Naprawdę trudno było mi uwierzyć w historię, jaką usłyszałem od Ann, koordynatorki wolontariuszy w amerykańskim kościele Healing Place Church w stanie Luizjana. Moja rozmówczyni właśnie stwierdziła, że odnalazła Jezusa przez podarowaną jej butelkę coca-coli, a jeden z wolontariuszy w tym kościele poznał Jezusa Chrystusa dzięki gumie do żucia! Wiem z doświadczenia, że Pan Bóg działa w przedziwny i nieszablonowy sposób, ale historia o gumie do żucia przebiła chyba wszystko, co do tej pory słyszałem.
Ann i coca-cola
I Ann, i wolontariusz poznali Chrystusa dzięki grupie studentów, która rozdawała… paczki gum do żucia lub coca-colę razem z wizytówką. Później każde z nich zaczęło się zastanawiać nad tym osobliwym podarunkiem i dziwnymi ludźmi, którzy rozdają rzeczy za darmo. Obejrzeli wizytówkę, na której było napisane: „Mamy nadzieję, że ten mały dar rozjaśni Twój dzień. W ten prosty sposób chcemy Ci powiedzieć, że BÓG CIĘ KOCHA – nie ma w tym żadnych ukrytych haczyków. Daj nam znać, jeżeli możemy Ci pomóc w jakikolwiek sposób”. Na odwrocie widniał adres kościoła. Choć obie historie miały miejsce w innym czasie zarówno Ann, jak i chłopak od gum do żucia byli na tyle zaintrygowani sytuacją, że postanowili wybrać się na jedno ze spotkań. Podczas nabożeństw, na których się znaleźli, usłyszeli o Bogu, o Chrystusie, który zbawia, i każde z nich zdecydowało się nawiązać osobistą relację z Bogiem.
Terry i centrum marzeń
Jeszcze ostatni kęs lunchowej kanapki i już biegniemy na kolejne spotkanie. Tym razem wsiadamy do dużego vana. Obserwuję przez szyby samochodu jedno z rozpędzonych miast Ameryki i rozmyślam nad słowami: „Wystarczy prosty gest, żeby pokazać drugiej osobie miłość Jezusa”. Rozglądam się po okolicy. Widzę zaniedbaną dzielnicę miasta, kiedyś zarezerwowaną tylko dla bogatych białych obywateli. Tymczasem dziś wygląda, jak żywcem wyjęta z serialu CSI: Kryminalne zagadki… Dowiaduję się, że budynek, przed którym zaparkowaliśmy, leży w samym centrum regionu o jednym z najwyższych wskaźników morderstw w Ameryce. Na nasze spotkanie wychodzi uśmiechnięty mężczyzna – Terry. Mimo szczerego uśmiechu, w jego oczach można dostrzec coś więcej niż wesołość. Terry opowiada o pracy w tym miejscu. Tu bowiem znajduje się „Centrum Marzeń” – miejsce codziennej pracy dziesiątek wolontariuszy z kościoła, którzy błogosławią tę dzielnicę ewangelią i praktyczną pomocą wśród potrzebujących. To tutaj raz w tygodniu odbywa się nabożeństwo dla ludzi z dzielnicy, a młodzież codziennie może uczestniczyć w zajęciach sportowych, kursach pomagających w nauce czy lekcjach tańca i sztuki dla nastolatków. Podczas gdy zwiedzamy kolejne pomieszczenia, Terry opowiada, że w „Centrum” nastolatki mogą się spotkać w bezpiecznym otoczeniu, wiedząc, że tutaj nic im nie grozi. Nie jest to takie oczywiste poza murami tego budynku. Ktoś niezorientowany mógłby przyrównać to miejsce do magazynu. Jedni ludzie przywożą tutaj przedmioty zbędne, nienadające się na sprzedaż, choć wciąż wartościowe. Drudzy przychodzą tutaj, by skorzystać z rozdawanych za darmo towarów. Pokazując nam pomieszczenie wypełnione rowerami, Terry opowiada o akcji rozdawania rowerów dla młodzieży z tej dzielnicy. W ubiegłym roku rozdali pięćset, w tym chcieliby podarować tysiąc. Rowery docierają tu z magazynów sklepowych (czasem wymagają tylko małej naprawy, której podejmują się wolontariusze, a często są w idealnym stanie) lub po prostu od ludzi z kościoła, którzy, słysząc o akcji, kupują rower, by potem oddać go do „Centrum”. Inne akcje? Raz w tygodniu wydawane są posiłki, rozdawana jest odzież, artykuły codziennego użytku. Zamiast magazynierów pracują wolontariusze, którzy z chrześcijańskiej motywacji niesienia pomocy, najpierw wsłuchują się w potrzeby, a następnie starają się je zaspokoić. Opracowano też specjalny system kuponów, dzięki któremu każdy dostaje tyle, ile potrzebuje. Przyrównanie tego miejsca do magazynu nie jest wystarczające. To miejsce pomocy materialnej i duchowej, bezpieczna kryjówka dla młodzieży, poradnia dla dziesiątek, kaplica dla setek, a jadłodajnia dla tysięcy.
