Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałam do Holandii w ramach wyjazdu uczelnianego. Najbardziej zachwyciły mnie kolory widoczne na każdej ulicy i w tamtejszych sklepach. Wielką przyjemność sprawiało mi patrzenie na zadbane domy, wystawy sklepowe, uśmiechniętych ludzi. Wiadomo, że nie wszystko było aż tak wartościowe, jak mi się wtedy wydawało. Dotyczyło to np. pięknych, błyszczących jabłek czy wielkich czerwonych pomidorów. Zdziwiłam się natomiast, że mało zachęcające swym wyglądem ekologiczne owoce (które u nas ze względu na nieatrakcyjny wygląd zalegają na sklepowych półkach) były 10-krotnie droższe. Nosiły już wtedy nazwę ekologicznych. Zaś okazałe, rzucające się w oczy warzywa i owoce swój wygląd zawdzięczały sztucznym nawozom oraz metodzie napromieniowania. Pomyślałam wówczas, że to dziwne, jak bardzo nie doceniamy tego, co mamy u siebie, skupiając się na tym, co tylko pozornie wydaje się lepsze.
Sztuka docenienia
Czasem trudno jest utożsamić się ze światem, który pędzi w zawrotnym tempie. Promowane są natychmiastowe efekty. Potrzeby muszą być zaspokajane w jak najkrótszym czasie. Dziś człowiek chce się otaczać luksusowymi przedmiotami i posiadać coraz wymyślniejsze gadżety. Pamiętam czasy socjalistyczne, w których sklepowe półki świeciły pustką, więc niespecjalnie wiele można było chcieć. Docenialiśmy wtedy skromne prezenty, które otrzymywaliśmy od rodziców. Cieszyliśmy się z nowych ubrań, przyborów szkolnych, z każdej najdrobniejszej rzeczy.
W tym temacie Prorok Izajasz trafnie określił nasze czasy: Po co wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? Dlaczego się trudzicie, by osiągnąć to, co nie może nasycić? (Ks. Izaj. 55:2a, parafraza). Rozwijając te słowa, można zadać sobie kluczowe pytanie, dlaczego tracimy czas na rzeczy mało ważne, nieistotne dla naszej przyszłości, nieprzynoszące chwały Bogu. W oparciu o te słowa możemy zastanowić się także nad tym, czym karmimy nasz organizm.
Pokarm dla ciała
Może to będzie zbyt odległa analogia do tego, o czym mówił prorok Izajasz – ale kiedy zaspokajamy potrzeby organizmu tzw. artykułami spożywczymi, a nie prawdziwym pożywieniem, otrzymujemy w efekcie nie to, co buduje nasze ciało, lecz wręcz przeciwnie – to, co może stać się przyczyną wielu chorób. Obecnie przyjmuje się, że niewłaściwe odżywianie ma wpływ na powstawanie nawet 50% wszystkich chorób. Dotyczy to przede wszystkim tzw. chorób cywilizacyjnych, a wśród nich chorób układu krążenia i nowotworów. Kiedy popatrzymy na to, co jemy, nikogo nie powinien dziwić fakt, że nasze społeczeństwo zapada na choroby zależne od diety.
Pułapka imitacji
Dzisiejsza definicja żywności różni się znacznie od dawnej, według której żywność miała głównie dostarczyć człowiekowi niezbędnych składników budulcowych, energetycznych oraz regulujących. Obecnie żywność (środek spożywczy) to według Unii Europejskiej „każda substancja lub produkt przetworzony lub nieprzetworzony, przeznaczony do spożycia przez ludzi, w tym: napoje, gumy do żucia, woda oraz składniki żywności celowo dodawane do żywności w procesie produkcji”*.
Jakie składniki dodaje się dziś do żywności? To cała gama substancji, np. środki konserwujące – azotyny, które łączą się z białkami, tworząc silnie rakotwórcze nitrozaminy (występują one m.in. w wędlinach). Następnie: fenole, siarczany, policykliczne węglowodory aromatyczne (PWA), powstające w procesie wędzenia, barwniki i polepszacze smaku (np. związki fosforu w makaronie, serach żółtych i topionych, wyrobach cukierniczych, napojach typu cola, kawie rozpuszczalnej, budyniach, chipsach), nawozy sztuczne (np. azotany występujące w nowalijkach) czy środki ochrony roślin. Oznaczone są one najczęściej symbolami E z kolejnymi numerami. Nie dla wszystkich brzmią groźnie.
