z-olowkiem-przez-swiat.

Z ołówkiem przez świat

Z Elizabeth Mittelstaedt rozmawia Ralf Markmeier

Od dwudziestu pięciu lat Elizabeth Mittelstaedt, założycielka i redaktor naczelna czasopisma „Lydia”, zbiera historie z życia wzięte, reportaże, które są zachętą i inspiracją dla kobiet mieszkających w przeszło stu krajach na całym świecie. Jednak tylko nieliczni znają historię jej życia, ściśle powiązaną z „Lydią”. Historię o cierpieniu i miłości. O zdradzie i przebaczeniu. O zranieniu i uleczeniu. O ryzyku i cudach. Elizabeth jest gotowa ją opowiedzieć. Szokująco szczerze, a jednak zawsze dodając otuchy.

Elizabeth, założyłaś czasopismo „Lydia” i przez dwadzieścia pięć lat przewodzisz zespołowi redakcyjnemu. Przez te wszystkie lata otrzymałaś wiele listów od czytelniczek, a w nich słowa: „To zmieniło moje życie”. Co tak bardzo porusza ludzi w historiach publikowanych w „Lydii”?

Prawdziwe historie mają moc. Poruszają, wpływają na nas. Jezus też opowiadał historie, aby ludzie lepiej rozumieli prawdy, których nauczał. Historie mogą dodać siły. My kobiety mamy wiele wspólnego. Często zderzamy się z podobnymi pytaniami i problemami: Jak tworzyć dobre związki? Gdzie znajdę Boga? Jak poradzić sobie z cierpieniem? Po co żyję? Co znaczy być kobietą, która cieszy Boga?

 

Co odróżnia „Lydię” od innych czasopism kobiecych, w których wszystko kręci się wokół gwiazd, celebrytów i plotek?

Wartości, autentyczność i prawda. „Lydia” pokazuje przykłady i rozwiązania. Tym samym jesteśmy zachętą dla kobiet w samym środku ich codziennego życia. Chodzi o to, żeby szukać prawdziwej radości. Kochać Boga i innych ludzi. Znaleźć uzdrowienie dla ciała, ducha i duszy. Ponadto w centrum zawsze znajduje się informacja najważniejsza na świecie: Jezus nas kocha. Rozpowszechnianie tej wiadomości to nie tylko domena mężczyzn. Dziwnym trafem, pierwszymi osobami, którym Jezus oznajmił, że zmartwychwstał, były właśnie kobiety. Potem polecił im: „A teraz powiedzcie o tym innym”. A kto był pierwszym chrześcijaninem w Europie? Też kobieta! Lidia, która wszystkim swoim sąsiadom opowiedziała dobrą nowinę (Dz. Ap. 16). Jej imieniem zatytułowaliśmy nasze czasopismo.

 

Historia Twojego życia jest dosyć burzliwa. Mówisz po węgiersku, niemiecku i angielsku, wiele razy się przeprowadzałaś. Gdzie czujesz się dzisiaj w domu?

W Niemczech czuję się u siebie, choć rzeczywiście przeprowadzałam się aż siedemnaście razy! Urodziłam się w węgierskiej wiosce, która należała do byłej komunistycznej Jugosławii. W Niemczech poznałam mojego męża Ditmara. Pobraliśmy się w 1972 r. w Vancouver, w Kanadzie. Mieszkaliśmy w Los Angeles i Chicago, a następnie w 1981 r. przyjechaliśmy do Niemiec. Długa podróż z przygodami. Często czujemy się jak Abraham i Sara znani z Biblii, którzy mówili o sobie, że wszędzie są tylko gośćmi, przejazdem na tej ziemi.

 

Najbardziej lubisz pisać ołówkiem. Jaka historia się z tym wiąże?

