Świętuj cudze sukcesy

Świętuj cudze sukcesy

To niezwykłe, jak bardzo to, co nas w życiu spotyka, zależy od naszej reakcji na to, co spotyka innych. W rodzinie, wśród znajomych, w pracy – codziennie jesteśmy świadkami tego, co dzieje się w życiu innych osób. Czasem jedynie obserwujemy, innym razem wywieramy dość istotny wpływ na otoczenie.

Czy zawsze jesteśmy świadomi tego, jak bardzo nasza postawa wpływa na nas samych? Nie jest prawdą, że np. nasza złość uderza wyłącznie w otoczenie. Uderza ona równie mocno w nas: pozbawia trzeźwego spojrzenia na sytuację, uniemożliwia podejmowanie rozważnych, trafnych decyzji i zdecydowanie negatywnie wpływa na stan naszego zdrowia. Natomiast nasz optymizm, uprzejmość i życzliwość w stosunku do ludzi nie tylko im poprawiają humor i sprawiają, że jest im w życiu lżej. W nas samych również wywołują bardzo pozytywne skutki. Choć czasem pozory mylą, można zaobserwować, że na ludzkich obliczach wyryte są te emocje, którymi w przeszłości najczęściej raczyli swoje twarze.

Reakcja zwrotna

Im bardziej jesteśmy przyjaźni, życzliwi, przebaczający i cierpliwi w stosunku do otoczenia, tym większą przysługę wyświadczamy sobie samym. Warto o tym pamiętać w kontekście biblijnego prawa siania i zbierania – co człowiek sieje, to będzie zbierać. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś zasiał trawę, a zebrał kukurydzę. Nikogo nie dziwi, że nasiona trawy rodzą siewcy tylko i wyłącznie trawę. A mimo to jesteśmy zaskoczeni, że owoce rozsiewanych przez nas złych nasion okazują się równie złe. Co ciekawe, nie spodziewamy się także, że rozsiewane przez nas dobro zaowocuje na naszą korzyść. Bóg powiedział: Co człowiek sieje, to i żąć będzie (List do Gal. 6:7b). Pamiętajmy, że jest to nie tylko przestroga. To wspaniała obietnica!

Skonfrontowani ze szczęściem innych

W naszej kulturze nad otwartością, życzliwością i optymizmem niestety często dominują zaciętość, podejrzliwość i zgryźliwość w stosunku do innych ludzi. Jeśli jesteśmy skupieni tylko na sobie, trudno przychodzi nam żywić szczerą radość z sukcesu i szczęścia innych. Myśl wyrażająca się słowami: „A ja – to co?” bywa naturalną refleksją nad pomyślnością innych.

Wspólne świętowanie cudzych sukcesów przyczynia się do ich pomnażania

Łatwo nam świętować sukcesy innych, gdy sami odnieśliśmy jeszcze większe. Jak jednak świętować z kimś, kto właśnie zdobył to, na czym nam samym tak bardzo zależy, a czego nie otrzymaliśmy? Nie mam tu na myśli lepszej pracy, podwyżki czy nowego samochodu, choć oczywiście dotyczy to również i takich sytuacji. Chodzi raczej o nasze reakcje, gdy widzimy pomyślność życia innych ludzi dokładnie w tych dziedzinach, w których sami niesiemy najbardziej bolesne rany i wieloletnią tęsknotę za zmianą. Może to dotyczyć rodziców dzieci, które zeszły na złą drogę, tymczasem znajomi wiodą tak udane życie rodzinne. Może się to odnosić do sytuacji kobiety od lat bezskutecznie poszukującej mężczyzny, który pokochałby ją bez reszty, podczas gdy każda z jej koleżanek wyszła już dawno szczęśliwie za mąż. To może być tęsknota mężczyzny, który bezskutecznie stara się o poważanie swojej żony, widząc jednocześnie, jak jego kolega w oczach swej żony jest prawdziwym bohaterem. To także położenie chrześcijanina zmagającego się od lat z problemem, od którego jego znajomy został uwolniony przez Boga w jednej chwili i każdemu z radością o tym zwycięstwie opowiada. To również sytuacja chorego, który prosił innych o modlitwę, a po niej po raz kolejny wraca do domu z chorobą, słysząc jeszcze w swoich uszach radość tych, którzy zostali uzdrowieni. Moglibyśmy mnożyć przykłady ludzi zgnębionych, o złamanych sercach. Tych, którzy w życiu innych dostrzegają z tęsknotą i bólem to, czego sami najbardziej pragną, a czego nie doświadczają. W konfrontacji ze szczęściem innych najbardziej ludzką reakcją jest żal, poczucie opuszczenia, bycia kimś gorszym, rozgoryczenie, a czasem zazdrość i nienawiść w stosunku do tych, którzy mają to, czego nam tak bardzo brakuje. Wtedy własna deprywacja, poczucie pozbawienia pomyślności tak bardzo boleśnie daje o sobie znać. Czy nie wydaje się więc absurdalnym oczekiwać, że w takiej sytuacji można wzbudzić w sobie radość ze szczęścia innych? A nawet jeśli można ją wzbudzić, to po co? Odpowiedź na te pytania może przemienić nasze życie na zawsze.

