„Wysoka Izbo, chcemy związku partnerskiego!”* – wołają coraz głośniej zwolennicy takich relacji. Ich argumenty brzmią logicznie, sensownie i przekonująco. Na pytanie: Dlaczego nie małżeństwo? Odpowiadają: Bo kojarzy się z układem patriarchalnym. Jedna strona wykorzystuje drugą. Ona ślubuje mu posłuszeństwo i potem krąży między kuchnią, stertą prasowania i pokojem dziecka, robiąc to oczywiście po powrocie z pracy, a on leży z gazetą na kanapie.
Związek partnerski
Niektórzy powtarzają, że małżeństwo to twór archaiczny. Ogranicza swobodę. Stworzone jest przez władzę państwową i religijną. Natomiast związek bez ślubu to układ bardziej partnerski. Dwie osoby chcą być razem, bo się kochają, a nie dlatego, że zobowiązuje ich złożona wiele lat wcześniej przysięga. A przecież różnie w życiu bywa…
Zwolennicy takich związków uważają, że ważna jest osobista relacja, a nie to, by jakiś urzędnik, ksiądz czy pastor przybił pieczątkę pod ich deklaracją miłości. „To nasza indywidualna, intymna sprawa”* – przekonują. Żądają rejestracji związków partnerskich, bo bez „papierka”, jak określają akt ślubu, nie można dostać wspólnie kredytu, nie można dowiedzieć się w szpitalu o stanie zdrowia partnera, odebrać listu poleconego, rozliczyć się razem z podatku, a ich dzieci też mogą czuć się niekomfortowo w szkole. Często więc osoby te przedstawiają swoich partnerów jako męża czy żonę, bo to ułatwia załatwienie wielu spraw. Niektórzy są gotowi pozwać państwo do sądu za to, że nie traktuje takich związków poważnie. Dyskryminuje je i ogranicza ich prawa. Akt małżeństwa często nazywają cyrografem.
„Obiecywanie wierności do śmierci jest obłudne, małżeństwa ciągle się rozpadają. Nie jestem w stanie przewidzieć, co będzie za tydzień, a co dopiero za dziesięć lat. Nie planujemy dalej niż wakacje”* – mówi trzydziestojednoletni mężczyzna, który od dwóch i pół roku jest w związku z trzydziestoletnią kobietą. Dla obojga nie była to pierwsza relacja. Wiele osób żyjących w związkach bez ślubu pochodzi z rozbitych małżeństw. Wokół siebie widzą coraz więcej rozbitych par, rozwiedzionych nawet wielokrotnie, więc ich zaufanie do małżeństwa cały czas maleje. Nacisk na rejestrację związków partnerskich dotyczy nie tylko par hetero-, ale i homoseksualnych, i jest coraz silniejszy. Zapewne w najbliższej przyszłości taka ustawa trafi do sejmu. Jej zwolennicy przewidują, że szybko wejdzie w życie. Ma ona ułatwić takim parom załatwienie wielu urzędowych spraw, zabezpiecza i gwarantuje im podstawowe prawa, takie jakie przysługują małżeństwom. Podpisujemy taki akt w przerwie na lunch i gotowe. Szybko i bezproblemowo. W zasadzie bardzo rozsądnie, prawda? Brzmi nowocześnie: „W razie czego nie trzeba przechodzić przez trudną procedurę rozwodową”, „Łatwiej się wyrejestrować, nie trzeba biegać po sądach”*. Łatwiej się rozstać. Znów szybko i bezproblemowo. Jeden z partnerów pakuje walizki i odchodzi. Można się „wyrejestrować”.
Podpisać, mieć prawa, odejść. Według coraz większej liczby ludzi w ten sposób powinno wyglądać nowoczesne społeczeństwo. Tradycyjny model rodziny coraz mniej nam odpowiada. Związek pomiędzy dwojgiem ludzi traktujemy jak kontrakt: osobne konta, równy podział wydatków i obowiązków. Dużo wolności, najlepiej żadnych ograniczeń.
