Co przemawia za tym, aby uczyć dzieci w domu?
Kiedy zaczęłam poważnie myśleć o systemie edukacji w Polsce i o czasach, w których ja chodziłam do szkoły podstawowej czy do liceum, zastanawiałam się, co z tego wyniosłam. Studiowałam w Stanach Zjednoczonych. Tam zobaczyłam, że nauka polega na przekazywaniu wiedzy w taki sposób, żeby zaciekawiać i żeby chciało się zdobywać wiedzę. Ta wiedza była praktyczna, nie tylko teoretyczna. Kiedyś na przykład usłyszałam: „skoro byłaś w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, to na pewno wiesz, jak zrobić mydło albo szampon”, a mnie nawet nie przyszło do głowy, że ucząc się chemii, mogłabym zobaczyć, jak się robi coś takiego!
Zastanawiałam się nad systemem edukacji i obudziło się we mnie pragnienie, żeby swoje dzieci uczyć czegoś praktycznego. Nie wiedziałam, czy w Polsce możliwe jest uczenie ich w domu. W Stanach widziałam wiele przykładów domowego nauczania i różne jego sposoby.
Krystian, mój syn, chodził do przedszkola, a potem do szkoły chrześcijańskiej w Poznaniu. Teraz ma 10 lat. Zależało mi, żeby miał kontakt z rówieśnikami. To miało jakiś sens. Ale gdy zaobserwowaliśmy, jak bardzo jest zmęczony po powrocie ze szkoły, zorientowaliśmy się, że spędzamy z nim czas tylko przez chwilę – podczas kolacji. Mieliśmy ze sobą za mało kontaktu. Trochę więcej czasu spędzaliśmy razem tylko w weekendy. Potem, gdy urodziła się Pollyanna (teraz chodzi do zerówki, ma 6 lat), widziałam, że nawet nie było możliwości, by nasze dzieci rozwijały relację jako rodzeństwo czy nauczyły się razem bawić, bo po prostu nie było na to czasu.
Dzieci w szkole słuchają nauczycieli, mogą ich lubić lub nie. A jak to jest w domu, kiedy mama uczy na przykład tabliczki mnożenia lub z czegoś przepytuje. Czy dziecko słucha mamy? Czy jest z tym problem?
To zależy od mamy, nie od dziecka. Ale mój syn po prostu chciał się uczyć w domu i to było dla mnie motywacją. On cieszy się z nauki w domu, zobaczył różnicę. W szkole dzieci muszą siedzieć w ławkach, nie mogą sobie wstać, chodzić, za dużo się poruszać. Dlatego on często odpływał myślami i nauczycielka mówiła, że co chwilę był zagubiony. W domu obserwuję swoje dziecko i mam z nim kontakt przez cały czas. Kiedy widzę, że jest zmęczone, robię mu przerwę. To zależy też od dnia. Czasami można zrobić dłuższą lekcję, bo dziecko jest czymś zaciekawione. Pobudzam jego ciekawość i zachęcam, by zgłębiało wiedzę na ten temat. Czasem wyjeżdżamy na wycieczkę. Na przykład, kiedy uczył się o królach z historii Polski, pojechaliśmy do Krakowa, do miejsc, gdzie mieszkali królowie. To było dla niego bardzo ciekawe. Pozwalało łączyć życie z nauką. Musieliśmy pojechać do Krakowa, więc wykorzystaliśmy tę podróż, by czegoś nowego się nauczyć. Skoro odpowiedzialność za naukę spoczywa na mnie, cały czas zastanawiam się, jak to ulepszyć, urozmaicić.
Ucząc dzieci w szkole, tak naprawdę potrzebujemy więcej czasu, żeby zrealizować program, bo w klasie jest ich więcej. Nauczyciel może uczyć tylko w ogólnym tempie, nie za szybko, nie za wolno. Ja mogę określić tempo stosownie do możliwości dziecka. Jeśli czegoś nie rozumie, mogę poświęcić mu więcej czasu, wszystko wytłumaczyć i skupić się wyłącznie na nim.
A jak wyglądają relacje z rówieśnikami? Dzieci lubią chodzić do szkoły, bo mają tam kolegów i koleżanki. Jak to jest z waszymi dziećmi?