Gdy byłam małą dziewczynką, miałam tylko jeden ołówek. Mama mi powtarzała, że musi mi on wystarczyć na cały rok. Ale ja tak lubiłam pisać. Latem pisałam palcem na piasku, moja stopa była wspaniałą gumką do ścierania. Zimą śnieg był moją białą kartką. Dziś mam pod ręką wszelkie możliwe pisaki, jednak słowo wstępne do „Lydii” wciąż jeszcze piszę ołówkiem. Do dzisiejszego dnia lubię go najbardziej i życzyłabym sobie, tak jak Matka Teresa, by zawsze być „ołówkiem w Bożej ręce”.

 

Zatem twoja fascynacja pisaniem zaczęła się bardzo wcześnie.

Wierzę, że Bóg wkłada swoje dary w serca dzieci. Dlatego rodzice powinni zwracać uwagę na to, co ich dzieci lubią. Ja kochałam pisanie. Moi rodzice tego nie zauważali, szczególnie ojciec. Chciał dobrze. Uważał, że powinnam nauczyć się czegoś praktycznego. Miałam zostać krawcową i szyć dla rodziny. Było nas siedem sióstr, potrzebowałyśmy wielu ubrań. Bardzo długo trwało, nim wreszcie mogłam zrealizować moje marzenie. Chciałabym być do tego lepiej przygotowana, ale z mojej strony staram się najlepiej, jak potrafię, a wszystkie moje ołówki powierzyłam Bogu.

 

Dopiero gdy przestanę kurczowo trzymać się swego bólu, mogę otrzymać od Boga dar Jego miłosierdzia

 

Gdy miałaś siedemnaście lat, chciałaś opuścić ojczystą Jugosławię i uciekłaś przez zakazaną granicę do Austrii. Niewiele brakowało, a zostałabyś zastrzelona. Za czym tak bardzo tęskniłaś, że byłaś gotowa ryzykować własne życie?

Za wolnością. Wolnością, żebym mogła powiedzieć, co myślę, otwarcie wyznawać swoją wiarę. Dorastając w komunizmie, czułam się rozdarta. Nie rozumiałam, dlaczego błędem jest wierzyć w Boga. Skąd wiadomo, że nie istnieje? Dlaczego nie wolno nam podróżować? Dlaczego kapitaliści to źli ludzie? Dlaczego nie wolno mi zadawać takich pytań? W wieku siedemnastu lat poznałam nowych przyjaciół i jeden z nich opowiadał nam, że moglibyśmy uciec na Zachód, do Austrii. Już wcześniej wiele słyszałam o tym „Zachodzie”. Bardzo chciałam zobaczyć szeroki świat. Może mogłabym tam studiować? Ucieczka była niebezpieczna i trudna. Nie wolno mi było pisnąć słowa nawet przed rodzicami. W grupie byłam najmłodsza. A jednak dla wolności byłam gotowa zaryzykować wszystko.

 

Czy twoje marzenie spełniło się w nowym kraju?

Niestety moje marzenie zamieniło się w koszmar. Już podczas pierwszej nocy w Austrii mój przewodnik, który pomagał mi w ucieczce, zgwałcił mnie, ograbiając z mojego dziewictwa, prezentu, który chciałam zachować dla mojego przyszłego męża. Nie miałam żadnej szansy ani się bronić, ani uciec. Podczas tej bezsennej nocy przeżywałam prawdziwą huśtawkę uczuć: smutek, potem gniew, następnie przygnębienie, a na koniec dziwne otępienie.

 

Prawdziwy koszmar! I to w wieku siedemnastu lat! Pomimo to promieniejesz dzisiaj radością życia. Jak to możliwe, że tamto wydarzenie cię nie złamało?

Naturalnie, nie da się tego wyjaśnić w kilku zdaniach. Uleczenie nie przyszło natychmiast. Byłam bardzo głęboko zraniona – fizycznie, duchowo i emocjonalnie. Proces uzdrowienia rozpoczął się w momencie, kiedy porzuciłam mentalność ofiary, która ciągle domagała się współczucia. Dopiero gdy przestanę kurczowo trzymać się swego bólu, mogę otrzymać od Boga dar Jego miłosierdzia. Uczyłam się pozostawiać za sobą historię żalu, a przyjmować historię zbawienia. Pisać prosto na krzywych liniach potrafi tylko Bóg. A to, jak On to robi, zadziwia mnie do dziś.

