Wjechaliśmy w sam środek Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, do Mysłowic. Styczniowa odwilż zbyt wyraźnie podkreślała kontrasty tego miasta. Dzień był zimny, zimowy. Przejeżdżając przez centrum, zastanawiałam się, czy od razu zorientuję się, która dzielnica to Rymera. W końcu zobaczyłam niewielki, stary magazyn, na którym wśród wielu reklamowych szyldów wyróżnia się napis: „Fabryka uśmiechów”.
Świetlica powstała w 2006 roku, w ramach działalności Kościoła Bożego w Chrystusie, w małej wspólnocie – wśród ludzi, którzy zdecydowali się dostosować swój budynek, a także strukturę niedzielnych spotkań, do potrzeb najmłodszych uczestników, których jest w tej chwili więcej niż dorosłych. „Fabryka uśmiechów” nie powstała i nie utrzymuje się z dotacji unijnych, nie jest projektem miasta. Po prostu. Asia – wierząca młoda dziewczyna – zapytała Boga, co ma zrobić ze swoim życiem, a przywódcy tej wspólnoty przyjęli tę Bożą wizję, angażując w nią swoją twórczość i pieniądze.
Myślałam o tym, gdy szliśmy za Asią zimnymi korytarzami starego magazynu. Dotarliśmy do pomieszczenia, w którym mieści się najważniejsza część świetlicy. Miejsca nie brakuje. Wygodne kanapy, kuchnia, piłkarzyki, kącik z komputerem i stół bilardowy. Łączy się z nią druga sala, w której odbywają się nabożeństwa, spotkania szkółki i wspólne zabawy. Zwróciłam uwagę na duży stojak z mnóstwem różnokolorowych flag. Żałowałam, że nie mogę wziąć udziału w nabożeństwie; dzieci opowiadały, że jest bardzo kolorowo, gdy uwielbiają Boga, machając flagami.
Asia i jej gotowość
Asia wspomina: „Początki były trudne, pod każdym możliwym względem”. Zamyśla się chwilę, po czym dodaje: „Często czułam się bezradna. Nadal mam do czynienia z sytuacjami, w których nie wiem, co zrobić. Kiedy te dzieci przychodzą i opowiadają o tym, co dzieje się w ich domach, wśród kolegów, w szkole, w jakie sytuacje są zaangażowane – mogę się tylko modlić. Robię te dwie rzeczy: modlę się i staram się stworzyć im dom – miejsce, w którym będą mogły poczuć się kochane i wyjątkowe”.
Świetlica przez te kilka lat stawiała małe kroki. Przygotowanie pomieszczeń, poznawanie dzieci, ich rodziców, odrabianie lekcji, prowadzenie dodatkowych zajęć, na których mogłyby poznawać Boga Ojca. Cztery lata drobnych, ale konsekwentnych zmian przyniosły ogromny owoc w lecie roku 2010.
Było tyle śmiechu, serdeczności i troski o siebie nawzajem, że tylko zamyślone spojrzenia i skamieniałe niekiedy twarze dzieci pozwalały domyślać się, jak ciężkie wspomnienia zostawiły za drzwiami tej świetlicy.
Lato 2010
Tak naprawdę o „Fabryce uśmiechów” dowiedziałam się od jednej z uczestniczek Generacji T, inicjatywy młodzieży, która podczas wakacji organizuje ewangelizacje w różnych miastach Polski. Asia zaprosiła ich do Mysłowic.
Pewnego dnia, gdy padało, schroniono się w fabryce – był to dla wielu dobry moment, by skupić się i podjąć tę najważniejszą decyzję w życiu. Czy zaufam Jezusowi, który umarł na krzyżu z miłości do MNIE? Większość dzieci, które poznaliśmy w świetlicy, jest tutaj właśnie od tego dnia. Wtedy powstał klub i siłownia. Nic tu nie dzieje się bez inicjatywy członków tej wspólnoty, każdy projekt zbliża ich do siebie, czują się odpowiedzialni za to miejsce, nie przychodzą na gotowe, angażują się w każdą akcję.
