ZA KURTYNĄ…
Nieśmiałe dziewczynki nie mają lekkiego życia. Ona też nie miała. Każda nowa sytuacja stanowiła dla niej wyzwanie. Spotkania z ludźmi wzbudzały mnóstwo obaw, a odpowiadanie na pytania – lęk, czy przypadkiem nie powie czegoś niemądrego. Rozmowa z kimś ważnym wzbudzała strach, że okaże się infantylna. Poproszenie kogoś o pomoc, a nawet robienie zakupów w sklepie i konieczność zwrócenia się do ekspedientki, wywoływały u niej mocniejsze bicie serca. Fakt, że z powodu zawodu ojca ich dom był odwiedzany przez wielu ludzi, nie ułatwiał jej życia. Skurcz żołądka, zarumienione policzki i spocone dłonie – tak objawiało się napięcie związane ze spotkaniem nowo poznanych ludzi. Największy problem sprawiało jej załatwianie czegokolwiek przez telefon. Podniesienie słuchawki – to już był problem. Największym wyzwaniem była konieczność zatelefonowania do kogoś. Wymagała kilkugodzinnego „zbierania się w sobie”. Nieraz gotowa była odkurzyć całe mieszkanie za młodszego brata, byle on za nią do kogoś zadzwonił.
Melancholiczka lubiąca przebywać z ludźmi, ale bardzo nieśmiała. Czy taką osobę Bóg może wykorzystać w służbie? Oczywiście – powiemy – np. do prowadzenia jakichś prac administracyjnych, pisania relacji z wydarzeń, pracy w kuchni czy tym podobnych zajęć. A jednak… Boże wizje dla ludzkiego życia nie mają limitu. O tym miała się przekonać, gdy otrzymywała kolejne zadanie do wykonania. Każde następne było jeszcze większym wyzwaniem, które wymagało pokonania kolejnego olbrzyma – przeszkody w niej samej.
Przeprowadzanie spotkania dla kilkunastu osób nie było łatwe, ale zorganizowanie spotkania na dużą skalę wydawało się stresem nie do pokonania. – Ja? Ja mam to zrobić? – pytała przerażona, że będzie musiała do kogoś zadzwonić (i to wielokrotnie), z kimś rozmawiać (jeszcze więcej razy), spotykać się z wieloma ważnymi osobistościami, a w dodatku wyjść na scenę i wystąpić przed publicznością. Do dziś nie może uwierzyć, że Bóg do tych zadań wybrał ją, a nie choćby jej odważną młodszą siostrę, która nie miała problemów z wyrażaniem swojej opinii, występowaniem publicznie, prezentowaniem swoich umiejętności. – Dlaczego ja? – dziwiła się i wciąż dziwi. Nadal woli działać „zza kurtyny”. Wyjście na scenę, rozmowy z nowymi ludźmi – wciąż stanowią wyzwanie. A jednak nie ma wątpliwości, że to sam Bóg zlecił jej właśnie te nowe zadania. Mimo stresu i obaw. Tylko drżenia dłoni nie potrafi opanować. Może pozostało, by przypominać jej, jak bardzo daleko odeszła od tego, kim kiedyś była.
…I NIECO NA UBOCZU
Nigdy nie należał do wybitnych uczniów. Wolał po zakończeniu edukacji zatrudnić się na budowie niż robić karierę i pchać się do przodu. Wyjechał z kraju i ciężko pracował fizycznie. Wydawało się, że to szczyt jego możliwości. Zawsze nieco na uboczu, skupiony, zamknięty, skryty. Odezwać się w towarzystwie – to nie było w jego stylu. Raczej słuchał niż mówił.
Zmiany następowały powoli. Na początku tych zmian uczestniczył w spotkaniu domowej grupy biblijnej, gdzie stopniowo zyskał posłuch dzięki mądrym przemyśleniom. Kilka wypowiedzi w większym gronie, błyskotliwych, odważnych. Okazało się, że ma tak dużo talentów, iż wkrótce stał się niezastąpiony. – A co ty byś poradził? – pytało go coraz więcej osób, w skupieniu słuchając odpowiedzi. Po pewnym czasie stał się autorytetem, do którego wielu zwracało się o pomoc. Był odpowiedzialny za nagłośnienie budynku kościoła podczas nabożeństw. Kilka razy przemawiał na dużym zgromadzeniu, a jego wypowiedzi wzbudziły szacunek. Jego postawa w pracy również wywołała podobne uznanie. Gdy ktoś miał problemy – zwracał się do niego. Dziś ani on, ani jego żona nie mogą uwierzyć w to, jak wspaniale Bóg go używa, głównie w relacjach z ludźmi. Przyjaciele nie potrafią uwierzyć, że kiedyś był mrukliwym, niepewnym siebie chłopakiem. Bóg pomógł mu pokonać dawne słabości, a wykorzystać i rozwinąć swoje mocne strony.