Małżeństwo
Małżeństwo zakłada trwałość i nierozerwalność. „Co Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozdziela” – słyszą osoby zawierające związek w kościele. Ślubują „miłość, szacunek i wierność małżeńską”. Podobnie przyrzekają osoby w Urzędzie Stanu Cywilnego. Zawierając związek małżeński, deklarujemy, że chcemy być ze sobą w tych dobrych, ale i w złych chwilach. Kryzysy małżeńskie nie omijają zapewne żadnej pary, a jednak złożona przez nas przysięga nie pozwala się tak szybko „wyrejestrować” ze związku. Ślubujemy trwać przy drugiej osobie w szczęściu i nieszczęściu, w zdrowiu i chorobie. Małżeństwo to nie układ typu: „Będę z tobą, póki będę cię kochał” czy „Póki będziemy się dobrze rozumieć”. Małżeństwo to przymierze: „Czasem jest dobrze, a czasem źle, ale nawet gdy będzie źle, ja będę przy tobie”. Jeśli traktujemy partnera poważnie, nie chcemy się z nim „rejestrować” tylko po to, by móc wspólnie rozliczyć podatki. Chcemy przyrzec, że zrobimy wszystko, by uczynić szczęśliwą osobę, którą kochamy. Decydujemy się mieć nie tylko przywileje, ale deklarujemy, że podejmujemy się wypełniać obowiązki.
Przywileje a obowiązki
„Nie uznaję czegoś takiego jak przysięga w obliczu przedstawicieli państwa czy kościoła. Nie mam też zamiaru ulegać presji społecznej i konwenansom. Nie chcę instytucjonalizować moich uczuć […]. Chętnie zarejestrowalibyśmy nasz związek, żeby zabezpieczyć się i zagwarantować sobie podstawowe prawa, które przysługują małżeństwom”*. Osobliwy to sposób myślenia. Trudno wyobrazić sobie relację w pracy, gdy pracownik oświadcza, że szef ma obowiązek zapewnić mu ubezpieczenie i zabezpieczenie finansowe, ale on będzie wykonywał tylko te polecenia, które mu odpowiadają. Podpisanie innej umowy to byłby przecież cyrograf. Nie można przewidzieć, jakie będą oczekiwania przełożonego. Chcemy od państwa praw, czyli rejestracji związków partnerskich, ze swojej strony jednak nic nie obiecujemy i nie deklarujemy. Przywileje bez zobowiązań. Chcemy mieć prawo, ale obowiązki nazywamy presją. Paradoks.
Pragniemy, żeby osoba, z którą się wiążemy, była z nami nie tylko w dobrych chwilach, ale by nie opuściła nas w trudnościach, gdy zachorujemy, zestarzejemy się. Oczywiście sam „papierek” nie gwarantuje, że tak będzie. Ale jeśli druga osoba nie jest gotowa nawet tego zadeklarować i podpisać, to jak możemy oczekiwać, że będzie wobec nas lojalna i dochowa wierności. Że się nie „wyrejestruje”, gdy spotka kogoś atrakcyjniejszego, młodszego, bogatszego, zdrowszego, szczuplejszego itp., gdy minie już pierwsze zauroczenie i przytłoczy nas proza życia.
Słowa Stworzyciela: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego (Ks. Rodz. 2:18) chcemy zastąpić bardziej nowoczesnym podpisaniem dokumentu o związku partnerskim. Interesuje nas usankcjonowanie związku zamiast jego uświęcenia. Partnerstwo zamiast wzajemnej pomocy. Słowo „poświęcenie”, dość niewygodne, lepiej, żeby zniknęło ze słownika. Pragniemy przecież zachować swoją odrębność i niezależność. Boże prawo zastępujemy swoim własnym. Tylko czy Bóg może to błogosławić? Stworzyć trwały i szczęśliwy związek bez Jego błogosławieństwa jest rzeczą niemożliwą.