Kiedy piszę ten artykuł, w Jerozolimie przebywa 160 liderów chrześcijańskich z Ameryki Środkowej, głównie z Meksyku. Pan Bóg czyni coś nowego w tym niezwykłym regionie świata, także w kwestii jego połączenia z Izraelem. Kilka dni temu wspomniana grupa liderów odwiedziła Międzynarodową Ambasadę Chrześcijańską w Jerozolimie (ICEJ).
Liderzy podzielili się swoimi marzeniami dotyczącymi połączenia ich kościołów z Izraelem. Otworzyli swoje serca, opowiadając, co ich porusza w tym Świętym Mieście. Spędzili również czas na modlitwie i poznawaniu historii tej ziemi i miasta. Duch Święty działał w każdym z nas. Na koniec wizyty organizator grupy przekazał nam, pracownikom Ambasady, tekturowe pudełko, mimo dużego rozmiaru lekkie. „W środku są nasze prośby modlitewne” – wyjaśniła jedna z osób. Powierzono nam stos listów, w których zanotowano najważniejsze prośby modlitewne przywódców kościołów z całego Meksyku.
Pan Bóg słyszy nasze modlitwy wszędzie. On słyszy zarówno nasz szept, jak i donośne wołanie w budynku kościelnym. Bóg zna nasze prośby, wypowiadane w każdym języku. Słyszy westchnienia naszych serc i wyznania naszych ust. Obojętne, czy wznosimy nasze prośby w Izraelu, w Meksyku czy w dowolnym innym miejscu na ziemi.
Jest coś szczególnego w uporczywym szukaniu Bożej przychylności i Jego odpowiedzi
Jednak jest coś szczególnego w uporczywym szukaniu Bożej przychylności i Jego odpowiedzi. Przypomina mi o tym zawsze przypowieść o natrętnej wdowie, o której Pan Jezus opowiedział swoim uczniom, by zachęcić ich do wytrwałej modlitwy (zob. Ew. Łuk. 18:1–8). To prawda, że Pan Bóg słyszy nas wszędzie i dociera do Niego każdy rodzaj modlitwy. Ale wszelkie przejawy desperacji z naszej strony zawsze poruszają serce Boga (zob. Ew. Mat. 15:28).
Wkładanie karteczek pomiędzy kamienie Ściany Płaczu w Jerozolimie może się niektórym wydawać dziwne. Jednak nie nam osądzać, na ile osoby modlące się pod murem mają wielką wiarę w sercu, a na ile wykonują ten rytuał mechanicznie. To sprawa pomiędzy nimi a Bogiem. Odpowiedzialnością każdego z nas jest nasza własna modlitwa. W zeszłym roku pewne istotne dla mnie sprawy powaliły mnie w czasie modlitwy na kolana – dosłownie. Przez lata uczyłam się modlić, o wszystko i wszędzie. Było to bardzo dobre, jednak po pewnym czasie mój czas modlitwy przestał być uporczywy w swojej naturze. Aż do momentu, w którym w Bożej Obecności i w ukorzeniu wróciłam na kolana.
Jest pewien rodzaj wytrwałości i natręctwa w spisywaniu największych swoich próśb przed Bogiem i oddawaniu ich innym ludziom, by również przynosili je do Boga. Tak, jak to uczynili duchowni z Meksyku, wierząc, że Bóg zobaczy ich gorliwość. Bo przecież sam Jezus powiedział, że jeśliby dwaj z was na ziemi uzgodnili swe prośby o jakąkolwiek rzecz, otrzymają ją od Ojca mojego, który jest w niebie (Ew. Mat. 18:19).
Nieustające modlitwy pod murem w Jerozolimie mogą przypomnieć nam o czymś niezwykle ważnym: Czy nasze modlitwy są naprawdę usilne, wypełnione miłością i wiarą, że Bóg wypełni to, co obiecał? (zob. List do Rzym. 4:21). Czy mamy dosyć odwagi, by traktować Jego obietnice dosłownie?
Istnieje pewna Boża obietnica, którą warto tu wspomnieć. Bóg dał ją Salomonowi, kiedy ten zbudował Mu świątynię w Jerozolimie. I nigdy tej obietnicy nie odwołał: Gdy […] ukorzy się mój lud, który jest nazwany moim imieniem, i będą się modlić, i szukać mojego oblicza, i odwrócą się od swoich złych dróg, to Ja wysłucham z niebios, i odpuszczę ich grzechy i ich ziemię uzdrowię. I będą moje oczy otwarte, i moje uszy uważne na modlitwę w tym miejscu zanoszoną. […] Moje oczy i moje serce tam będą skierowane po wszystkie dni (2 Kron. 7:13–16). Ta obietnica może być wyjaśnieniem niezwykłych cudów wysłuchanych modlitw, zanoszonych do Boga i dzisiaj – dokładnie w tym miejscu – pod Ścianą Zachodnią Wzgórza Świątynnego.