Mówię jeszcze wiele innych rzeczy. Opowiadam o tym, jak po raz pierwszy usłyszałam język portugalski w jazzowej piosence i długi czas nie zdawałam sobie sprawy, że to prawdziwy język, bo brzmiał jak beztroska słowna interpretacja, intymne gruchanie zakochanych ptaków. O tym, jak – nie wiedzieć czemu – gdy przyszła pora wyboru kierunku studiów, nie wybrałam tego, o którym od dawna marzyłam, ale – niespodzianka – portugalistykę.
O tym, jak dziwnym zrządzeniem losu zaraz po przeprowadzce do Warszawy wpadłam na korytarzu na latynoskiego mężczyznę.
– Olá, tudo bem? – zagadnęłam moim raczkującym portugalskim. Od słowa do słowa, okazało się, że rozmawiam z brazylijskim misjonarzem. On i jego żona wzięli mnie pod swoje skrzydła. Po wielu modlitwach i wielu miesiącach bilet do Brazylii spadł mi z nieba. A konkretnie tam, dokąd chciałam – do Salwadoru w Bahii.
Obecność Afryki
Bahia (portug. „zatoka”) to najstarszy z dwudziestu siedmiu stanów, na które podzielona jest Brazylia. To właśnie tutaj w 1500 roku dotarli portugalscy kolonizatorzy i wzięli tę ziemię w posiadanie, nazywając ją Ziemią Prawdziwego Krzyża, a zatokę – Zatoką Wszystkich Świętych. Tu powstała pierwsza stolica Brazylii – Salwador, tutaj wreszcie przez setki lat istniał port przeładunkowy ludzkiego towaru z portugalskich posiadłości w Afryce. Miliony czarnych niewolników wywieziono z ich ojczyzny do pracy na brazylijskich plantacjach cukrowych. Obecność Afryki nadal odczuwalna jest w całej Bahii. Około 80% mieszkańców ma domieszkę czarnej krwi.
Także w muzyce obecne są afrykańskie rytmy – pagode i axé to charakterystyczne dla Bahii odmiany samby. Tutejsi niewolnicy wymyślili również popularną w Polsce sztukę walki – capoeirę. Nawet sami Brazylijczycy postrzegają Bahię jako region egzotyczny. Niestety, jest ona także jednym z bardziej zaniedbanych obszarów.
Kraj głodny zmian
Brazylia to kraj rozwijający się, technologicznie i gospodarczo zaawansowany, lecz społecznie wciąż bardzo upośledzony. Weźmy Bahię – jako stan szczyci się ona jednym z wyższych dochodów w Brazylii, ale wcale nie przekłada się to na życie przeciętnego obywatela; wręcz przeciwnie, pięć lat temu wskaźnik rozwoju społecznego (HDI) Bahii był równy temu w Sri Lance. Problemem w dalszym ciągu jest dystrybucja bogactwa. Slumsy to rzeczywistość każdego wielkiego miasta Brazylii. Widok 8-milionowego Salwadoru z lotu ptaka jest naprawdę przejmujący: szklane biurowce, eleganckie wille, nowoczesne osiedla, a pomiędzy tym wszystkim domki z kradzionych cegieł, zalewające każde wolne zbocze, ciągnące się kilometrami, bez końca.
Te kontrasty przerażają. Wystarczy pięć minut, by z elitarnego osiedla wjechać w rzędy baraków, gdzie ludzie przesiadują na ulicach, na gankach, w oknach, zabijając wlokący się czas. To przygnębia, ale też w niezwykły sposób wciąga. Doskonałość nigdy mnie nie frapowała. Nie ma w sobie nic, co mogłoby porwać moje chętne do pomocy serce. Tutaj natomiast, w rozlicznych pęknięciach, rysach, załamaniach, dostrzegam całą paletę możliwości. Reedukacja dorosłych, edukacja dzieci, szkolenia zawodowe dla młodych dorosłych, profilaktyka uzależnień… sama czuję się trochę jak na głodzie. Głodzie zmian.
Synkretyzm religijny
Wbrew stereotypowi, Brazylia wcale nie jest krajem katolickim. To prawda, katolicyzm odziedziczyła po swoich portugalskich kolonizatorach, ale już od pierwszego momentu powierzchownie nauczane dogmaty katolickie zaczęły mieszać się z afrykańskimi i indiańskimi mitami. Niektórzy Brazylijczycy mówią wręcz, że to właśnie synkretyzm jest ich religią narodową.
Szczególnie Bahia znana jest z tego, że na każdej ulicy stoi kościół – przynajmniej jeden, jeśli nie trzy. Wyznania ewangeliczne, szczególnie zielonoświątkowe i baptystyczne, śmiało mogą konkurować z katolickimi pod względem liczby wiernych. Obrazu dopełniają różnej maści kościółki niezrzeszone, gigantyczne świątynie związane z różnymi kultami i afrobrazylijskimi wierzeniami. Brazylijscy chrześcijanie silnie odczuwają ciężar, który się z tym wiąże
Otwarte drzwi
Do Bahii przyjechałam na przeszpiegi, jak dwaj Izraelici, którzy z polecenia Jozuego przybyli do Jerycha. Chciałam zobaczyć, jak wygląda praca misyjna w tym odległym kraju. Pracowałam głównie z dziećmi przy warsztatach misyjnych i projektach edukacji, ale miałam też wiele okazji do dzielenia się moimi doświadczeniami z młodymi ludźmi. Wszyscy – i dzieci, i dorośli – chłonęli wieści o odległej Polsce, kraju, w którym w zimie można suchą stopą przechodzić jeziora, a zamiast mango i papai je się truskawki i jabłka.
Chyba jednak bardziej niż meritum moich słów poruszał ich sam fakt mojej obecności. Kiedy stawałam na środku i zaczynałam mówić po portugalsku, oczy zgromadzonych rozszerzały się. Wzruszenie – bo ktoś usłyszał nasz głos, ktoś nauczył się naszego języka, ktoś przyjechał tu dla nas, żeby z nami być.
Minęły trzy miesiące, a ja znowu jestem w Polsce, ale serce pełne mam Brazylii i zapału do pracy. Chcę wrócić. Chodzę po Warszawie, słuchając brazylijskiego zespołu Tambores Remidos: „Gdy Bóg nadejdzie, zmieni się wszystko. Naród upadnie przed Nim w pył. Nasza ziemia, ziemia wszystkich świętych, stanie się ziemią Jednego Świętego.”. W to wierzę, o to się modlę, na to mam nadzieję. I tak się stanie.