Poznajcie raję
Na Starym Mieście urodził się i wychował również Raja (czyt. Radża) Salameh. Dzisiaj Raja ma 47 lat i jest jedynym żyjącym z najbliższego grona przyjaciół z dzieciństwa. Z szóstki arabskich chłopców trzech popełniło samobójstwo (po wcześniejszym zaangażowaniu się w narkotyki), dwóch zginęło w rozruchach na Bliskim Wschodzie. Sam Raja również na pewnym etapie życia zakosztował zarówno narkotyków, jak i udziału w terrorystycznych akcjach, a to, że w tym nie pozostał, zawdzięcza wyłącznie Bożej łasce.
Dzisiaj Raja Salameh jest dyrektorem centrum Dobry Samarytanin, które założył 10 lat temu. Z pomocą lokalnych kościołów i dzięki zaangażowaniu miejscowych chrześcijan skutecznie niesie pomoc setkom potrzebujących na Starym Mieście. Najstarsze pokolenie mieszkańców Dzielnicy Chrześcijańskiej bardzo docenia pracę Raji, ale niewielu z nich pamięta, że nie zawsze był on taki wrażliwy i troskliwy.
Raja wywodzi się z chrześcijańskiej rodziny arabskiej, od pokoleń mieszkającej na Starym Mieście w Jerozolimie. Ale niestety to wyjątkowe dla nas miejsce – dla nich i ich sąsiadów jest bardzo powszednie, a mury, na które my patrzymy ze wzruszeniem, dla wielu z nich są szarą rzeczywistością. Niektórym trudno w to uwierzyć, ale Raja, choć wychowywał się w domu otoczonym uliczkami Via Dolorosa, wyrastał, nie znając Boga i nie tęskniąc do Niego.
Był działaczem grupy Fatah
Jako nastolatek Raja dołączył do palestyńskiej organizacji Fatah, by na swój sposób walczyć z Izraelem. Wyrósł w środowisku, w którym nagminnie mówiło się o tym, jaki Izrael jest zły i jak wiele zła wyrządza, toteż Raja, niewiele z tego doświadczając, a jeszcze mniej rozumiejąc, postanowił dołączyć do ruchu oporu. Młody i pełen energii wyjechał do Jordanii, by tam nauczyć się sporządzać ładunki wybuchowe. Zanim ukończył 25 rok życia, sam szkolił w tym „fachu” młodszych od siebie.
Raja dobrze pamięta każdego z dziewięciu chłopców, których wyszkolił. Dwóch zginęło w czasie drugiej intifady (powstania palestyńskiego), dwóch następnych trafiło do więzienia, trzech uciekło do innych krajów muzułmańskich. Dwaj ostatni pełnią obecnie wysokie funkcje w Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Ze smutkiem w oczach Raja wyznaje, że jego uczniowie dzisiaj nie chcą z nim w ogóle rozmawiać. Próbował do nich dotrzeć, opowiedzieć o tym, jak zmieniło się jego życie i że to, co robili, było złe, ale wydaje się, że na to już za późno. „Spotkałem się z nimi, patrzyłem im w oczy” – mówi Raja. „Mają czarne serca…”. Nawet mówienie o tym sprawia Raji ból, czuje się trochę odpowiedzialny za zło, które teraz wyrządzają. Wie, że w pewnym sensie on sam zasiał w ich sercach złe ziarno, więc często modli się o łaskę dla nich – by Bóg wyprowadził ich z tej ciemności, w której żyją.
Pan Bóg troszczy się o swoich ludzi w Jerozolimie – nie tylko o Żydów, ale też o Arabów, którzy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem
Wpadł w narkotyki
Jeszcze jako dwudziestolatek i działacz grupy Fatah, Raja wpadł w narkotyki. Stał się dla niektórych nieużyteczny, a dla innych niebezpieczny, toteż podsunięto mu tę nowoczesną „broń”, skutecznie prowadzącą do samozniszczenia. To bardzo prosty sposób pozbycia się niewygodnych osób; wielu arabskich działaczy w Izraelu ginie właśnie z przedawkowania narkotyków. Raja znowu zamieszkał na Starym Mieście, gdzie dokonywanie kradzieży było dużo prostsze. Otwarte kościoły i naiwni turyści chrześcijańscy od razu go urzekli – najłatwiej było ich okradać. „Niech to będzie dla niektórych ostrzeżeniem” – Raja opowiada o tym z zakłopotaniem. „Zdarzało się, że przyjmowałem Jezusa do serca kilka razy dziennie, bo wiedziałem, że nawracający mnie misjonarze dadzą mi później pieniądze. Dla narkomana to całkiem niezły biznes”.
