Wiek wiekowi nierówny
Dla moich szkolnych dzieci fakt, że ktoś żyje ponad 30 lat, oznacza, iż powinien pamiętać bitwę pod Grunwaldem, a przynajmniej okres zaborów. Według ich rachuby 50 lat to okres niewiele mniejszy niż wiek dinozaurów. Gubią się, gdy mają powiedzieć, czy 40 to mało czy dużo. Ale czy tylko dzieci mają z tym problem?
Słysząc w radiu o potrąconej na przejściu dla pieszych „53-letniej staruszce”, mamy zamiar zadzwonić i przemówić dziennikarzowi do rozumu. Podobnie irytujemy się na reklamę witamin dla seniorów, czyli 50-latków. Jaka staruszka, jaki senior?! – oburzam się, bo, jak ktoś kiedyś powiedział, „W środku człowiek się nie starzeje. Najwyżej dojrzewa”.
Punkt widzenia
A wiek metrykalny? Czasem mam wrażenie, że on nic o człowieku nie mówi, niezależnie od „przebiegu na liczniku”. Moja kochana babcia, gdy skończyła lat 90, pytana przez swoją córkę, a moją mamusię, czy wie, które obchodzi urodziny, odpowiedziała, że nie pamięta. Mama podpowiedziała: „Dziewięćdziesiąte”. Wtedy babcia się obruszyła: „Coś ty! Taka stara to ja nie jestem!”. Możemy się więc nie zgadzać z metryką, powątpiewać w nią, nie ujawniać swojego wieku lub nawet wyjeżdżać w dniu urodzin, by nikt nas nie odwiedził i nie przypomniał o upływającym czasie. Ale możemy także… zaakceptować swój wiek i wykorzystać wszystkie jego atrybuty. Trudne? Zapewne tak, szczególnie dla kobiet.
Sama jestem w tym przełomowym momencie życia, w którym przekroczę pewną magiczną granicę wieku. W związku z tym ogarniają mnie wątpliwości, czy jeszcze jestem młodą kobietą (a taką się przecież czuję!) czy już dojrzałą panią (na co wskazują dwie pierwsze cyfry mojego numeru PESEL). Problemem dla mnie nie jest fakt, że statystycznie połowa życia już za mną. W naszej rodzinie kobiety dożywają prawie setki, więc to dopiero połowa. Chodzi o to, że wcale nie czuję się „na swój wiek”. Chociaż, owszem, widzę kilka symptomów upływającego czasu.
Złote zakrętki
Po pierwsze, za kosmetyki płacę coraz więcej, a kosmetyczka nazywa mój wiek jakże pięknie: „ekskluzywnym”. Zaleca mi też serię ze złotymi zakrętkami (te dla „starszych pań” są zawsze złote!). Kosmetyki pełne pyłu diamentowego i perłowego (nie dajmy się zwieść, to tylko minerały), kwasów takich i innych, morskich wodorostów, złocistych mikrosfer i innych wspaniałości. Sporo – jak widać – trzeba, by wyglądać tak, aby nie wyglądać „na swój wiek”.
Po drugie, pobolewa mnie to i owo. Ale czy młodszych nic nie boli? Ja jednak ciągle mam nadzieję, że „samo przejdzie”, choć zazwyczaj nie przechodzi.
Po trzecie, łykam coraz więcej różnych eliksirów, które mają za zadanie dodać energii mojemu nieco zmęczonemu ciału: to soja, kwasy omega 3, wyciągi z różnych fenomenalnych roślin, witaminy i magnez z potasem. Czy pomagają? No cóż… na pewno wielkość opakowania wzrasta.
Po czwarte, coraz częściej lekarz przepisuje mi różne zabiegi fizykoterapeutyczne, których skuteczność niestety nie wzrasta. Po piąte, czcionka, której używam, pisząc na komputerze, jest coraz większa i zaczynam rozumieć, po co istnieje opcja „powiększ”. Te punkty mogłabym mnożyć. Nic nie poradzę na to, że moje ciało nie nadąża za moją psychiką. Bo chciałabym więcej, lepiej, szybciej… ale nie zawsze się to udaje.
Na zewnątrz…
Nieraz smucimy się tym upływającym czasem, tym bardziej że zewsząd atakuje nas obsesyjny kult piękności. Według najnowszych trendów każda zmarszczka jest powodem do operacji plastycznej twarzy, a odrobina tłuszczu na udach do liposukcji, czyli jego chirurgicznego odessania. Żyjemy w czasach wręcz kompulsywnej tendencji poprawiania urody. Ludzie pragną zachować młody wygląd za wszelką cenę. Nie chcą przemijać, nie zamierzają się starzeć i zrobią wiele, by poprawić urodę. Walczą z czasem na wszelkie sposoby i z różnym skutkiem. Okazuje się, że to nie nowy problem, gdyż o podobnym dylemacie czytamy w Biblii. Słowa te zapisano już ponad 2000 lat temu: Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień (2 List do Kor. 4:16, BT).
…czy od środka
Niszczeje nasz człowiek zewnętrzny. Niełatwo się z tym pogodzić, jednak ten werset napawa optymizmem. Bo choć nasze ciało poddaje się upływowi lat, nasz duch nie starzeje się nigdy. On nie ma metryki, a w duchowym dojrzewaniu działa zupełnie inna zasada niż w fizycznym: im bardziej nasz duch jest połączony z Bożą obecnością, tym jest piękniejszy! Pod warunkiem, że odnawia się z dnia na dzień. Odnowienie duchowe jest zaś o wiele skuteczniejsze niż wszelkie kosmetyczne nowości „odnawiające” nasze ciało. Jest efektywniejsze niż różnorodne peelingi kawitacyjne i dermabrazje, gdyż nie działa „naskórkowo”. Działa od środka, w głębi duszy.
Moja dusza, podobnie jak moja twarz, codziennie potrzebuje stosowania pewnych „preparatów”. Poprzez te preparaty mogę być w coraz bliższej relacji z Bogiem. Są one przetestowane i w 100% skuteczne: to czytanie Pisma Świętego, modlitwa, relacje z ludźmi, słuchanie dobrych wykładów czy kazań. Naprawdę ekskluzywne, a jednak dla każdego! Niezależnie od wieku, płci, koloru skóry. Nieważne, czy jesteś młodą, piękną blondynką czy dojrzałą, siwowłosą panią – duchowe preparaty są dla każdej z nas! Ich regularne stosowanie daje gwarancję, że choć na naszej twarzy coraz więcej zmarszczek, włosy tracą kolor, a do czytania potrzebujemy okularów, to nasz człowiek wewnętrzny promienieje młodością, ponieważ odnawia się z dnia na dzień. Dlatego warto sobie przypominać, że nasza duchowa dojrzałość jest tą, która liczy się w Bożych oczach.