Stworzyć firmę
Z mężem poznaliśmy się w latach 70, kiedy na prywatnych wytwórców-rzemieślników mówiło się pogardliwie „prywaciarze”. Oboje pracowaliśmy w państwowych firmach i byliśmy młodym małżeństwem z zupełnie przyzwoitymi zarobkami. Po ślubie (w 1975 r.) nasze życie małżeńskie nabrało rozpędu i już w 1980 r. stanowiliśmy rodzinę wielodzietną, z czwórką dzieci. W 1979 r. rozpoczęliśmy własną działalność, co było odważnym posunięciem – oznaczało rezygnację ze stałej pracy na rzecz niepewnej działalności. Ale mój mąż pragnął stworzyć właśnie taką „firmę”. Wówczas był to tylko zakład mechaniki pojazdowej, oparty głównie na wiedzy i pracy założyciela. Firma miała zapewnić byt całej rodzinie, nawet wtedy, gdyby jego zabrakło.
Wyjazdy, które kształcą
Decyzja o rozwoju i zatrudnieniu pracowników nastąpiła dość wcześnie. Okazało się, że prywatny warsztat ma rację bytu, nawet jeśli jego działalność ogranicza się do usług. Lata 80 zapowiadały nadejście zmian w naszym kraju. Zaczęliśmy sporadycznie wyjeżdżać do NRF po części do niemieckich samochodów. Wyjazdy kształcą, więc chłonęliśmy wiedzę, odwiedzaliśmy wiele warsztatów, salonów samochodowych. Okazało się, że większość z nich prowadziły rodziny. Postanowiliśmy, że jeżeli pojawi się w Polsce możliwość połączenia warsztatu ze sprzedażą samochodów, to chcemy, by w naszym przypadku była to marka Volkswagen. Wtedy też zrodziły się pierwsze wzorce firmy rodzinnej.
Dobre zmiany, odważne kroki
Nawet nie przypuszczaliśmy, że w przyszłości to wszystko się zrealizuje. Zmiany ustrojowe i gospodarcze w Polsce przyszły bardzo szybko. Rok 1989 był wielkim otwarciem się na Zachód, także gospodarczo. Już w 1990 r. pojawili się na polskim rynku przedstawiciele największych koncernów samochodowych. Te czasy były rewolucją w samodzielnym myśleniu. Można powiedzieć, że podróże w latach 80 przygotowały nas mentalnie do tych zmian. Potrzeba było odważnych kroków. Była to dla całej naszej rodziny wyprawa w nieznane. Dzieci uczestniczyły w naszych przedsięwzięciach.
Zalety rodzinnego działania
W 1992 r., po podpisaniu umowy z importerem samochodów VW i Audi, musieliśmy zakupić pierwsze komputery. Bez pomocy 16-letniego wówczas syna Michała, który wcześniej rozpoczął edukację na kółku komputerowym, nie dalibyśmy sobie rady. Wtedy rozpoczęłam pracę na więcej niż pełny etat, czyli we wspólnej firmie. Żartowaliśmy, że „pracujemy tylko osiem godzin na dobę, od godziny ósmej do ósmej”. Bez udziału dzieci i pomocy moich rodziców trudno byłoby pogodzić wszystkie obowiązki. Zaczęło się od tzw. zaciskania pasa. Były to czasy obrotu gotówkowego, bez żadnych kredytów. Liczyło się to, co się zarabiało szybko. Panowała zasada: mniej wydawaj, niż zarabiasz, a zysk od razu inwestuj w firmę. Pomoc i udział dzieci były niezbędne, a miały wówczas od 12 do 16 lat. Często towarzyszyły nam w wyjazdach do siedziby importera, zapoznawały się z nowocześnie działającą centralą importerską. To były pionierskie czasy, pełne pracy, więc kiedy dzieci podejmowały decyzje dotyczące swojej edukacji, miewały różne pomysły. Przykład wiecznie zapracowanych rodziców, niemających urlopu, nie był dla nich na tyle pociągający, aby identyfikować przyszłość z pracą w rodzinnej firmie.
Nauczyć się uczyć
Życie jednak zaskakuje i przynosi niespodziewane rozwiązania. Firma rozwijała się dynamicznie i stawała się dla dzieci bardzo atrakcyjnym miejscem pracy. W lokalnym społeczeństwie zyskiwała także pewien prestiż. Dzieci nawet nie przypuszczały, że nauka wielu zagadnień od podstaw (np. wdrażania programów informatycznych, zarządzania finansami, rozliczeń bankowych, rozwoju marketingu) będzie świetną praktyką dla studiów i dobrym połączeniem nauki i życia. Dziś wiemy, że przede wszystkim nauczyliśmy się ciągle uczyć i rozwijać.