Wolontariusze wykonują różne zadania z jednej ważnej przyczyny – by pokazać każdej osobie, że Bóg ją kocha
John i Nowy Orlean
Jedno z ostatnich spotkań to chwila na rozmowę i kawę w Starbucksie. Ta kawiarniana sieciówka to już znak amerykańskiej kultury, której nic nie brakuje i każda potrzeba może zostać zaspokojona (średnia frappé, duża pianka, mało lodu, syrop karmelowy, w dużym kubku). Za chwilę jednak będziemy się mogli przekonać, że nawet tu można pomóc.
Siedzący naprzeciwko mnie John to wysoki, młody, uśmiechnięty mężczyzna, lat trzydzieści kilka, z gęstą, rudawą brodą. W 2005 r. John rozdawał żywność potrzebującym w mieście, w którym się znajdujemy – Baton Rouge. Tamten rok zapamięta do końca życia. To wtedy pewnego sierpniowego poranka nadciągnął potężny huragan Katrina, który w kilka godzin zniszczył Nowy Orlean, oddalony stąd o godzinę drogi samochodem. Zniszczenia oszacowano na setki milionów dolarów. Podtopienia, silne wiatry i szerzące się choroby sprawiły, że oblicze miasta zmieniło się na zawsze. Do dziś są tam dzielnice, które nie zostały oficjalnie udostępnione. Kiedy uderzył huragan, cały kościół zastanawiał się, jak w obliczu tej tragedii można pomóc ludziom odciętym od swoich domów, załamanym i bez środków do życia. Postanowili zrobić to samo, co robili do tej pory, jednak na większą skalę: przyjmować od innych dary i rozdawać potrzebującym. Właśnie wtedy powierzono Johnowi organizowanie transportów żywności i darów oraz rozwinięcie sieci punktów odbioru dla ludności. Siedem lat temu kościół HPC nie był jeszcze tak liczną społecznością (dziś liczy ok. 7 tys. członków), wciąż zmagali się z niewystarczającą liczbą wolontariuszy. Postanowili zaapelować do wszystkich kościołów w regionie, by włączyły się w akcję pomocy na szerszą skalę. W ten sposób HPC stało się inicjatorem międzywyznaniowej akcji humanitarnej. W wielu przypadkach docierali do potrzebujących wcześniej niż rządowe agencje ds. zwalczania klęsk żywiołowych. Kilka miesięcy później zostali też wyróżnieni przez ówczesnego prezydenta USA za niesamowity wkład i wysiłek w niesienie pomocy poszkodowanym przez huragan.
Oczy skierowane na możliwości
Słuchając Johna i pytając go o sposoby służenia innym w praktyce, można być zaskoczonym, jak wiele jest możliwości do usługiwania drugiemu człowiekowi. Pada szybka odpowiedź: „Na przykład tutaj, w Starbucksie od razu widzę, że potrzeba krzeseł. Moglibyśmy ich zapytać, czy możemy im pomóc, przywożąc dodatkowe krzesła”. W tym momencie przypominam sobie, że musieliśmy czekać kilka minut w ostrym słońcu, aż zwolni się miejsce w klimatyzowanym raju amerykańskich kawoszy. Zaczynam rozumieć, że zawsze jest okazja, by służyć. Trzeba tylko uważnie patrzeć wokół siebie…
Fenomen niezwykłych pomysłów
Jedna z zasad kościoła HPC brzmi: każdej nowej osobie, która decyduje się naśladować Jezusa i być Jego uczniem, zadaje się pytanie o to, co potrafi robić i w czym chciałaby służyć innym. Następnie ta osoba dostaje czerwoną koszulkę z dużym napisem: „SŁUŻĘ”, którą bardzo łatwo zauważyć w tłumie. Nie ma osób, które nic nie potrafią, ani takich, które wymawiają się na brak czasu. I nie dlatego, że w Ameryce wszyscy mają więcej czasu niż w Polsce. Dzieje się tak, ponieważ znakiem rozpoznawczym tego kościoła, ich swoistym DNA, jest gotowość służenia innym. Prosty przykład: Jeżeli jesteś mechanikiem samochodowym, koordynator wolontariuszy w HPC znajduje ci możliwość służenia dostosowaną do twoich umiejętności i czasu, jaki jesteś gotów na to poświęcić. Można raz w miesiącu pomóc w akcji skierowanej specjalnie do matek samotnie wychowujących dzieci. Samotne matki, które mają problemy z samochodem, mogą przyjechać, a grupa mechaników poświęca swój czas, by za darmo zrobić przegląd lub naprawić samochód. Podczas gdy mechanicy pracują, wolontariuszki organizują minisalon kosmetyczny dla tych matek. Wolontariusze wykonują różne zadania z jednej ważnej przyczyny – by pokazać każdej osobie, że Bóg ją kocha.
Dostrzeganie potrzeb, koordynowanie i działanie sprawiają, że ewangelia w praktyczny sposób dociera do mieszkańców Baton Rouge i całej Luizjany. W końcu nazwę tego kościoła: Healing Place Church można przetłumaczyć jako Kościół Uzdrowienia. Ich mottem jest: „Być miejscem uzdrowienia dla cierpiącego świata”. Szerzą ewangelię poprzez proste gesty miłości, a te przemawiają do ludzi lepiej niż setki broszur czy słów…