Kiedy Krystian chodził do szkoły, mógł rozwijać relacje z kolegami dopiero po lekcjach. Szkoła nie daje aż takich możliwości. Przerwy są za krótkie. Krystian mówił, że tak naprawdę może pobyć z kolegami dopiero w świetlicy albo na zajęciach dodatkowych. A takie zajęcia można też organizować w różnych miejscach, żeby zaaranżować dziecku spotkania z rówieśnikami. Jeśli chodzi o relacje, zauważyłam, że moje dzieci potrafią nawiązać kontakt nie tylko z rówieśnikami, ale również z dorosłymi ludźmi czy z młodszymi dziećmi. To dla nich codzienność. Inni ludzie często mi to mówili, że Krystian i Pollyanna potrafią bardzo dobrze komunikować się z dorosłymi. Nie wstydzą się.
Możecie swobodnie inwestować w talenty i uzdolnienia swoich dzieci…
W powszechnym systemie edukacji trudniej o kształtowanie talentów dziecka czy inwestowanie w nie. Przy tak dużej liczbie dzieci nauczyciel nie jest w stanie tego zrobić. W domu mam możliwość mobilizowania dziecka w tych dziedzinach, w których dostrzegam jego talenty i uzdolnienia.
Mój syn jest bardzo dobry w ścisłych przedmiotach, ale wiedziałam, że nie lubił czytać, i modliłam się o mądrość, jak do tego podejść, jak go zachęcić. Miałam możliwość podsunąć Krystianowi takie lektury, które go zainteresują. W trzeciej klasie przeczytał Opowieści z Narnii, choć programowo czyta się je w czwartej. On bardzo chciał obejrzeć film, więc powiedziałam mu, że będzie mógł go obejrzeć, jeśli najpierw przeczyta książkę. To mu dało motywację. Przeczytał pierwszą część i tak się wciągnął, że przeczytał całość. Nagle zaczął czytać. I to bardzo dużo. W szkole nie miałby na to tyle czasu, bo po lekcjach wracał zmęczony. W weekendy podobnie, jeśli chciał choć trochę czasu pobyć z rodziną.
Skąd pomysł na homeschooling – edukację domową? Kiedy to się w Polsce zaczęło?
W Polsce ten system nauczania rozpoczął w Poznaniu w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku dr Marek Budajczak. On zaczął uczyć swoje dzieci w domu.
Co praktycznie muszą zrobić rodzice, jeśli chcieliby uczyć dziecko w domu? Jakie kroki wy musieliście podjąć czy jakich formalności dopełnić, żeby to było realne?
Bardzo nam pomogła szkoła, w której Krystian rozpoczynał naukę, bo akurat ta szkoła się na tym zna. Trzeba między innymi zrobić badania psychologiczne. Praktycznie każda szkoła, prywatna lub publiczna, może monitorować taki program – mamy wybór. Każdy dyrektor ma obowiązek nas przyjąć, nie może nam odmówić. Dziecko zdaje w tej szkole egzaminy na zakończenie roku, pisemne i ustne.
Czy ta szkoła wystawia wtedy dziecku świadectwo?
Tak, to szkoła wystawia świadectwo. Dziecko jest zapisane w tej szkole, ale w toku domowego nauczania. My zrobiliśmy tak, że przez pierwsze dwa lata Krystian chodził do szkoły przez dwa dni w tygodniu, a przez trzy dni uczył się w domu. Razem z nauczycielem realizowałam ten sam program, korzystałam z tych samych podręczników.
W nauczaniu domowym mamy większą swobodę. Nie musimy używać tych samych materiałów. Jest podstawa programowa, którą każde dziecko musi sobie przyswoić, ale w jaki sposób jej nauczymy, zależy od nas. To też fajna zabawa dla rodzica. Często powtarzam, że zaczynam szkołę od początku. Na nowo się uczę, na przykład historii. Mamy wiele okazji do życiowych rozmów. Ode mnie też zależy, co ponad ten program zrealizuję. Dla nas najważniejsze było to, że w pierwszej kolejności nasze dzieci są uczniami Chrystusa, dopiero potem – naszymi.
A czy są jakieś minusy domowego nauczania? Jakieś sprawy, z którymi sobie nie radzisz?
