Strona główna Artykuły Tematyka Bliżej Boga Ewolucja – niezbite dowody braku dowodów

Ewolucja – niezbite dowody braku dowodów

Pewnego dnia uznałem, że doszedłem do kresu swoich możliwości zgłębienia tajemnicy powstania świata. Padłem na kolana i zacząłem się modlić. Prosiłem Boga, żeby objawił mi, jak było naprawdę.

Ewolucja i moje z nią spotkanie – pamiętam tę chwilę, jakby to było wczoraj, choć rzecz działa się prawie trzydzieści lat temu. Byłem wtedy małym chłopcem, chodziłem do „zerówki”. Do naszej klasy weszła pani bibliotekarka i przyniosła dużą, szarą książkę pt. Zwierzęta minionych epok.

Książka miała przepiękne kolorowe ilustracje, przedstawiające życie prehistorycznych mórz: pierwsze ryby, płazy, dinozaury, wymarłe ptaki oraz ssaki. Każdej ilustracji towarzyszył dość obszerny opis. Ponieważ umiałem sprawnie czytać, zacząłem opowiadać moim kolegom o zwierzętach, które widzieli w książce.

W następnych dniach przyswoiłem sobie całą treść zawartą pomiędzy szarymi, płóciennymi okładkami. Z zapałem dzieliłem się moimi odkryciami z całą szkołą. Starsi koledzy wkrótce zaczęli nazywać mnie „dinozaurem”.

Moja własna prehistoria

Byłem chyba jednym z nielicznych uczniów pierwszych klas szkoły podstawowej, którzy potrafili po kolei wymienić ery i okresy geologiczne oraz umiejscowić je w czasie. To, że tyranozaur żył w kredzie, mastodont w oligocenie, a mamut w plejstocenie, było dla mnie oczywistym elementem wiedzy o rzeczywistości. Pytany, kim chcę zostać, gdy dorosnę, odpowiadałem: „Chciałbym zostać paleontologiem i odkopywać szkielety wymarłych zwierząt”.

Po tej szarej książce przyszły kolejne. Nie było ich zbyt wiele. W Leźnicy Wielkiej, skąd pochodzę, środowisko osób pasjonujących się paleobiologią było dość wąskie, a nie istniał jeszcze Internet. Pomimo tych ograniczeń nie ustawałem w poszukiwaniach.

Natrafiłem na książkę pt. Skąd przychodzisz, Adamie i poznałem kolejne „niezbite fakty” dotyczące przeszłości. Dowiedziałem się o australopiteku, pitekantropie, Homo habilis, neandertalczyku oraz o skomplikowanych relacjach między nimi. Nie mogę powiedzieć, żebym poczuł więź z tymi „praprzodkami”, ale uznałem za prawdę to, że od nich pochodzę.

Ewolucja kontra Biblia

Mijał czas. Pasja odkrywania prehistorii stopniowo we mnie gasła. Pod koniec podstawówki nie pozostało z niej wiele. W moim umyśle trwała jednak solidna konstrukcja przekonań o pochodzeniu życia na Ziemi oraz rodzaju ludzkiego. Głęboko wierzyłem w teorię ewolucji, a moja wiara oparta była na samodzielnie zdobytej wiedzy z książek.

Kiedy rozpoczynałem drugi rok studiów, spotkałem się z Bogiem i moje życie radykalnie się zmieniło. Zacząłem czytać Biblię z głęboką wiarą, iż jest ona przesłaniem Boga do ludzi. Treść Pisma Świętego głęboko mnie dotykała i zaczęła na nowo formować moje przekonania.

Przeczytałem, rzecz jasna, także Księgę Rodzaju, czyli pierwszą z Ksiąg Mojżeszowych, a jej pierwsze kilka rozdziałów wzbudzało mój niepokój. „Jak to możliwe, że Pismo Święte zawiera taki kawał prymitywnej, nienaukowej mitologii?” – pytałem sam siebie.

Przez pewien czas zadowalałem się wytłumaczeniem, że Biblia korzysta z różnych form literackich, w tym z metafor. A zatem, jeżeli w jednym z Psalmów czytamy, że „drzewa klaszczą w dłonie”, to nie powinniśmy wyciągać stąd wniosków na temat morfologii roślin. Opis stworzenia nie powinien być więc traktowany dosłownie, lecz alegorycznie. W ten sposób da się go pogodzić z nauką.

Mity czy fakty?

Z upływem czasu to wytłumaczenie zaczęło mi się jednak wydawać niespójne. Nie wiem, jak Bóg stwarzał świat, ale wiem, czym różni się przenośnia od opisu jakiegoś procesu. Każdy z nas, czytając np. instrukcję obsługi jakiejś maszyny, wie, że nie jest ona przenośnią, ale dosłowną wskazówką.