Zdecydowałem się…
Choć kiedy odwiedziliśmy świetlicę, były ferie, tuż po 13.00 drzwi nie przestawały się otwierać. Gdy rozmawialiśmy z Asią, dzieci przychodziły się przywitać, obejmując Asię gorącym uściskiem. Witały się także z nami.
Po około godzinie rozpoczęły się zajęcia. Najpierw zawody. Dwie drużyny rywalizowały ze sobą na czas w jedzeniu jabłka zanurzonego w kisielu, piciu coca-coli i przenoszeniu lentilek zatopionych w bitej śmietanie – to wszystko bez pomocy rąk. Zabawne było również to, że za każdą konkurencję można było zdobyć „pasek” (wycinek kartonu). Kilka takich pasków wymieniało się w sklepiku na różne słodycze. Dzieciakom sprawiało potem frajdę dokonywanie „zakupów” i dzielenie się z nami swoimi ulubionymi słodyczami.
Asia przeprowadziła dla najmłodszych lekcję, podczas której dzieci miały się zastanowić, co znaczą słowa „Królestwo Boże”. Powtarzaliśmy też najważniejszą prawdę: „Bóg mnie kocha. Zgrzeszyłem. Jezus umarł za mnie. Zdecydowałem się oddać Mu swoje życie”. Oglądaliśmy krótki film, który pokazywał, gdzie można odnaleźć szczęście. Całość zakończyliśmy wspólną modlitwą, stojąc w kółku i trzymając się za ręce. Byłam poruszona ich relacją z Bogiem. Było tyle śmiechu, serdeczności i troski o siebie nawzajem, że tylko zamyślone spojrzenia i skamieniałe niekiedy twarze dzieci pozwalały mi się domyślać, jak ciężkie wspomnienia zostawiły za drzwiami tej świetlicy.
Ważne jest, by poświecić czas na miłość, na okazywanie miłości. Ot tak, nie czekając na nic w zamian.
Kasia i dorotka
Chcę koniecznie zobaczyć tę dzielnicę. Kasia z Dorotką zgadzają się mi towarzyszyć. Oprowadzają mnie po całym mieście, opowiadając także swoje historie. Kasia chodzi do świetlicy od początku jej istnienia. Ma tylko 14 lat, niedawno jej mama umarła na zawał serca… Mówi tak dużo, trudno ogarnąć jej małe radości i duże problemy. Uśmiecha się, poważnieje, gdy opowiada o tym, że bez Boga i tej świetlicy nie dałaby sobie rady.
Dorotka jest bardzo szczera i otwarta. W domu nie układa się najlepiej, martwi się o siostrę, która jeszcze nie poznała Boga. Opowiada o swojej relacji z ojczymem. Jak na 16-latkę tyle już w niej mądrości i dojrzałości.
Znalazłyśmy się na głównej ulicy Rymery. Tutaj mieszkają. Dziewczyny pokazują mi, gdzie krzyżuje się szlak lokalnych kiboli. Nie ma mowy o wychodzeniu z domu po 21.00. Nie warto ryzykować. Bójki kibiców, policja, krzyki, kamienie i rozbite butelki. Znają hymny wszystkich drużyn, choć wyraźnie podkreślają, że nie są fankami żadnej z nich.
Udajemy się w stronę Rynku. Mysłowice nie różnią się od innych miast – także mają swoje skrajności. Piękny, zadbany Rynek otoczony czyściutkimi bankami. Dziewczyny koniecznie chcą nam pokazać komisariat policji – miejsce, które wszyscy tutaj dobrze znają…
Rozmowy bilardowe
Centrum świetlicy to stół bilardowy. Dużo mówi się tu o meczach piłki nożnej, jak to wygląda, o walkach kibiców i własnym dawnym zaangażowaniu chłopców. To dla nich ważne, choć niektórzy komentują, że wolą piłkę ręczną czy siatkówkę. Gdy pytam o plany, część chłopaków mówi o samochodach, własnym warsztacie samochodowym.