Owoce naszych reakcji

Jeśli zatem nasza reakcja na wydarzenia w życiu innych ludzi determinuje często to, co dzieje się w naszym życiu – jak obchodzimy się z cudzą pomyślnością i powodzeniem? Podobieństwo o dziesięciu minach, przytoczone w 19 rozdziale Ewangelii św. Łukasza, dotyka spraw daleko głębszych niż zysk finansowy z obracania powierzonymi pieniędzmi. Mówi bowiem o tym, jak obchodzimy się z powierzoną nam cudzą własnością. Jeśli obchodzimy się z nią właściwie i odpowiedzialnie, zyskuje nie tylko właściciel – my także. W przypowieści mowa jest o nagrodzie w postaci objęcia władzy nad miastami. Oznacza to nic innego jak rozwój, wzrost znaczenia i autorytetu, poszerzenie możliwości życiowych. W tym tkwi sedno!

W oczekiwaniu przełomu

Rodzi się więc zasadnicze pytanie: czy dokładamy starań, aby jeszcze bardziej pomnożyć tę cudzą pomyślność i powodzenie? Jeśli niezależnie od tego, jak bardzo tęsknimy za przełomem we własnym życiu, prawdziwie cieszymy się z pomyślności i błogosławieństwa w życiu innych ludzi, jesteśmy z pewnością na właściwej drodze. Nasza życzliwość, poparcie, gratulacje, wspólne świętowanie cudzych sukcesów przyczyniają się do ich pomnażania. Im serdeczniej, tym skuteczniej. Jezus nie pozostawia przy tym żadnych wątpliwości: ten, kto właściwie obchodzi się z cudzym błogosławieństwem, sam będzie błogosławiony konkretnym rozwojem i może oczekiwać przełomu. Nieprzyjaciel Boga z pewnością nie chce ani właściwych reakcji na powodzenie i sukcesy innych, ani rozwoju i przełomu w życiu tych, którzy sami tak rozpaczliwie za nimi tęsknią. Dlatego właśnie robi, co tylko może, byśmy tkwili w złych i destrukcyjnych wzorcach myślenia i działania. Nasze poczucie klęski, przegranej w życiu oraz frustracja potęgowana widokiem tych, którym się powiodło, wpędzają nas w spiralę złych reakcji. A to, zamiast otwierać nam drogę do przełomu w naszym własnym życiu, coraz bardziej nas od niego oddala.

Kto właściwie obchodzi się z cudzym błogosławieństwem, ten sam może oczekiwać przełomu

Droga do dobrych przełomów

Trudno jest świętować szczęście innych, gdy sami zmagamy się z niepowodzeniem, być może nawet w tej samej dziedzinie. Świętowanie nie przychodzi nam wtedy naturalnie. Jednak mamy wszelkie podstawy, by oczekiwać tego, co ponadnaturalne – Bożego działania w nas. Podobnie jak Dawid, który musiał nakłaniać swoją nie zawsze do tego gotową wolę i emocje, mówiąc: „Chwal, duszo moja, Pana!”. Nie inaczej jest w naszej sytuacji. I my musimy wykonać pewien wysiłek, pewien krok wiary, który Bóg podeprze swoim ponadnaturalnym działaniem. To umożliwi nam dalszy bieg. Właśnie dlatego apostoł Paweł daje nam pewne polecenie: Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi (List do Rzym. 12:15). Gdyby to było takie proste i naturalne, polecenie byłoby zbędne.

Wobec czyjegoś szczęścia

Mamy pewne zadanie do wykonania wobec innych. Dotyczy to konkretnej postawy, którą powinniśmy przyjąć zarówno wobec tych, którzy się smucą, jak i tych, którzy się cieszą. Najczęściej łatwiej nam przychodzi płakać z płaczącymi, kiedy doświadczają oni poważnych kłopotów w swoim życiu. Nawet wtedy, gdy sami przechodzimy przez problemy, towarzyszymy innym w ich smutku. Prawdziwe wyzwanie zaczyna się w momencie, w którym sami jesteśmy przygnębieni, a mamy „weselić się z weselącymi”. Zastanawiające, że napisano to w formie polecenia. Niezależnie od tego, jak bardzo sami potrzebujemy przełomu w jakiejś dziedzinie życia, mamy cieszyć się powodzeniem innych. Dlaczego? Ponieważ klucz do naszego własnego przełomu, rozwoju, wyjścia z wieloletnich niepowodzeń i pasma klęsk tkwi niejednokrotnie w tym, jak obchodzimy się z cudzą własnością.

W przygotowaniu i oczyszczeniu

Jeśli widząc powodzenie w życiu innych ludzi, dziękujemy za nie Bogu, zamiast popadać w zgorzknienie z powodu własnych niedostatków, nasze serce doznaje oczyszczenia, a my stajemy się gotowi na Boże działanie. Gdy więc od dawna czekamy na zmianę w naszym życiu, a ona ciągle nie nadchodzi, zbadajmy własne serce. Zwróćmy uwagę, jaką przyjmujemy postawę wobec pomyślności innych. Jeśli jest niewłaściwa, zmieńmy ją koniecznie! Może się bowiem okazać, że stanowi jedyną przeszkodę w otrzymaniu przez nas tego, o co tak długo się modlimy.