We wtorek 22 lutego tego roku w mieście Christchurch w Nowej Zelandii miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 6,3 stopnia w skali Richtera. Okaleczyło ono nasze historyczne miasto i odebrało życie 166 osobom. Zniszczonych zostało 10 tysięcy domów, 5 tysięcy uczniów straciło szkoły, zajęcia uniwersyteckie zostały przeniesione do namiotów cyrkowych. Wielu straciło swoje firmy, a 4,5 tysiąca osób miejsca pracy. Skutki tego wydarzenia były traumatyczne dla każdego, również dla mnie.
Tego dnia znajdowałam się na drugim piętrze budynku położonego 2 km od centrum, które najbardziej ucierpiało. Wydostaliśmy się z budynku bez najmniejszego zadrapania, ale w pasażu handlowym po drugiej stronie ulicy, zaraz naprzeciw nas, zawalił się dach i jedna osoba zginęła.
Pierwszy odruch – pomoc
Moim pierwszym naturalnym odruchem w sytuacji kryzysowej jest pomoc. Wyjście naprzeciw niebezpieczeństwu i pomoc tym, którzy znaleźli się w gorszym położeniu niż ja – przecież żyję i mam swoje schronienie. Od grudnia, kiedy miało miejsce przedostatnie trzęsienie, o sile 7,1 stopnia w skali Richtera, dom, w którym mieszkam (dwupiętrowy drewniany budynek), wytrzymał już dwa silne trzęsienia ziemi i ponad 5 tysięcy wstrząsów wtórnych. Widać w nim poważne szczeliny i pęknięcia, ale sama konstrukcja nie została poważnie naruszona. Tak więc czuję się bezpieczna.
W pamiętny wtorek dojście do domu zajęło mi ponad dwie godziny. Zatrzymywałam się, pomagając głównie starszym osobom, starając się dodzwonić do ich rodzin, by poinformować, że ich bliscy są bezpieczni. Ludzie wokół byli w szoku, bladzi, płakali, próbowali dostać się do szkół, by odebrać swoje dzieci. Ulice były zakorkowane, miejscami nieprzejezdne z powodu wyłomów i dziur w asfalcie. Niektórzy zostawiali samochody na poboczach i szli w stronę szkół piechotą.
22 lutego 2011 roku w mieście Christchurch w Nowej Zelandii miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 6,3 stopnia w skali Richtera. Okaleczyło ono nasze historyczne miasto i odebrało życie 166 osobom
Usuwanie skutków kataklizmu
Następnego ranka, bardzo wcześnie, po skontaktowaniu się z najbliższymi, wspólnie ze znajomą włożyłyśmy robocze ubrania, wzięłyśmy łopaty i dołączyłyśmy do 300 innych osób z uniwersytetu, które udawały się z pomocą do najbardziej zniszczonych miejsc we wschodniej części miasta, by usunąć szlam zanieczyszczony ściekami kanalizacyjnymi. Udaliśmy się na przedmieścia również po to, by udzielać pomocy poszkodowanym.
Spędziliśmy cały dzień, sprzątając ulice, uliczki, podjazdy i podwórka. W ten sposób ułatwialiśmy dojazd karetkom, straży i innym służbom ratowniczym, które dostarczały środki medyczne, wodę i żywność. Sprawdzaliśmy każdy dom, na każdej ulicy, pytając, czy mieszkańcy nie potrzebują pomocy. Czasami okazywało się, że jesteśmy tam, żeby kogoś pocieszyć lub wysłuchać opowieści o tym, co przeżyły poszczególne osoby czy całe rodziny. Informowaliśmy, że bardziej specjalistyczna pomoc już do nich nadchodzi. Niektórzy zostali odcięci od dopływu wody czy energii elektrycznej lub mieli uszkodzoną kanalizację. My mogliśmy powiadomić o tym ekipy ratownicze i naprawcze, które niosły w tym czasie pomoc techniczną.
Niektórzy nie mieli pojęcia, co się działo poza ich własną ulicą, dlaczego nie działała telewizor czy radio. Nie wiedzieli, dlaczego nie było prądu, więc informacja o tym, co zdarzyło się poprzedniego dnia w centrum, pomagała im zrozumieć, dlaczego władze miasta jeszcze do nich nie dotarły. Na jednej z ulic mieliśmy przywilej nieść pomoc mieszkańcom domów spokojnej starości. Pomagaliśmy im pakować i nosić walizki, tak by mogli zostać jak najszybciej przetransportowani. Płakaliśmy wraz z nimi, bo musieli zostawić swoje mieszkania, które nie nadawały się już do mieszkania. Mieli zostać przesiedleni do innych miast w kraju. Z dala od domu, który kochali, z dala od swoich bliskich, z dala od przyjaciół. Nie wiedząc, czy kiedykolwiek będą mogli tu powrócić. To rozdzierało również nasze serca.