Mimo to jedna osoba pozwoliła się Raji zapamiętać bardzo dobrze i na całe życie. Misjonarka z Holandii wielokrotnie stawała się ofiarą kradzieży Raji i była tego doskonale świadoma. Nie była turystką. Od lat mieszkała na Starym Mieście, służyła ludziom, spotykała się z nimi, prowadziła studium biblijne i spotkania modlitewne. Raja wspomina: „Zawsze się do mnie uśmiechała… Denerwowało mnie to, nawet wprost ją zapytałem, czy jest głupia – przecież dobrze wie, że ją okradam i wykorzystuję. A jej nigdy nie zabrakło cierpliwości”. Pewnego dnia to sam Raja nie wytrzymał i wykrzyczał jej w twarz, że chce wiedzieć, dlaczego ona tak się zachowuje, kiedy on ją oszukuje. Zamiast udzielić odpowiedzi, Holenderka zaprosiła zbuntowanego Raję na spotkanie modlitewne.
Znalazł nową drogę
Raja sam nie jest pewien, dlaczego zdecydował się pójść na to spotkanie. Może już powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, że jego życie daleko odbiegało od tego, czego naprawdę pragnął. Na spotkaniu już wiedział, że coś musi zmienić, ale nie miał nawet pojęcia, jak zacząć. Z pomocą przyszli mu inni wierzący i w 1993 roku Raja trafił do House of Victory (Dom Zwycięstwa) w Hajfie, domu dla uzależnionych.
„Byłem pierwszym Arabem w tym domu” – wspomina Raja. „Początki były ogromnie trudne, bałem się zasnąć, pod poduszką trzymałem nóż, który ukradłem z kuchni. Przecież otaczali mnie sami wrogowie!”. Mimo to Raja pozostał w Domu Zwycięstwa przez 9 miesięcy. Tu, jak sam mówi, Pan Bóg dał mu nowe serce – zastąpił serce kamienne sercem mięsistym (por. Ks. Ezechiela 11:19). W końcu mógł przyjąć Jezusa szczerze do swojego nowego serca i nowego życia. Nauczył się rozmawiać z Jezusem w modlitwie.
W Hajfie Raja poznał też Daniego. Dani był zaangażowany w zgrupowanie Kach, rasistowską organizację żydowską, która dyskryminuje ludność arabską. Zderzenie takich dwóch światów może uratować tylko Jezus. Dzisiaj Raja opowiada o Danim bardzo ciepło: „Dani już nawet nie jest dla mnie przyjacielem – jest bratem! Zżyliśmy się bardzo, a po latach spotkaliśmy się również całymi rodzinami”. Na co dzień nie mają zbyt wiele kontaktu, mimo że żyją całkiem niedaleko siebie. Ostrożność w Izraelu nie pozwala im na częste widywanie się.
W sercu dzielnicy, kilka przecznic od Via Dolorosa, w budynku, który niegdyś pełnił rolę hostelu, mieści się siedziba centrum Dobry Samarytanin. To największą radość i duma Raji
Wrócił na stare miasto
Serce Raji pozostało jednak w Jerozolimie, toteż po zakończeniu programu w Hajfie postanowił wrócić na Stare Miasto, by tam założyć misję. Na początku Raja chciał ratować narkomanów mieszkających na tych samych ulicach, na których on sam kiedyś mieszkał. Wiedział, gdzie ich szukać, zaprzyjaźniał się z nimi, a potem wysyłał na północ, do House of Victory. W ciągu dwóch lat zdołał wyciągnąć z uzależnienia 45 osób, jedną po drugiej. Niestety z tej dużej liczby radykalnie zmieniło swoje życie tylko pięć osób. Ale za to jak konkretnie! Trzech z nich zostało pastorami, dwóch duchownymi w Kościele katolickim.