Zawarty w Biblii opis stworzenia, Edenu i grzechu pierworodnego nie jest alegorią. Jest albo mitem, albo prawdą. Oczywiście, moja literacka intuicja mogła mnie mylić. Jednak, gdy czytałem dalsze rozdziały Księgi Rodzaju, na mojej drodze do pogodzenia Biblii z ustaleniami nauki stanęła ogromna przeszkoda. Była nią arka Noego.

Opis wód zalewających ziemię jest tak suchy i szczegółowy, że w żadnym wypadku nie mogłem uznać go tylko za alegorię. Z całą pewnością autor tej narracji wierzył, albo przynajmniej chciał przekonać czytelników, że „w roku sześćsetnym życia Noego, w miesiącu drugim, siedemnastego dnia tego miesiąca” zaczął się ogólnoświatowy potop.

W jego wyniku zgładzone zostały wszystkie żywe istoty, poza tymi w arce, i wszyscy ludzie, poza ośmioma pasażerami. Na globalny potop wskazuje również to, że pamięć historyczna licznych kultur na całym świecie zawiera relację podobną do tej, którą znajdujemy na kartach Biblii.

Weryfikacja wiary

Pomimo iż starożytni Chińczycy, Hindusi i Grecy zgodnie mówią o wielkim potopie, współczesna nauka neguje fakt potopu jako zjawiska ogólnoświatowego. Przyczyna jest prosta. W profilu geologicznym Ziemi nie ma śladu podobnego kataklizmu. Dokonawszy tego ustalenia, znalazłem się w martwym punkcie.

Jeżeli w sprawie potopu rację ma nauka, to powinniśmy odrzucić nie tylko Księgę Rodzaju, ale także wszystkie nowotestamentowe wypowiedzi Jezusa dotyczące wiarygodności Pięcioksięgu. Jeżeli natomiast biblijny opis odpowiada prawdzie, wówczas należy zweryfikować niektóre ustalenia uchodzące w nauce za pewniki.

W czasie moich zmagań z Księgą Rodzaju odbywałem praktyki w sądzie. Spotkałem tam wielu ludzi otwartych na dyskusje o Bogu i Biblii. Podczas jednej z takich rozmów mój rozmówca, sędzia, wyznał mi: „Od dawna już myślę o Bogu. Kiedy patrzę na przyrodę, dochodzę do wniosku, że Ktoś to wszystko stworzył”.

Przytaknąłem mu, ale w swoim sercu pomyślałem, że nigdy, patrząc na przyrodę, nie doświadczam podobnych myśli. Rośliny i zwierzęta uznaję raczej za produkt jakiegoś procesu, zainicjowanego wprawdzie przez Boga, ale toczącego się niezależnie od Jego woli.

Ewolucja jak domek z kart

Pewnego dnia uznałem, że doszedłem do kresu swoich możliwości zgłębienia tajemnicy powstania świata. Padłem na kolana i zacząłem się modlić. Prosiłem Boga, żeby objawił mi, jak było naprawdę.

Po kilku dniach pojechałem do Warszawy, aby kupić tam książki dla kościelnego stoiska z literaturą. Mój wzrok padł na książkę zatytułowaną Kość niezgody, autorstwa Sylvii Baker. Pomyślałem, że znajdę tam coś, co rzuci światło na moje zmagania. Kupiłem tę książkę i jeszcze w pociągu zacząłem ją czytać.

Jej treść wydała mi się ciekawa i przekonująca, najbardziej jednak uderzyła mnie ilustracja przedstawiająca przekrój profilu geologicznego Ziemi, ze skamieniałym drzewem przecinającym kilka różnych warstw, które zdaniem geologów kształtowały się przez setki milionów lat. Drzewo korzeniami tkwiło być może w triasie, a jego czubek znajdował się gdzieś w trzeciorzędzie. Jak to możliwe, żeby jedno drzewo przecinało różne warstwy?

Kiedy patrzyłem na tę ilustrację, nagle olśniła mnie myśl: „Naukowcy szukają śladu potopu w profilu geologicznym i nie znajdują go. To oczywiste, gdyż cały profil geologiczny jest świadectwem potopu”.

Wysiadłem z pociągu i pojechałem do domu. Nie wierzyłem już w teorię ewolucji. Zbudowana z fałszywych przekonań konstrukcja w moim umyśle zawaliła się niczym domek z kart. Zaskoczyło mnie, jak była krucha i słaba.

