże sposoby uzdrawiania
To Bóg, nie my, wybiera sposób i czas uzdrowienia. Wiele błędów rodzi się wtedy, gdy wrażliwość na Boże prowadzenie staramy się zastąpić naszymi „technikami” uzdrawiania. Zamiast kopiować metody, dokładajmy starań, by pogłębiać naszą codzienną relację z Bogiem i uczyć się rozpoznawać Jego głos, przemawiający do nas na wiele sposobów. Wówczas każdy aspekt naszej służby w dziedzinie uzdrawiania naznaczony będzie tą najważniejszą cechą – Bożą miłością płynącą przez nas do osoby, której usługujemy. Pamiętajmy, że objawienie faktu, jak bardzo jest przez Boga ukochana, wzbudza w jej sercu pokłady wiary. Teraz jednak, jak mówi Pismo Święte, głębina przyzywa głębinę (Psalm 42:8) – głębia Bożej miłości przyzywa spoczywającą głęboko w sercu człowieka wiarę w Bożą dobroć i moc. Rozczarowanie dotychczasowymi doświadczeniami, modlitwami o uzdrowienie, które nie przyniosły widocznych skutków, ustępuje miejsca świeżej nadziei i wierze. Wiedząc o tym, jakie spustoszenie w duszy chorego może uczynić rozczarowanie modlitwą, która nie przyniosła spodziewanego uzdrowienia, nie wolno nam zapominać o ważnej kwestii. O tym, jak wiele opieki, ciepła, zachęty i bliskości wspierających wierzących potrzebują ci, którzy po modlitwie o uzdrowienie nie doświadczyli go. Jezus jednym tchem wypowiada zdanie mówiące o tym, że mamy weselić się z weselącymi się i płakać z płaczącymi (List do Rzym. 12:15). Takie wsparcie jest po prostu bezcenne. Gdybyśmy dawali go więcej w służbie uzdrawiania, mielibyśmy dziś znacznie mniej poranionych, porzuconych, tonących w poczuciu odrzucenia i zgorzknienia wierzących, którzy nadal potrzebują uzdrowienia, ale stracili na nie wszelkie nadzieje.
Jeśli sami jesteśmy w podobnej sytuacji, odwróćmy swoje myśli od tego, jak zostaliśmy poranieni, gdy szukaliśmy uzdrowienia. Zwróćmy je na Jezusa, na Tego, który uzdrawiał wszystkich, którzy do Niego przychodzili z wiarą. On leczył w 100 proc. skutecznie! Nie występowały też żadne powikłania. Spójrzmy, jak bardzo nas kocha. W środku swojego cierpienia zwróćmy swoje serce z nadzieją ku Niemu, wiedząc, że On jest zawsze dobry. Nie rezygnujmy, bo kiedyś nadejdzie ten dzień! On zna czas i On zna sposób.
Jezus już zapłacił za uzdrowienie najwyższą cenę. Nasza modlitwa musi być modlitwą zwycięstwa i obwieszczania tego, co już się dokonało na krzyżu
Drogi Bożej interwencji
Pamiętajmy również, że to, iż Bóg uzdrawia chorych, wcale nie oznacza, że gardzi medycyną. Jako wierzący lekarz nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Podobnie zresztą jak to, że Bóg rozmnaża chleb, wcale nie oznacza, że gardzi piekarnią. Najlepszym przykładem, którym mógłbym to zilustrować, jest historia pewnej afrykańskiej staruszki, z którą zetknąłem się podczas naszej ostatniej misji w Kenii. Jednym z aspektów naszej działalności było docieranie z opieką medyczną do bardzo odległych osad. Mieszkający w nich ludzie, którzy potrzebowali operacji, transportowani byli do szpitala, w którym przeprowadzałem operacje okulistyczne. Pozostali zaopatrywani byli na miejscu. Dziesiątki, czasem setki osób przybywały z okolicy i gromadziły się pod drzewami, na trawie w oczekiwaniu na nasze przybycie. Przed rozpoczęciem badań zwracałem się do nich z kilkuminutowym ewangelizacyjnym przesłaniem. Ludzie oddawali życie Jezusowi, następowały uzdrowienia. W pewnej wiosce, podczas jednego z takich spotkań na otwartym powietrzu, Bóg dał mi silne wewnętrzne przekonanie, że wśród zebranych znajduje głucha osoba, którą On chce właśnie teraz uzdrowić. Gdy to wypowiedziałem, wiele rąk wskazało siedzącą pod drzewem drobniutką staruszkę. Podszedłem do niej z pielęgniarzem, położyliśmy na niej ręce i rozkazaliśmy głuchocie ustąpić w imieniu Jezusa Chrystusa. Trudno mi w tej chwili stwierdzić, kto był bardziej zszokowany – kobieta, która w jednej chwili odzyskała słuch, czy też mój pielęgniarz! Staruszka wręcz promieniała radością. Jak się okazało, chodziła kiedyś do kościoła, ale odeszła od Boga przed laty. Później docierały do nas informacje, że po odzyskaniu słuchu jej życie całkowicie się zmieniło. Przyłączyła się do lokalnego kościoła i chodziła po całej okolicy, opowiadając, co Jezus jej uczynił. Zanim jednak to się stało, przetransportowaliśmy ją wraz z innymi do szpitala i tam zoperowałem jej zaćmę. Tak więc Bóg dotknął ją i dokonał przełomu w jej życiu, przywracając słuch poprzez nadprzyrodzoną interwencję, a wzrok poprzez operację chirurgiczną.
Osoby, które doświadczyły Bożego uzdrowienia, zawsze zachęcam, by udały się do swojego lekarza i uzyskały od niego zaświadczenie o obecnym stanie zdrowia. Prawdziwe Boże uzdrowienie ostoi się przed każdym testem i badaniem. Poświadczone przez lekarza wraz z dokumentem sprzed uzdrowienia – stanowi jeszcze potężniejszy dowód dla tych, którzy wątpią w ustne świadectwo uzdrowienia składane przez osobę uzdrowioną. Wyniki badań laboratoryjnych, badania USG, tomografii komputerowej, zdjęcia RTG sprzed uzdrowienia i po uzdrowieniu przejrzyście ilustrują wspaniałość tego, co Bóg uczynił.
Można by mnożyć przykłady uzdrowień, których Jezus dokonał podczas mojej dotychczasowej służby, jak również przykłady osób, które uzdrowione nie zostały. Pewnego dnia wszystkie te zagadki znajdą swoje rozwiązanie, gdy spotkamy się z Jezusem twarzą w twarz. Teraz jednak każdy z nas, którzy usługujemy chorym, jest w szkole Jezusa. On jest naszym Bohaterem, Mistrzem i wzorem do naśladowania. Usługujmy innym z niezachwianym przekonaniem, że Jezus jest zawsze dobry. Pozostaje niezachwianie naszym Wybawicielem z udręki grzechu i choroby. Bogiem, który teraz i na zawsze odpuszcza wszystkie winy twoje, leczy wszystkie choroby twoje. Zbawcą, który pozwolił się zbić, wychłostać i w końcu przybić do krzyża, aby Jego krew obmyła nas z wszelkiego grzechu i byśmy Jego sińcami zostali uzdrowieni. Wychodźmy do ludzi cierpiących ze służbą uzdrawiania w tej samej miłości, w której za każdego z nas oddał siebie nasz ukochany Jezus.