 

Tę nadzieję, że Bóg potrafi pisać na krzywych linijkach, przekazujesz swoim czytelniczkom. Ale jak właściwie „Lydia” powstała?

W 1981 r. przyjechaliśmy do Niemiec, ponieważ mój mąż objął kierownictwo nad ICI University (Korespondencyjna Szkoła Biblijna). Krótko po tym zaczęłam cierpieć na potworne bóle z powodu niewłaściwego postępowania lekarskiego. Najgorsze było to, że w moim sercu zapanowała głęboka noc, ogromne poczucie beznadziei. Zaczęłam bardzo intensywnie szukać zachęty. A gdzie ją znajdowałam? Nieustannie w Bożym Słowie. Ale również w chrześcijańskich czasopismach dla kobiet. Niestety, tylko w języku angielskim. Czytałam historie o kobietach, które poradziły sobie z trudnymi sytuacjami. Zastanawiałam się, dlaczego nie ma czegoś takiego również w języku niemieckim. Zaczęłam się modlić z nadzieją, że także w Niemczech Bóg powierzy to zadanie jakiejś kobiecie. Wtedy przeżyłam zaskoczenie. Miałam wrażenie, że Bóg mnie pyta: „A dlaczego nie ty?”. Pomyślałam: „Ja? Nie, nie potrafię!”. Ale ten pomysł nie dawał mi spokoju. To było tak, jakby Bóg mnie wzywał: „Włóż swoje zranienia i ból w moją rękę. Użyj ich dla mnie”. To była godzina narodzin „Lydii”.

 

Jednak do realizacji była jeszcze daleka droga.

O tak! Wydawcy, którym przedstawiałam mój pomysł, twierdzili: „Nie ma na to odpowiedniego rynku”. Jednak mój mąż wierzył, że się powiedzie: „Czemu nie? Pomogę ci!”. Ale skąd wziąć pieniądze? Pierwszych tysiąc marek zaoszczędziłam z domowego budżetu. Do dzisiaj dziwię się, skąd się wzięła reszta. Zawsze mieliśmy tyle, ile potrzebowaliśmy. Przede wszystkim dzięki Bogu i wiernym czytelniczkom, które prenumerowały „Lydię”. Przysyłały swoje historie do redakcji. Tak jest do dziś.

 

Proces uzdrowienia rozpoczął się w momencie, kiedy porzuciłam mentalność ofiary, która ciągle domagała się współczucia

 

Czy byłaś przygotowana do tego zadania?

Nie miałam dziennikarskich doświadczeń, ale zawsze byłam głodna wiedzy i bardzo dużo czytałam. Kocham czasopisma. Krótko po tym, jak założyłam „Lydię”, przyszła mi z pomocą moja przyjaciółka, specjalistka w dziedzinie dziennikarstwa prasowego. Wiele mnie nauczyła. Dużo nauczyłam się również dzięki czytelniczkom, które uczciwie pisały, co im się podobało, a co mogłoby być lepsze. Dzisiaj u mojego boku stoją dwie redaktorki

 

Wygląda na to, że nie boisz się ryzyka. Kiedy opłaca się podjąć ryzyko?

Wtedy, gdy jestem przekonana, że to zgodne z Bożym planem dla mnie. Nie są to tylko same uczucia. Oczywiście, odczuwam zdenerwowanie, a droga do celu nie staje się automatycznie wygodna. Jednak zawsze sobie powtarzam: Jeżeli Bóg mi to powierzył, chcę się odważyć, nawet jeśli to wygląda na niemożliwe. W Nim wszystko jest możliwe!