Wspieranie służby ratowniczej
W ciągu kolejnych dwóch dni zachęciłam kilku przyjaciół i razem pomagaliśmy w policyjnym namiocie, gdzie dla ekip ratowniczych przygotowywane były posiłki oraz woda pitna. Pomagaliśmy tam aż do północy. Prowadziliśmy rozmowy, rozdając ciepłe posiłki 600 policjantom, strażakom, żołnierzom, pracownikom USAR-u (miejskie centrum ratownicze). Wszyscy niestrudzenie pracowali, uwalniając ludzi uwięzionych pod gruzami zawalonych budynków.
Poznałam tego dnia wielu wspaniałych ludzi. Jednym z nich był młody, 23-letni żołnierz, który służy w naszej narodowej armii. Właśnie wrócił z półrocznego pobytu w Afganistanie, gdzie stracił w akcji jednego ze swoich bliskich przyjaciół. W dniu trzęsienia ziemi miał się odbyć pogrzeb. Niestety ani spotkanemu przeze mnie żołnierzowi, ani innym nie było dane pożegnać się z przyjacielem, bo zostali natychmiast wezwani do akcji. Poznałam również innego żołnierza, lekarza polowego. Został wezwany do akcji ratowniczej podczas swojego dyżuru, który odbywał właśnie w Afganistanie. Dano mu tylko kilka godzin, by sprawdził, czy wszystko w porządku z jego rodziną i domem. Następnie dołączył do ekip ratowniczych. Pracował już trzecią dobę.
Do akcji dołączyły setki policjantów, którzy dojechali do nas z całej Nowej Zelandii oraz z Australii. Jeden z policjantów z Sydney, z którym rozmawiałam, brał udział w ostatnich akcjach ratowniczych przy gaszeniu pożarów w stanie Victoria i przy powodziach w Queensland, a teraz był tu… Powiedział mi, że po raz pierwszy widzi, by społeczność miasta stanęła ramię w ramię, pomagając, tak jak tutaj, gdzie każdy ciężko pracował, odgarniając gruzy, oczyszczając drogę dojazdową, niosąc pomoc medyczną, gotując, karmiąc potrzebujących, tak po prostu, bez wahania.
Rozumiemy Japonię
Kiedy doszły do nas ostatnio wiadomości o zniszczeniach w Japonii, mieszkańcy Christchurch zatrwożyli się ponownie. Rany w sercach, które zaczynały się powoli goić, zostały jakby na nowo otwarte, nie tylko z powodu naszych osobistych przeżyć, ale także ze względu na współczucie dla tych ludzi. Wiedzieliśmy, przez co będą musieli przejść: szok, strach, ból, rozpacz, ale też nadzieja. Wiedzieliśmy, że uczucia te towarzyszą nie tylko mieszkańcom jednego miasta, ale całemu narodowi, kiedy zostaje dotknięty tragedią.
Z katastrofami, które miały ostatnio miejsce na świecie, wiąże się wiele pytań. Kiedy trzęsienie ziemi uderzyło w Christchurch, ludzie mówili o Bożym sądzie. Bardzo podobała mi się odpowiedź na te komentarze, której udzielił ks. Peter Beck, dziekan katedry w Christchurch: „Niektórzy ludzie nazywają trzęsienie ziemi Bożym dziełem… Dziełem Boga jest jednak to, co my robimy w tym momencie – niesiemy pomoc jedni drugim, troszczymy się o siebie nawzajem, odbudowujemy, pracujemy w jedności”.
I to jest dokładnie to, co robimy tutaj w Christchurch z pomocą i wsparciem ludzi z całego świata. Ufam, że usłyszymy Boży głos i odbierzemy Boży nowy plan dla tego miasta. Mamy możliwość odbudować je na solidnej, wytrzymałej skale – Bogu i Chrystusie, który może stać się naszym kamieniem węgielnym.
Możemy odbudować miasto podobnie jak Nehemiasz, który płakał przez trzy dni, a potem wstał i zaplanował odbudowę murów Jeruzalem. Wtedy sąsiad koło sąsiada budowali razem, każdy miał swoją część w odbudowie i odnowie. I to stało się moją modlitwą o moje miasto – Christchurch – mój dom tu na ziemi. Wylaliśmy swoje łzy, wypowiedzieliśmy swoje marzenia i swoje nadzieje. Teraz nadszedł czas odbudowy, nie na starych, chwiejących się fundamentach, ale na nowej, mocnej skale.
Obyśmy żyli każdego dnia w obfitości, nie w zmartwieniach. Wiedząc, że Bóg daje nam wszystko, czego potrzebujemy na dzień, do którego nas powołał. A jutro On sam na nowo zaopatrzy nas obficie i tak samo będzie każdego kolejnego dnia.
Tłumaczyła: Estella Korzeń