Skończyłeś studia na kierunku socjologia. Dlaczego więc wybrałeś zawód filmowca?
Film i socjologia wbrew pozorom wcale nie są od siebie tak bardzo odległe. Studia socjologiczne pomagają mi w tworzeniu filmów. Socjologia to nauka o społeczeństwie, a jako filmowiec obserwuję to społeczeństwo, wyciągam z niego uniwersalne prawdy. Robię to samo co naukowiec, tylko że trzymam w ręku kamerę.
Co cię skłoniło do wyspecjalizowania się w filmach dokumentalnych?
Łatwiej mi jest zrobić film o tym, co widzę wokół siebie. Nie muszę wymyślać fikcyjnego świata. Podpatruję to, co jest blisko. Filmuję, analizuję. Pierwszy film dokumentalny, który zrobiłem, nosi tytuł Gadzio. Opowiada on o romskim chłopcu, który uczęszcza do świetlicy środowiskowej. W tej samej świetlicy przez dwa lata byłem praktykantem. Poznałem głównego bohatera, jego problemy, marzenia, relacje z innymi ludźmi. Postanowiłem zrobić o nim film. Podobnie powstała etiuda Wyspa Wiktorii. Wiktoria to sześcioletnia dziewczynka, która tęskni za swoim tatą pracującym w innym kraju. Jej tata jest moim kuzynem. Rzeczywistość podsuwa najlepsze tematy do filmów.
O czym opowiadają twoje filmy?
Najbardziej fascynuje mnie temat systemu wartości. To, jak zmieniają się relacje między ludźmi. Moje filmy bardzo często mówią o przyjaźni, bo to świetny temat. Uważam, że słowo „przyjaciel” niesie w sobie bardzo dużo treści. Dobrze jest mieć przyjaciół we współczesnym świecie. Dlatego w swoich filmach próbuję odpowiadać na pytanie, kim jest przyjaciel. O tym mówi wspomniany już film Gadzio, ale także mój najnowszy film Martijn i Zoe.
Film Martijn i Zoe to chyba jednak coś więcej niż tylko film o przyjaźni?
To film o szczerej, głębokiej relacji pomiędzy córką a ojcem, który kilkanaście lat temu przyjechał z Holandii do Polski w celach misyjnych. Martijn zamieszkał we Wrocławiu, jest liderem zespołu Frühstück i pastorem wspólnoty chrześcijańskiej. W tę długą podróż Martijn zabrał żonę i półtoraroczną córkę. Dziś Zoe ma już 15 lat i poniekąd rozlicza ojca z decyzji. Ja pokazuję w filmie dwa światy. Świat ojca, pastora, który mówi o miłości Boga innym ludziom, oraz świat dorastającej córki, która stoi w opozycji. Zoe siłą rzeczy nie uczestniczyła w decyzjach taty.
Czy tu rysuje się konflikt?
Konflikt jest tylko pretekstem. Martijn jest świadomy wyboru. Jak mówi, droga, którą wybrał, podróż, w którą zabrał całą swoją rodzinę, nie jest najłatwiejsza, ale najlepsza. Cały film jest świadectwem Martijna, ale też wspaniałym obrazem o miłości i o możliwej komunikacji ojca z córką.
Po obejrzeniu danego filmu nasuwają się nam różne myśli, refleksje, układamy sobie w umyśle to, co zobaczyliśmy. Film może silnie oddziaływać na widza. Czy w związku z tym masz poczucie misji?
Reżyser to osoba, która chce się komunikować ze światem. Robiąc filmy, liczę na emocje u moich widzów. Liczę, że to będzie dla nich podróż, że w filmach zobaczą coś, co ich poruszy. To potwierdzenie udanej próby komunikacji z widzem. Chciałbym, żeby to nie było oglądanie dla samego oglądania, ale czas, w którym zastanowimy się, kim jesteśmy, co się dzieje wokół nas… W takim sensie na pewno mam poczucie misji. Wspomniana etiuda o sześcioletniej córeczce mojego kuzyna, który pracował za granicą, jest tego dobrym przykładem. Wiktoria bardzo za nim tęskniła. Gdy jej tata obejrzał film, wrócił do Polski. Wiem, że jeszcze kilku osobom w Irlandii pomogło to uświadomić sobie, że zbyt wiele tracą, przebywając daleko od rodziny. Bardzo mnie ucieszyło, że ten film wniósł coś dobrego.
To nadzwyczajna historia. Czy filmy dokumentalne naprawdę dają dużo większą możliwość komunikacji, wpływu?