Efekt domina

Zacząłem się zastanawiać, kto właściwie wymyślił te wszystkie ery i okresy geologiczne, których nazwy chłonąłem w dzieciństwie niczym tajemnicze zaklęcia. Okazało się, że podział dziejów Ziemi opiera się na teorii aktualizmu geologicznego, którą spopularyzował przyjaciel Darwina – Charles Lyell. Zanim jego rewelacje zyskały sobie uznanie, profil geologiczny Ziemi uznawano za rezultat potopu.

W nowym świetle ujrzałem fakty, które wcześniej wydawały mi się niezbitymi dowodami potwierdzającymi darwinizm. Moje przekonania zaczęły się po kolei przewracać jak kostki domino. Szczególnie zaskoczyło mnie odkrycie dotyczące ryb trzonopłetwych. Chodzi o ryby kopalne, które miały płetwy osadzone na trzonkach przypominających kończyny płazów.

Od dzieciństwa uważałem za pewnik, że „ryby trzonopłetwe dały początek kręgowcom lądowym” (Claude A. Villee, Biologia). Zdaniem zwolenników ewolucji oczywistym było, że trzony płetw były zalążkami kończyn i pomagały rybom wieść wodno-ziemny tryb życia. Tymczasem w 1939 r. udało się złowić żywą rybę trzonopłetwą z gatunku Latimeria. Okazało się, że jest to ryba głębinowa, niezdolna do życia na lądzie. Latimerie są poławiane do dziś na znacznych głębokościach u wybrzeży Afryki.

W związku z tym cała koncepcja ryb trzonopłetwych jako form pośrednich między rybami a płazami jest oczywistą bzdurą. Od wielu lat wiedziałem zarówno o znaczeniu ryb trzonopłetwych dla teorii ewolucji, jak i o tym, że żyją one w głębinach, ale nie umiałem skojarzyć tych dwóch prostych faktów. Wydaje mi się, że był to rezultat jakiejś dziwnej, hipnotycznej zasłony, rozciągniętej nad umysłami uczniów Darwina.

Błędne koło

Jeden z moich kolegów opowiadał mi, że mieszkańcy pewnej wyspy na Pacyfiku nie dostrzegali ogromnych europejskich statków, które pływały po morzu w pobliżu ich wyspy. Przyczyną był fakt, że statki te nie pasowały do ich wyobrażeń o świecie. Ich świadomość w dziwny sposób wypierała to, co widzieli na własne oczy.

Historia ta brzmi nieprawdopodobnie, ale skłonny jestem w nią wierzyć po własnych doświadczeniach z teorią ewolucji oraz po przeczytaniu książki Michaela A. Cremo i Richarda L. Thompsona pt. Zakazana archeologia. Autorzy ci dokumentują setki znalezisk podważających ewolucję rodzaju ludzkiego oraz przytaczają wstrząsające historie wypierania ich ze zbiorowej świadomości naukowego establishmentu.

Wciąż zastanawia mnie, jak to możliwe, żeby rzesza poważnych naukowców wierzyła w coś tak dziwnego jak teoria Darwina. Załóżmy, że zostałbym paleontologiem, jak chciałem tego w dzieciństwie. I przypuśćmy, że udałoby mi się znaleźć niezbite dowody na to, że Ziemia istnieje mniej niż dziesięć tysięcy lat a ludzie pochodzą od Adama i Ewy. Co więcej, że dinozaury wyginęły w wyniku zmian klimatycznych po potopie…

Nie czekałaby mnie zbyt świetlana przyszłość w świecie nauki. Mógłbym zapomnieć o tych odkryciach i pisać to, co odpowiada ustaleniom środowiska naukowego. Mógłbym również starać się przekonać wielu profesorów, że duża część z tego, co pisali w szanowanych czasopismach, opiera się na błędnych przesłankach. Ewentualnie zająłbym się inną dziedziną biologii, która pozwala bezpiecznie omijać temat ewolucji.

Biblia, ewolucja i dyskurs – czy potrafimy rozmawiać?

Nauka wymaga wspólnej podstawy dla dyskusji w środowisku uczonych, ponieważ, aby sensownie dyskutować, naukowcy muszą się zgodzić co do pewnych podstawowych prawd. Mechanizm ten w większości przypadków przynosi dobre owoce. Jednak gdy owa wspólna podstawa obejmuje fałszywą koncepcję, trudno na tym budować. Umacniany jest błędny wzorzec, który tłumi dyskusję, nawet tę, która mogłaby wyprowadzić naukę ze ślepej uliczki.

Pamiętam, że kiedy wracałem z Warszawy po upadku mojej wiary w ewolucję, spojrzałem na pokryte żółtymi, jesiennymi liśćmi drzewo. Pomyślałem, że Bóg cudownie je stworzył. Cieszyłem się jak dziecko, bo po raz pierwszy zobaczyłem Bożą chwałę w stworzeniu.