W kolorowych magazynach dominują barwy: zielona i czerwona, złoto i biel. Przy większości tekstów pojawia się a to przyprószona śniegiem gałązka, a to kolorowo zastawiony stół. Co bardziej wysmakowane czasopisma prześcigają się w wynajdowaniu nowych stylów przystrajania mieszkania w tym „świątecznym czasie”. A my po raz kolejny zastanawiamy się, dlaczego świat tak zabiega o świętowanie tych niezwykłych Narodzin, nie bacząc na to, że rok za rokiem ich główny Bohater wypierany jest sprzed naszych oczu.
W osiemdziesiąt dni dookoła sklepów
Święta. Czy wszędzie wyglądają tak samo? Wielka Brytania na czas świąteczny stroi się, jak umie: najwykwintniej, najkosztowniej. Dosłownie, ponieważ to wtedy centra handlowe wydają najwięcej pieniędzy na wymyślne świąteczne dekoracje. Strojenie domów to także potężny rynek. Ciekawe jest to, że brytyjscy duchowni coraz częściej ostrzegają swoich wiernych: „Nie zadłużajcie się na święta!”.
Zacznijmy od tego, że w Wielkiej Brytanii odliczanie do świąt rozpoczyna się już w październiku. Człowiek jeszcze nie zdąży schować letnich butów do pudła na szafie, a już zaczynają go stresować wyliczanki w sklepach: „Jeszcze tylko 80 dni do świąt!”. Nietrudno się oprzeć wrażeniu, że sprzedawcy powoli nakręcają spiralę wielkiego handlu i startują do maratonu, w którym nagrodą są zyski ze sprzedaży i usług świątecznych. Jak cieszyć się widokiem kasztanów, gdy uporczywie chcą nas przenieść w sezon zimowy? Nie dajmy się zmanipulować. Jeśli pierwszego grudnia nie mamy w lodówce, szafkach i spiżarce zapasów na świąteczną kolację, to jesteśmy – całkowicie normalni!
Elvis na święta
Co jeszcze z nowych „świątecznych” zwyczajów może nas spotkać na Wyspach? Otóż na przykład Elvis. Mniej więcej pod koniec listopada większość brytyjskich restauracji i pubów wypełnia się ulotkami. A ulotki głoszą dobrą wieść o tym, że żona, matka czy babcia może z dumą zrzec się przygotowywania świątecznych smakołyków, powierzając siebie i swoich bliskich zawodowym kucharzom i kelnerom. Gdy widzimy taką ulotkę po raz pierwszy, ogarnia nas nostalgia i zdziwienie, bo może jesteśmy już zbyt staromodni… I nie powinno nas zaskakiwać hasło: „Christmas day made easy” (Łatwe święta Bożego Narodzenia).
Coś jednak burzy się w głowie na widok dumnej zapowiedzi, że po „Christmas dinner” restauracja przygotowała występy grupy grającej przeboje Elvisa. Ewentualnie w restauracji w centrum miasta będą grali przeboje lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Oczywiście próbujemy sobie tłumaczyć, że to bardziej praktyczne, że nie będzie góry brudnych naczyń, że bilans ekonomiczny może być korzystny, ale… czy na pewno? A to i tak jeszcze nie koniec „nowoczesnych świąt”.
„Wesołych świąt!”
Przychodzi w końcu grudzień i myślimy, że miło by było wysłać rodzinie w Polsce świąteczną kartkę. Nie ma obaw, bo każde angielskie miasteczko ma co najmniej dwa sklepy, w których głównym asortymentem są właśnie kartki okolicznościowe. Ochoczo zabieramy się do wyszukania tej jednej jedynej, która ucieszy bliskich. Zimowe pejzaże, myszki w stroju św. Mikołaja… Zaczynamy się niepokoić, ale nerwowo robi się, kiedy napotykamy „kartkowe gotowce” typu: „Dla Cioci”, „Dla najlepszego Kuzyna” czy wreszcie dwa „obrokacone” bałwanki i napis „Dla Partnera Mamy – Wesołych Świąt!”. Wtedy można już poczuć się nieswojo. Wreszcie, gdzieś w rogu, widzimy ją – kartka ŚWIĄTECZNA. Stajenka, Józef, Maria, zwierzęta i… Jezus. Porywamy kartkę, choć za chwilę przytomniejemy. Bez obaw, przecież ona i tak nie cieszy się zainteresowaniem. Z nutką nadziei pada pytanie do sprzedawczyni: – „Czy to jedyna kartka z elementem chrześcijańskim w asortymencie?”. – „Tak. Reklamówkę?”. I tylko my jesteśmy zdziwieni…
Narodziny nadziei
Wtedy zaczynamy rozumieć, że to już coś więcej niż nasza polska obawa o komercjalizację świąt. W Polsce jest ona jeszcze obawą, na Wyspach raczej już faktem. Gdy to staje się jasne, chcemy chronić nasze skromne zwyczaje. I wtedy dzieje się coś pokrzepiającego. Nagle, jak kiedyś, w Betlejem, w ciemną noc, gdy nie było miejsca dla Księcia Pokoju przychodzącego na świat, pojawia się jasne światło. Tu, we współczesnym miasteczku globalnym, gdzie nie ma miejsca na Dobrą Nowinę, bo wszędzie rozgościły się myszki, bałwanki i Elvis – rodzi się nadzieja. Chrześcijanie kilku kościołów przypominają na skromnych kartkach wręczanych przechodniom: „Jezus – the Real Gift” (Jezus – Prawdziwy Prezent). Nie musisz już pieczołowicie szukać w sklepie za jednego funta, możesz ją dostać od wolontariuszy wychodzących na główne place miast i miasteczek. I tak samo jak niegdyś, możesz przyjąć jej przesłanie lub nie.
Prawdziwy prezent
Już jakiś czas temu zauważyliśmy wszyscy, że prawdziwy powód świąt Bożego Narodzenia coraz rzadziej jest celebrowany w krajach Europy Zachodniej. W Anglii Boże Narodzenie staje się tylko kolejną okazją do wyjścia, na przykład do pubu. W pogoni za tym, co globalne, zapomina się o Najwspanialszym Prezencie, Jezusie, Zbawicielu, Cudownym Doradcy. Jednak Kościół na Wyspach jest światłem. Tli się lub płonie wielkim płomieniem, przypominając rymującym się hasłem, że „Jesus is the Reason for the Season” (To Jezus jest powodem świąt).
Zastanówmy się zawczasu nad ceną świąt. Nad ilością gotówki przeznaczanej na sztuczne światełka i brokat. W starej czytance dla dzieci „Rodzina Dobrowolskich” ojciec przypominał dzieciom: „Jezus wnosi więcej światła w nasze życie niż te światełka na choince”. Obyśmy również umieli opowiadać innym o Prawdziwym Prezencie.