Filmy dokumentalne są wyjątkowe, bo oddziałują nie tylko na widza, ale też na bohaterów. Mamy tu do czynienia z prawdziwymi ludźmi, z rzeczywistymi emocjami. Czasami prowokuję bohaterów, żeby zastanawiali się nad swoim życiem. W filmie Gadzio chłopiec pyta pewnego pana Rudolfa, z którym się zaprzyjaźnił, gdzie jest jego syn. Okazuje się, że mieszka w Niemczech i pan Rudolf nie ma z nim kontaktu. Tutaj ojciec popada w zadumę, musi sobie tę sytuację przynajmniej powtórzyć, przeanalizować. Pojawiają się momenty, które nie są zaplanowane. To bardzo cenne.
Nasze talenty pochodzą od Boga. Ważne jest, żeby z Jego pomocą odkrywać je, ale też rozwijać
Czy chciałbyś zmieniać stereotypowe myślenie ludzi? Mieć na to wpływ?
Nie chcę mówić ludziom, co mają myśleć, to nie jest moja rola. Ale chciałbym powiedzieć, co ja osobiście myślę na pewne tematy. Jeśli robię film i łamię przy tym jakiś stereotyp, na przykład: romski chłopiec przyjaźni się z dziadkiem Ślązakiem, to pokazuję swój punkt widzenia, to, co myślę o przyjaźni. Ale to jest jedna z dróg, jedna z interpretacji świata, moja własna. Widz będzie sam interpretował to, co zobaczy. Nie mówię ludziom, co mają myśleć, chcę ich jedynie pociągnąć za rękę. Pociągnąć i zaraz puścić. Kierować na ścieżki, które są mi bliskie.
Do kogo kierujesz swoje filmy? Czy chciałbyś robić filmy dla masowego odbiorcy?
Przecież ja ciągle robię filmy dla masowego odbiorcy! Tylko masowi odbiorcy ich nie oglądają [śmiech]. Niestety nadal panuje powszechne przekonanie, że dokument to nudny film rodem z Kroniki Filmowej. A to nieprawda! Filmy dokumentalne to filmy o prawdziwych ludziach, prawdziwej rzeczywistości. W pierwszym dniu planu mojego debiutu przyjechała do nas ekipa telewizyjna i zadano mi pytanie: „Do kogo kierujesz ten film?”. Wcześniej reżyserka Magdalena Piekorz przeczytała scenariusz i powiedziała, że to będzie piękny film o przyjaźni. Odpowiedziałem wtedy: wszyscy zasługują na to, żeby zobaczyć „piękny film o przyjaźni”. Moje filmy kierowane są do wszystkich. Mówią o tak uniwersalnych wartościach, jak miłość, tęsknota, przyjaźń, relacje, więzi. Te kwestie dotykają każdego człowieka.
A czy twoim zdaniem każdy człowiek ma szansę wpływać na innych?
Wierzę, że każdy człowiek posiada talent. Te talenty pochodzą od Boga i ważne jest, żeby z Jego pomocą odkrywać je, ale też rozwijać. Poprzez talenty dane od Boga człowiek jest zdolny do czynienia dobra, do wnoszenia tego, co wartościowe. Musimy tylko wiedzieć, w jakiej sferze możemy to robić. Myślę, że poprzez czynienie dobra człowiek staje się światłością świata, czyli wpływa na innych. O to chodziło Jezusowi.
W branży filmowej chyba nie ma zbyt wielu chrześcijan. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?
Branża filmowa nie odstaje w szczególny sposób od reszty. Sądzę, że można w niej znaleźć wielu ludzi, którzy są chrześcijanami. Niektórzy wręcz otwarcie tworzą projekty służące ewangelizacji. Pojawia się coraz więcej młodych, chrześcijańskich zespołów muzycznych, takich jak Elohim. Od pewnego czasu powstaje w Gdyni seria Agencji Telewizyjnej WJM „Znani o Biblii”, gdzie na tematy chrześcijańskie wypowiadają się ludzie m.in. ze świata mediów. Młodzi chrześcijanie coraz aktywniej biorą udział w twórczych przedsięwzięciach. I to jest bardzo dobre. Chrześcijanie nie powinni uciekać od świata, ale realnie w nim uczestniczyć i wpływać na niego.
Co dokładnie przez to rozumiesz?
Nie chodzi o to, żeby traktować świat, w którym żyjemy na co dzień, jako zagrożenie. To, co nas otacza, jest piękne, bo stworzył to Bóg. Jako chrześcijanie nie powinniśmy izolować się od świata, tworząc subkulturę, ale wręcz przeciwnie. Powinniśmy wychodzić do świata, inspirować się tym, co dobre w nim i w innych ludziach. W ten sposób budujemy relacje, tworzymy społeczność, jesteśmy zachęceniem dla innych. Znów odzywa się we mnie socjolog [śmiech]. Uważam, że to się mieści w chrześcijańskim przesłaniu: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. To najważniejsze przykazanie.