POTENCJAŁ MIMO SŁABOŚCI
Urodził się w ubogiej rodzinie. Na skutek splotu dramatycznych zdarzeń nie był wychowywany przez swoich rodziców. Wydawało się jednak, że miał ogromne szczęście – został adoptowany przez niezwykle zamożnych ludzi, którzy zapewnili mu dobre wykształcenie. Inteligentny, bystry, a do tego odważny. Te cechy charakteru zwiastowały mu wielką karierę. Może tylko w wystąpieniach publicznych nie wykazywał szczególnego talentu, ale miał mnóstwo innych zdolności. Przez wiele lat działał w rodzimej firmie, ale w pewnym momencie popełnił przestępstwo. Rodzina odwróciła się od niego i wydziedziczyła. Wyjechał za granicę, podjął prostą, fizyczną pracę. To spowodowało, że przestał wierzyć w siebie. Wiele lat spędzonych z dala od ludzi sprawiło, że stał się odludkiem, a jego poczucie wartości spadło prawie do zera. Małomówny – bo też okazji do spotkań z ludźmi i rozmów nie miał wiele, ponieważ pracował ze zwierzętami.
O jego dawnych talentach już prawie nikt nie pamiętał. Prawie. Bo pamiętał o nich Bóg. Bóg, który zaplanował drogę jego życia. Bóg, któremu nic nie wymknęło się spod kontroli – z Jego perspektywy każdy element układanki pasował do siebie. Czas spędzony na mało prestiżowej pracy, a w jego sytuacji będącej wręcz upokorzeniem, posłużył kształtowaniu takich cech charakteru, by stał się człowiekiem wielkiego formatu. Aż nadeszło Boże wyzwanie. Ogromna szansa. Chciał ją odrzucić, bo okazało się, że jednym z głównych jego zadań ma być… przemawianie do ludzi. To, co było jego największą słabością, wręcz piętą achillesową, miało stać się jednym z podstawowych zadań. Więc się wzbraniał: – Przemawiać? O nie! Przecież ja nie umiem mówić!
CZY TO NIE DZIWNE?
Ktoś cichy ma mówić do tłumów, nieśmiały przewodzić, lękliwy dodawać odwagi. Dlaczego Bóg nie wykorzystuje tylko naszych silnych stron, a często posługuje się słabościami? Dlaczego nie nasze najmocniejsze cechy charakteru, a wręcz przeciwnie – często nasze niedomagania wykorzystuje w służbie dla Niego?
Wiele razy przekonujemy się, że gdy Bóg wybiera, to Jego namaszczenie do jakiegoś zadania jest ważniejsze niż nasze naturalne predyspozycje. Bóg wielokrotnie powoływał ludzi wbrew temu, co mówiły ludzkie kalkulacje czy prognozy. W taki sposób używał wielu biblijnych herosów wiary. Mojżesza, bohatera ostatniego przykładu, wyznaczył, by prowadził kilka milionów ludzi i codziennie przemawiał do ogromnego tłumu, choć, jak się wzbraniał: nigdy nie był mężem wymownym. – Nie nadaję się! – Mojżesz długo przekonywał Boga. – Jeśli ja cię posyłam, to odpowiednio cię wyposażę! – zdecydował Bóg. A czterdzieści lat spędzonych na pustyni z opornymi owcami stanowiło świetną szkołę charakteru. W podobny sposób Bóg kształtował osobowość proroka Jeremiasza, któremu wydawało się, że nie poradzi sobie ze zleconym zadaniem, bo jest za młody.
Nieraz dziwimy się Bożym wyborom. Ze zdumieniem pytamy Boga: – Ja, Panie?
BRYLANT W UCIEKINIERZE
A nowotestamentowy młody bohater Jan Marek? Gdy apostołowie Paweł i Barnaba wzięli go w podróż misyjną, nie zniósł trudów wyprawy i po prostu uciekł do domu. Apostoł Paweł nie dawał mu żadnych szans. Ale nie Bóg! Stwórca wiedział, że naturalne predyspozycje Jana Marka muszą być dopiero oszlifowane, by w przyszłości lśniły jak brylant. W następną wyprawę Jan Marek wyruszył kilka lat później już tylko z Barnabą, a potem spisał relację apostoła Piotra, znaną dziś jako Ewangelia św. Marka. Z tego, który wydawał się lękliwym uciekinierem, Bóg uformował wspaniałego ewangelistę. Posłużył się do tego Barnabą, człowiekiem pełnym empatii i zachęcenia.
NASZA LUDZKA POLEMIKA
Moglibyśmy mnożyć przykłady zarówno biblijne, jak i te z życia osób nam bliskich lub nas samych. Nieraz dziwimy się Bożym wyborom. Ze zdumieniem pytamy Boga: – Ja, Panie? I wymawiamy się: – Przecież się do tego nie nadaję! Argumentów mamy naprawdę mnóstwo. I nie są one wcale pozbawione realnych podstaw.
Bóg ma często zupełnie inne plany. Potwierdza, że nie wybiera tylko uzdolnionych, ale uzdalnia wybranych. Kształtuje charakter, doskonali osobowość, modeluje tak, byśmy zostali doszlifowani do Jego niezwykłej wizji. A na nasze wymówki oferuje swoją moc, która przezwycięża nasze słabości. Zapewnia nas, tak jak Jozuego: Nie bój się i nie lękaj się, bo Pan, Bóg twój, będzie z tobą wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz! (Ks. Joz 1:9).