Nie każde ryzyko, jakie podejmowałam w życiu, było dobre. Dzisiaj wiem: decyzje ciągną za sobą konsekwencje. Dlatego modlę się, by Bóg mnie prowadził i czekam na Jego pokój w sercu. Tylko Bóg widzi przyszłość. Jeżeli nie mam Jego pokoju, dalej czekam. Ale jestem gotowa podejmować ryzyko. Przecież Jezus powiedział: Zaryzykuj swoje życie dla mnie, a wygrasz więcej niż kiedykolwiek zamarzyłeś. Kto chce się tylko zabezpieczać, zostaje z pustymi rękami (Ew. Łuk. 19:26; The Message). Bóg mówi do mnie przez swoje Słowo, a ja mogę na to odpowiedzieć moim własnym życiem. Pismo Święte jest najlepszym przewodnikiem, idę za nim z całkowitym zaufaniem.

 

Od prawie czterdziestu lat jesteś szczęśliwą żoną Ditmara, w połowie Niemca, w połowie Kanadyjczyka, z niskim, basowym głosem. Odważyliście się razem na wiele przygód.

Tak, tworzymy zgrany zespół. Ditmar przez dwadzieścia cztery lata był honorowym dyrektorem „Lydii”. Pełnił tę funkcję równolegle z bardzo odpowiedzialną służbą w ICI University. Od początku aktywnie mnie wspierał. Zawsze powtarza: „Moja praca to pomagać mojej żonie, żeby mogła wypełnić swoje powołanie”.

 

Chyba nikt nie zna Cię lepiej niż on. Jak by Cię opisał?

Mówi o mnie, że jestem czuła, wspaniałomyślna i gotowa na ryzyko. Często nazywa mnie swoim osobistym „jednoosobowym komediowym show”, ponieważ bardzo lubię go rozśmieszać.

 

Co Cię szczególnie poruszyło w ciągu tych dwudziestu pięciu lat z „Lydią”?

Najbardziej porusza mnie, gdy ktoś odnajduje wiarę w Jezusa i podejmuje dobre decyzje. Pamiętam kobiety, które zrezygnowały z zamiaru aborcji po przeczytaniu „Lydii”. Niektóre nazwały potem swoje małe córeczki Lydia lub Elizabeth. Wzruszają mnie listy, w których kobiety opowiadają, jak zostały obdarowane nową odwagą, zachętą. Niektóre historie pomogły im poradzić sobie z rozczarowaniami, wybaczyć i pozwolić, żeby ich serce zostało uleczone. Wciąż zadziwia mnie to, co Bóg potrafi czynić poprzez drukowane słowo. Nasze ziemskie historie mogą mieć wieczną wartość.

 

Czy w ciągu tych lat był taki okres, gdy chciałaś zrezygnować, gdy było zbyt ciężko?

Nie. Nigdy nie chciałam tak po prostu zrezygnować. Moje zadanie było dla mnie zbyt ważne. Ale w pewnym momencie lekarze powiedzieli: „Pani Mittelstaedt, czy spisała już pani testament?”. Po ugryzieniu przez kleszcza zachorowałam na boreliozę. Gdy to rozpoznano, było już za późno na leczenie. Nie bałam się śmierci, wiem, dokąd idę. Ale było mi strasznie smutno z powodu mojego męża i czytelniczek „Lydii”. Wtedy zrozumiałam, jak ważne jest dla mnie to czasopismo. To był bardzo trudny czas. Czytelniczki dodawały mi otuchy. W pewnym momencie zrodziło się we mnie przekonanie, że dam radę jeszcze pobiec setki mil. Nieważne, czy będzie to na wózku inwalidzkim czy o kulach.

 

Gdy spotykasz się dzisiaj z kobietami, które są niepełnosprawne i postrzegają siebie jako bezużyteczne lub jako ciężar dla innych, co im mówisz?