Na pewno to wielkie wyzwanie dla mamy. To nie jest wcale takie łatwe. Tak naprawdę mama nie jest wtedy w stanie pracować poza domem. Musi nie tylko uczyć dzieci, ale najpierw sama musi się tych rzeczy nauczyć. Trzeba znaleźć na to czas i dobrze go zorganizować.
Czyli można powiedzieć, że oprócz wychowywania dzieci, jest to też praca zawodowa?
Tak. Powiedziałabym, że homeschooling to praca na cały etat. Kiedy zdecydowałam się, żeby uczyć dzieci w domu, miałam możliwość rozwijania kariery zawodowej. Wtedy dokonałam wyboru. Zamiast inwestować w ludzi na zewnątrz, chcę inwestować we własne dzieci. Przynajmniej w ich początkowy rozwój. Pierwsze lata ich nauki budują fundament na resztę życia i właściwy system wartości.
Pozytywną stroną, jeśli chodzi o zaangażowanie taty w całe przedsięwzięcie, jest to, że nie musi już tracić tyle czasu, wożąc dzieci do szkoły i z powrotem. W dużym mieście wygląda to dramatycznie, bo trzy godziny dziennie spędza się z tego powodu w samochodzie. Kiedy wyliczyliśmy sobie, że moglibyśmy ten sam czas zainwestować w nauczanie dzieci, to się nam kalkulowało. Tomek, jako ojciec, ma teraz swobodę, by spędzać więcej czasu z dziećmi. Teraz ma czas, by inwestować w ich rozwój duchowy, a także, by się z nimi pobawić. A to jest niesamowita możliwość budowania więzi rodzinnych.
Jeszcze jedną zaletą jest to, że mamy możliwość podróżowania. Nie jesteśmy uwięzieni w jednym mieście ze względu na szkołę. Możemy wyjechać, bo szkoła jedzie z nami. No i nie ma prac domowych. To też duży plus. Krystian w zerówce dostawał prace domowe. Mimo że spędzał tam wiele godzin, to musiał jeszcze odrabiać lekcje w domu. Dziecko jest wtedy zmęczone, nie ma już czasu, żeby się pobawić z kolegami.
Plusy nauczania domowego
Jest jeszcze jeden plus. Jeżeli opuszczamy jeden dzień, nic nie tracimy. Kiedy dzieci chorują, też się tak dzieje. Wszystko można nadrobić. Wyzwaniem jest młodsze dziecko. Teraz Pollyanna zaczyna zerówkę. Niektórych rzeczy mogę ich uczyć razem, ale niektóre muszę zrealizować osobno. Ucząc dzieci oddzielnie, każdemu muszę znaleźć atrakcyjne zajęcie.
Kiedy ja chodziłam do szkoły, było trudno – to były czasy komunistyczne. Teraz jednak dzieci coraz częściej zostają skonfrontowane z problemami narkotyków czy seksu już we wczesnych latach szkolnych. I dlatego ważne jest budowanie solidnego fundamentu od samego początku – żeby dziecku pomóc. My często za wcześnie wypychamy je w świat. W niektórych miejscach w kraju istnieje oczywiście jeszcze możliwość zapisania dziecka do szkoły chrześcijańskiej, co jest swego rodzaju duchową ochroną.
Nie ma dla mnie cenniejszych osób niż moja rodzina, moje dzieci. Chcę doprowadzić je do takiego miejsca, że same będą chciały, z potrzeby serca, rozwijać relację z Bogiem. Chcę im stworzyć takie warunki. Obecnie szkoła buduje nietrwały fundament, który opiera się na relatywizmie, postmodernizmie. To często przerasta nasze dzieci, a my nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie ich wątpliwości, jeśli one nie zadają pytań o wszystko. Tego jest za dużo. Możemy nawet nie wiedzieć, kiedy ich serca zaczną się oddalać od dobrych wartości. A jeśli w tych pierwszych latach zbuduje się mocny fundament, można je posłać w to środowisko. Wtedy są już przygotowane, są silniejsze, żeby dać sobie radę. A z nami mają wtedy szczerą, przyjacielską relację i nie boją się dzielić swoimi problemami.
Bardzo dziękuję za rozmowę.