Karmieni sztucznością
Przyzwyczailiśmy się również, że antidotum na jakiekolwiek problemy zdrowotne zdobywamy w aptece. Pojawia się choroba, bierzemy często antybiotyk. Niedobory mineralne, witaminowe uzupełniamy suplementami. Warto wiedzieć, że produkty apteczne, np. witaminy, to substancje chemiczne sztucznie wyprodukowane na wzór tych występujących naturalnie, głównie w owocach i warzywach. Wszystkie „sztuczności” stanowią niepotrzebne obciążenie dla naszego organizmu, w głównej mierze dla wątroby. Spożywamy ich wraz z pokarmem nawet do 6 kg rocznie! Z drugiej strony, nawet owoce i warzywa, będące źródłem naturalnych witamin, makro- i mikroelementów, są także obciążone chemicznie. Nie taki był jednak Boży zamysł.
To, co najzdrowsze
Z dóbr tego świata Bóg ofiarował człowiekowi to, co najlepsze. W Księdze Rodzaju czytamy: Oto daję wam wszelką roślinę wydającą nasienie na całej ziemi i wszelkie drzewa, których owoc ma w sobie nasienie: niech będzie dla was pokarmem! (Ks. Rodz. 1:29). Warto o tym pamiętać, stroniąc od tego, co zaśmieca nasz organizm i jest ludzkim wytworem. Nasze ciało to mieszkanie dla duszy i ducha. Troszcząc się o zdrowie, możemy w pełni służyć Bogu, wielbić Go za to, co dla nas zrobił. Nauczmy się korzystać z obfitości darów, które Bóg dla nas przygotował, zamiast je niszczyć.
Rodzinne spotkania przy stole powinny wpisywać się w budowanie relacji. Mogą dodawać energii naszemu ciału, ale też zasilać duszę i ducha
Możemy wyobrazić sobie, że na polach uprawnych w Edenie nie funkcjonowało pojęcie ekologii, bo nie było rozróżnienia na uprawy z dodatkiem chemii i uprawy naturalne. Wszystko było doskonałe. Nie ma takiej możliwości, abyśmy w jakiejkolwiek dziedzinie stworzyli coś lepszego niż to, co stworzył Bóg. Możemy zachwycać się roślinami, owocami, smakując ich słodycz, świeżość, czując aromat, podziwiając kolory. Możemy czerpać z ogrodu naszego Boga, pełnego obfitości darów dobrych nie tylko dla naszego ciała.
Pokarm dla ducha
Aby móc w pełni czerpać dary od Boga, zarówno te materialne, jak i duchowe, potrzebujemy mądrości, która pochodzi od Stwórcy: Słuchajcie mnie uważnie, a będziecie jedli dobre rzeczy, a tłustym pokarmem pokrzepi się wasza dusza! Nakłońcie swojego ucha i pójdźcie do mnie, słuchajcie, a ożyje wasza dusza (Ks. Izaj. 55:2b–3a). Przyjmowanie dobrych rzeczy to przyjmowanie Bożej nauki, rozkoszowanie się Bożym Słowem. Rzeczy materialne stały się alternatywą dla zaspokajania wszystkich potrzeb – także tych, których spełnienie znajdziemy tylko w Bogu. Zadowalamy się namiastką lub nawet imitacją tego, co naprawdę może nas uszczęśliwić.
Umiejętność korzystania
Dlaczego tak trudno jest nam korzystać z obfitości Bożych darów? Skoro myślimy, że tak wiele potrafimy, tak wiele dokonaliśmy, to zbyt wielka w nas pokusa, aby przyznać, że to, co naprawdę ma wartość i znaczenie w naszym życiu, pochodzi od Boga. Nie dołożymy już nic więcej do tego, co nosi znamiona doskonałości. Nasz Bóg nie potrzebuje poprawiania czy ulepszania tego, co stworzył. Nie potrzeba Mu naszego zabiegania, naszej nerwowości, nadmiernych wysiłków. Dla Niego znacznie droższe i cenniejsze niż pracowitość Marty jest nasze oddanie i przylgnięcie do Jego stóp na podobieństwo Marii i wsłuchanie się w to, co On mówi (zob. Ew. Łuk. 10:38–42).
