Strona główna Artykuły Numery 2011/4 (zima) Sposób na dręczące myśli
sposob-na-dreczace-mysli

Sposób na dręczące myśli

Święta? Już? Przecież poprzednie były tak niedawno. Wydaje się, że minęły jakieś trzy, no może sześć miesięcy... W to, że minął znowu kolejny rok, trudno mi uwierzyć. Święta Bożego Narodzenia – czas dziecięcej radości, pokoju, ale też głębokiej refleksji, wyciszenia. Przynajmniej z założenia powinny takimi być. No właśnie. Raczej bardziej z założenia, niż w rzeczywistości. Bo mamy tendencję, żeby sami sobie popsuć nawet najpiękniejsze chwile. Może się mylę. Może to tylko ja mam takie „zdolności”. Nie będę zatem mówiła za cały rodzaj ludzki, nie będę generalizować ani uogólniać.

Moje paradoksy

Robię to, choć tego nie znoszę. A robię to bardzo często. Czy muszę? Nawet nie muszę, wręcz nie powinnam, a robię. O czym mówię? O myciu garnków, prasowaniu, odkurzaniu, pieczeniu, gotowaniu? Nie. Nie znoszę zamartwiania się! A bardzo często to robię.

– To przestań – ktoś (na przykład mój mąż) poradził mądrze i logicznie.
Ba! Chciałabym, ale to nie takie proste. Dlaczego?

Kobiece „umiejętności”

Po pierwsze jestem kobietą. To wiele wyjaśnia – westchną mężczyźni. Właśnie tak. Kobiety bowiem (przynajmniej większość z nas) mają specyficzną „umiejętność” martwienia się. Na zapas, niepotrzebnie, w nadmiarze, przedwcześnie, bezsensownie i bezcelowo. Ja się po prostu martwię. Wiem, że bezsensownie i bezcelowo. W nadmiarze i niepotrzebnie. Może tylko nie bez powodu, bo powód do zamartwiania zawsze się znajdzie: zdrowie męża (nie jest z nim najlepiej, to fakt), przyszłość dzieci (moje już są dorosłe, więc obecnie mam powód, by zastanawiać się nad ich przyszłym życiem, rodziną), bezpieczeństwo finansowe (czy wystarczy na wszystkie wydatki?), praca zawodowa (jak poradzić sobie z moimi trudnymi uczniami?). To tylko kilka przykładów. Powody mogą oczywiście być również błahe: jak zorganizować tegoroczne święta, czy zdążę ze wszystkim (sprzątanie, mnóstwo spotkań, prezenty, zakupy). Oj, każda sprawa może być powodem do chociażby maleńkiego strapienia czy niepokoju.

Złapać dystans

A jeśli słyszę, że zamartwianie się jest nielogiczne i bez sensu, że nikomu tym nie pomagam, tylko szkodzę swojemu zdrowiu? Źle mi z tym. Bardzo źle. Męczę siebie i najbliższych. Choć staram się moje zamartwianie starannie ukrywać. Męża jednak nie zwiodę:

– Znowu o tym myślisz? – pyta. Mam kręcić, że nie?
– Płakałaś?
– No, bo wiesz…
– Co ci to pomoże, że się martwisz? – powtarza.
– Właściwie nic… – przyznaję szczerze.

Też bym chciała jak on, mój kochany mąż, logicznie i z dystansem podchodzić do problemów. Zapomnieć, nie myśleć. Niestety. My, kobiety, stale musimy myśleć. W naszym umyśle trwa ustawiczna praca. Dręczące myśli bzyczą jak pszczoły w ulu. Jedyną chwilą odpoczynku jest sen. Ale jak tu usnąć, gdy… się martwisz? Więc nie śpię i myślę. Myślę i nie mogę spać. Rano wstaję niewyspana, więc tym bardziej się martwię. Koło się zamyka i toczy. Przybiera na rozmiarach w zawrotnym tempie, niczym wielka śniegowa kula.

Z bronią w ręku

Wyjście jest tylko jedno. Postępowanie zgodnie z biblijnym poleceniem: Wszelką troskę swoją złóżcie na Niego, gdyż On ma o was staranie (1 Piotra 5:7). Składanie moich problemów na Boga przypomina zrzucanie ciężkiego worka z pleców. Wręcz obrazowo muszę to czasem robić, by mój „bzyczący” umysł to pojął. Powtarzam sobie:

– Masz oddać wszelką troskę, czyli wszystkie problemy Bogu – mówię do siebie – i nie brać ich z powrotem! A to niejednokrotnie jest jeszcze trudniejsze.

Więc składam, czyli modlę się. I to nie tylko rano czy wieczorem, ale mnóstwo razy dziennie: zaraz po obudzeniu, podczas śniadania, idąc do pracy, dyżurując podczas szkolnych przerw na korytarzu, wracając z pracy, gotując, sprzątając, prasując, kładąc się spać. W trakcie różnych czynności. A także – nie śpiąc. Uczę się wykorzystywać bezsenność nocy na modlitwę. Czasem to tylko jedno westchnienie, nie zawsze ułożone w myśl, bo już sama nie wiem, jak się modlić. Ale powtarzam sobie słowa piosenki: Każde westchnienie do nieba ma sens. I wierzę. Coraz bardziej uczę się modlić z wiarą: Panie, Ty obiecałeś, że jeśli prosimy z wiarą, to otrzymamy.

Przypominam sobie kolejny werset: Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu (List do Filip. 4:6). Powtarzam go wiele razy dziennie. Dręcząca myśl – werset, dręcząca myśl – werset. Unicestwienie! Zwycięstwo! A jeśli martwić się potrafię stale, to i wersety muszę wielokrotnie powtarzać. Cóż, duchowe dojrzewanie to bardzo długi proces.

Nadchodzi nowe

Przede mną nowy rok. Nie wiem, co przyniesie. Ale nowy rok to nie powód, żeby zakładać, że będzie źle, że coś się nie uda. Dobra okazja, by na nowo postanowić, że chcę ufać Bogu zamiast uparcie polegać na własnych siłach.

„Poślij swoje troski do nieba” – głosiła myśl, jaką dostałam kiedyś na kartce urodzinowej. Zatem postanawiam, że w nowym roku będę w modlitwie posyłać swoje zmartwienia do nieba. A co w zamian? Wszak kobiecy mózg nie zna pojęcia pustki. W zamian za to, że w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzę prośby moje Bogu, On obiecuje: A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie (List do Filip. 4:7). Pokój Boży zamiast smutku? Naprawdę dobra zamiana.