Nikt nie jest bezużyteczny! Oddaj swój ból Bogu. Gdy byłam chora, wydawało mi się, że jestem ciężarem dla mojego męża. Przyjaciółka powiedziała mi: „Elizabeth, nie wiesz, co Bóg czyni dla innych poprzez ciebie, poprzez twoje istnienie”. Nawet kiedy czujemy się bezsilni, nie jesteśmy ciężarem. Słabi też mają swoje miejsce na tym świecie. Dla Boga są bardzo wartościowi. Tak, jak potrzebne są wokół nas dzieci, tak samo potrzebujemy ludzi ułomnych i starszych. Nawet jeżeli nie wszystko rozumiesz, zaufaj Bogu. On nie dopuści do czegoś, czego nie potrafisz unieść, nawet jeśli twoje uczucia mówią coś innego. Ten, który rozpoczął w nas dobre dzieło, doprowadzi je do końca.

 

Wciąż zadziwia mnie to, co Bóg potrafi czynić poprzez drukowane słowo. Nasze ziemskie historie mogą mieć wieczną wartość

 

Jak to możliwe, żeby cierpienie nie tylko przeżyć, ale je przezwyciężyć?

To się da zrobić tylko z Bogiem. Każdego dnia zdobywam z Jego Słowa siłę do tego, żebym z powodu cierpienia nie załamała się, nie zgorzkniała, ale stawała się lepsza i silniejsza. Pokonywać znaczy wzrastać. Życie wiele razy powaliło mnie na ziemię. Ale z Bożą pomocą za każdym razem wstawałam i stawałam się silniejsza. Apostoł Paweł właśnie to miał na myśli, gdy pisał: W tym wszystkim jesteśmy więcej niż zwycięzcami. Kamienie, o które się potykamy, mogą stać się stopniami do dojrzałości. Zauważam, że o wiele ważniejsze jest to, co dzieje się we mnie, niż to, co wydarza się wokół mnie.

 

Forest Gump uważał, że „buty wiele mówią o ludziach”. Twoja biografia nosi tytuł „We własnych butach” i występuje w niej cała kolekcja butów, od japonek po szpilki. Co tak bardzo fascynuje kobiety w butach?

Też tego nie wiem! Kiedyś usłyszałam taki dowcip: „Pewna kobieta przeszła koło sklepu obuwniczego”. [śmiech]. To cały żart! Bo która kobieta potrafi przejść obojętnie koło sklepu z butami? Buty wymienione w mojej książce zawsze coś oznaczają. „Buty księżniczki” to moje dzieciństwo. „Klapki japonki” oznaczają okres pustyni w moim życiu. W rozdziale „Taniec na świętej ziemi” odkrywam brakujące puzzle mojego życia. Wierzę, że moje doświadczenia dodadzą innym odwagi i siły, żeby iść do przodu wyznaczoną drogą. We własnych butach to historia mojego życia i coś dużo więcej. Inne kobiety mogą w tym odnaleźć odpowiedzi na swoje pytania i zarazem otrzymać nadzieję, by podążać za swoimi marzeniami.

 

Jakie buty zapakujesz sobie na przyszłość?

Na pewno parę tenisówek, żebym mogła sprawnie się poruszać, ponieważ chcę nadal z pasją ścigać Boże cele w moim życiu. Psalmista Dawid pisze: Biegnę drogą, która Ci się podoba, bo Ty uwolniłeś moje serce (Psalm 119:32 – parafraza).

 

Czego życzysz Twojemu czasopismu na następne dwadzieścia pięć lat?

Przede wszystkim jestem wdzięczna, że wraz z gronem oddanych ludzi udało nam się zapewnić „Lydii” przyszłość. Jeżeli chodzi o zawartość czasopisma, życzyłabym sobie, żeby to nadal pozostał „nasz” magazyn. Jedna z czytelniczek napisała: „»Lydia« jest naszym czasopismem!”. Należy ono nie do mnie, ale do czytelników. Razem chcemy przybliżać się do Boga. Mam nadzieję, że kobiety wciąż będą przekazywały do publikacji swoje historie. Kiedy wspominam te listy z minionych dwudziestu pięciu lat, myślę sobie, że razem zmieniłyśmy otaczający nas świat na lepsze. Chcemy to robić dalej. Marzymy, że następne pokolenie pójdzie w nasze ślady.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

tłumaczenie: Estera Cieplik 

książka We własnych butach została wydana przez Wydawnictwo Koinonia