Ponad oczekiwania
Każdy z nas ma pewnie swój ulubiony owoc. Do tej pory trudno byłoby mi wybrać między dojrzałą brzoskwinią a winogronami, ale kiedy w Tajlandii zasmakowałam owocu mango, wiem, że za ten owoc oddałabym wiele. Warunkiem jednak jest to, aby był to owoc zerwany w kraju, w którym rośnie i dojrzewa, i aby zerwano go we właściwym czasie. Mango jedzone w Tajlandii smakowało zupełnie inaczej niż to kupowane w Polsce. Podobnie jest np. z miłością. Może nam się wydawać, że poznaliśmy smak miłości, ekscytujemy się nią, jesteśmy pod wrażeniem osoby, która staje się częścią naszego życia. Dopóki jednak nie zaznamy miłości Boga, nie zanurzymy się w niej, nie ulegniemy jej bezgranicznie, trudno nam stwierdzić, czym miłość naprawdę jest. W Bogu znajdujemy obfitość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić.
Sedna prawdziwej obfitości możemy doświadczyć dopiero w życiu, o jakim mówił i jakie osobiście pokazał nam Jezus: Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który mnie posłał (Ew. Jana 4:34). I nawet gdybyśmy mieli zaznawać największych rozkoszy podniebienia, np. przy świątecznym stole, obfite życie to dostąpienie zaszczytu uczestnictwa w Bożej uczcie. Życie zgodne z wolą Bożą, wsłuchanie się w Jego głos – to najbardziej zaspokaja nasz duchowy głód i gasi pragnienie. Piękną Bożą obietnicę, która mówi o tego rodzaju obfitości, znajdujemy w Księdze Psalmów: Zastawiasz przede mną stół wobec nieprzyjaciół moich, namaszczasz oliwą głowę moją, kielich mój przelewa się (Psalm 23:5).
Tło dla najważniejszego
Warto również zauważyć, że spotkania uczniów z Jezusem przebiegały w atmosferze dzielenia się zwykłym, fizycznym pokarmem. Nie były to wystawne przyjęcia, najczęściej jedzono chleb i ryby, pito wino i wodę. Atmosfera bliskości, poczucie wspólnoty, bliskiej więzi z Mistrzem towarzyszyły wszystkim spotkaniom. Nieprzypadkowo też stół był prostokątny. Najważniejsze miejsce zajmował Jezus, a po bokach zasiadali uczniowie. Wspólne przebywanie przy stole odgrywało bardzo ważną rolę nie tylko w czasach Jezusa. Przy rodzinnym stole jest czas na dłuższe, niespieszne rozmowy, na zadawanie pytań, rozluźnienie się. Obecnie takiego czasu w dramatyczny sposób coraz bardziej nam brakuje. W pogoni za sprawami codzienności przestaliśmy przywiązywać wagę do zarezerwowania w planie dnia dwóch, trzech kwadransów na spotkanie przy posiłku. Cierpi na tym nasza rodzina, cierpią dzieci, wszyscy na tym tracimy.
Banalna z pozoru czynność wspólnego spożywania posiłku jest w istocie tłem do budowania atmosfery bliskości, przekazywania ważnych duchowych wartości. To właśnie podczas ostatniego wspólnie zjedzonego posiłku zostały wypowiedziane jedne z najważniejszych słów Bożego Syna: A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów (Ew. Mat. 26:26, BT).
Obfitość w obecności Jezusa
Na spotkania przy stole na ogół znajdujemy czas podczas świąt, urodzin czy innych uroczystości rodzinnych. Chcąc trafić w gusta zapraszanych gości, przygotowujemy nawet bardzo wymyślne, pracochłonne dania. Ale czy pomyśleliśmy o uczcie dla ducha? Rodzinne spotkania przy stole powinny wpisywać się w budowanie relacji. Mogą dodawać energii naszemu ciału, ale też zasilać duszę i ducha. Nasz dom to miejsce, w którym mamy realizować Boże przesłanie dla naszej rodziny. Odchodząc od stołu, zwłaszcza świątecznego, często czujemy się ociężali z powodu zbyt dużej ilości zjedzonych potraw. Jednak obecnością i miłością Jezusa Chrystusa nigdy nie można się przesycić.