Dzisiaj centrum Dobry Samarytanin opiekuje się głównie osobami w podeszłym wieku, mieszkającymi na Starym Mieście, w darmowych jednopokojowych mieszkaniach, które są własnością kościoła. Centrum zapewnia im pomoc medyczną oraz częściowe wyżywienie, bez względu na pochodzenie czy światopogląd. Marzeniem Raji jest rozszerzyć działalność centrum na pracę z dziećmi. Nie mając na razie większych możliwości, Raja spotyka się z dziećmi z sąsiedztwa i uczy je wersetów biblijnych na pamięć.
Błądząc maleńkimi uliczkami dzielnicy chrześcijańskiej na Starym Mieście, w wielu miejscach można się natknąć na czerwone tabliczki zawieszone na ścianach domów, nad głowami przechodniów. Lśnią na nich wypisane białą czcionką wersety biblijne: z jednej strony w języku angielskim, z drugiej – w arabskim. To właśnie tych wersetów arabskie dzieci na Starym Mieście uczą się na pamięć. Prześcigają się, by znaleźć ich jak najwięcej, żeby za każde dziesięć wyrecytowanych dostać niespodziankę od Raji.
Założył centrum Dobry Samarytanin
W sercu dzielnicy, kilka przecznic od Via Dolorosa, w budynku, który niegdyś pełnił rolę hostelu, mieści się siedziba centrum Dobry Samarytanin. Na trzech piętrach wąskiego budynku znajdują się stołówka, gabinet lekarski, świetlica oraz pomieszczenia biurowe. I jest jeszcze dach. To największa radość i duma Raji. Na dachu budynku mieści się „sala spotkań”. Na wysokości dachów, kopuł kościołów, z widokiem na Wzgórze Świątynne i Górę Oliwną – tutaj dzieją się cuda.
W każdy poniedziałek gromadzą się w tym miejscu przedstawiciele różnych kościołów, by wspólnie modlić się o Jerozolimę i jej mieszkańców. Raja odmówił wystawienia jakichkolwiek symboli na dachu. „Nie reprezentujemy żadnego kościoła, reprezentujemy tylko Jezusa” – podkreśla. Od tego miejsca rozpoczęła się jego praca z ludźmi w kościele. Mieszkając w Hajfie, Raja zakosztował prawdziwego uwielbienia i gorącej modlitwy. Odkrył, co to znaczy naprawdę rozmawiać z Bogiem, i zauważył, że wielu w Jerozolimie za tym tęskni.
Przeżył cud Bożej Ochrony
Razem z podobnymi sobie „dobrymi samarytanami” Raja postanowił zorganizować spotkanie modlitewne na jednym z placów Starego Miasta, by pomóc ludziom zrozumieć, na czym polega uwielbienie. Niestety takie spotkanie nie mogłoby się odbyć bez opozycji. Przeciwnicy pomysłu zorganizowali grupę młodych chłopców, by stanęli na dachach wokół placu z wiadrami napełnionymi wodą. Poinstruowali ich, żeby rozproszyli zgromadzenie, wylewając wodę na ludzi. Świadom zagrożenia, Raja nie zrezygnował z tego, co czuł w sercu. Zaplanowanego dnia udał się z przyjaciółmi na umówione miejsce.
Na miejscu wybrał osoby, które miały stanąć wokół placu i wołać do Boga o ochronę nad zgromadzeniem, ale także o Jego Ducha Świętego, by wszyscy obecni czuli wolność w Bożej obecności. Ze swoich miejsc każdy modlący się widział na dachach wiadra wody. Mimo to spotkanie odbyło się bez żadnych zakłóceń, a na wszystkich zgromadzonych zamiast wody spłynęła wielka radość i wielu osobiście doświadczyło, co to znaczy oddawać Bogu chwałę i modlić się z głębi serca. Wracając do domu, Raja napotkał jednego z chłopców z wiadrem. Zapytał go, jak to się stało, że zdecydowali się nie zakłócać spotkania na placu. „Jak to? – odpowiedział zaskoczony wyrostek. – Nikogo tam nie widzieliśmy!”.
Pan Bóg troszczy się o swoich ludzi w Jerozolimie – nie tylko o Żydów, ale też o Arabów, którzy uwierzyli, że Jezus jest Mesjaszem. Raja nie boi się kontynuować swojej pracy pomimo napiętej sytuacji w Izraelu. Wie, że jeśli przyjdzie potrzeba, Bóg może uczynić cud, tak jak tego dnia na placu. A nawet jeśli tego nie zrobi, niczego to nie zmienia – ludzi w Jerozolimie może uratować tylko Jezus.