Łukasz, o ksywie Legia, jeszcze niedawno największy postrach Rymery. Nie mówi zbyt wiele, spokojnie zastanawia się, co chce powiedzieć. Ma 21 lat, w wieku 12 lat zaczął kraść, skoro, jak wspomina, można było zarobić 1000 zł w godzinę. Nadal ma sprawę w sądzie. Modli się, by nie wylądować w więzieniu. Kumple… Opowiadając o nich, smuci się, że są tam, nie tu. Wie, że to, co robił wcześniej, nie było dobre. Już tam nie wróci, ale widać, że traktował ich jak rodzinę. Teraz jest tutaj. Uśmiecha się i wszystkim pomaga, ze wszystkimi rozmawia, bierze udział w zabawach dla najmłodszych, dyskutuje z Dorotą o konferencji w Kaliszu, na której był pierwszy raz w zeszłym roku.
Patryk bardziej lubi wrestling, tam robią show, walcząc na ringu, a nie na trybunach. Próbuje się odnaleźć w świecie dorosłych. Skończył szkołę i chce pójść do technikum razem z koleżanką ze świetlicy. Mówi o sobie jak o pechowcu. Opowiada, jak go pobili jacyś pijani chuligani. Wozili go w bagażniku samochodem, topili, bili. Inni też wspominają bójki i pobicia. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie przesadzają i nie koloryzują. To część ich życia, sceneria, w jakiej żyją.
Wszyscy są szczerzy i niezwykle chętni do rozmowy, nie unikają odpowiedzi na trudne pytania o rodziców, szkołę, przyjaciół, sprawy w sądzie. Zaskakują mnie – nie potępiają, nie wynoszą swoich racji ponad innych. Po prostu „rozmowy bilardowe”.
Uśmiechy w ramkach
Gdy pytam o relację z Panem Bogiem, mówią o ludziach. Dziwne? Wskazują na Asię, pastora, żonę pastora. Pan Bóg dał im w prezencie nowe wspólne doświadczenia – każdy wyjazd, każdy wypad na pizzę z pastorem, każdy dzień z Asią – to dla nich powody do dumy. Pokazując zdjęcia z wakacji, wymieniają imiona osób, które stały się dla nich źródłem zupełnie nowych wspomnień, dobrych wspomnień. Nie mogę wyjść z podziwu dla Pana Boga. Jak ważne jest, by poświęcić czas na miłość, na okazywanie miłości. Ot tak, nie czekając na nic w zamian.
Świetlica – tu można odrobić zadanie domowe, pobawić się z innymi dziećmi, czasem coś zjeść. Z roku na rok powstaje w Polsce coraz więcej tego rodzaju miejsc, do których mogą przychodzić dzieci, gdy w domu zabraknie dla nich uwagi i pomocy. Świetlice środowiskowe otwierane są w trudnych dzielnicach, blokowiskach – wszędzie tam, gdzie pojawią się ludzie, którzy, dostrzegając potrzeby zaniedbanych dzieci, podejmują konkretne kroki, by im pomóc. Być może takich fabryk produkujących uśmiechy powinno być więcej, być może warto zainwestować swój czas i potencjał, by wymieniać złe wspomnienia na dobre.
Trudno napisać reportaż, nie popadając w skrajności. Nie oskarżając żadnej ze stron, nie osądzając, nie dokonując gloryfikacji, nie heroizując postaw. Opisując działalność „Fabryki uśmiechów”, chciałam zwrócić uwagę, że konfrontując się ze złem i cierpieniem, którego nie sposób uniknąć, nie musimy pozostawać bierni. Nie są winne dzieci, nawet ich rodzice, choć tak byłoby najłatwiej powiedzieć; nie zrzucajmy też winy na system czy rząd. Bóg nikogo nie skreśla, zawsze chętnie pomaga zacząć od początku. Tylko – czy my dajemy innym tę drugą szansę?