„Cenię cię i podziwiam dlatego, że jesteś inny niż ja”
Carl Rogers
Ludzie są jak zachody słońca – zauważa twórca terapii nastawionej na osobę, Carl Rogers. „Jednym z uczuć niosących najwięcej zadowolenia […] jest uczucie wynikające z cieszenia się drugim człowiekiem tak, jak cieszymy się zachodem słońca” – pisze w książce Sposób bycia. „Ludzie są równie wspaniali jak zachody słońca, kiedy tylko po prostu pozwolimy im być sobą. Możliwe, że zachody słońca tak nas cieszą właśnie dlatego, że nie możemy ich kontrolować. Kiedy obserwuję zachód słońca, nie myślę: Trochę złagodzić pomarańcz w prawym rogu i dodać trochę więcej fioletu u podstawy, a chmurom przydać nieco różu. Nawet nie próbuję panować nad zachodami słońca. Po prostu podziwiam je z zapartym tchem”.
Jak zachody słońca
Inspirująca i niezwykła to metafora. Słowa Rogersa kryją w sobie coś bardzo osobistego – terapeuta zdradza nam, co sprawia mu największą radość. To bardzo intymna informacja. Dowiadujemy się, że najbardziej cieszy go odkrywanie odmienności i wyjątkowości drugiego człowieka, bo tak, jak każdy zachód słońca jest jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny, tak każda osoba jest jedyna i wyjątkowa. Jest dziełem Wielkiego Artysty i nie nam to dzieło poprawiać. Okazując szacunek, bezwarunkową miłość i akceptację, uwalniamy ludzi. Dzięki temu mogą stać się takimi, jakimi w Bożych oczach zawsze mieli być. Rogers wyjawia nam również, co sprawia mu największą przykrość. Z charakterystyczną dla siebie szczerością i skromnością wyznaje: „Jestem potwornie sfrustrowany i zamykam się w sobie, gdy próbuję wyrazić coś, co tkwi głęboko we mnie, co jest częścią mego osobistego, wewnętrznego świata, a osoba, której o tym mówię, nie rozumie mnie. Kiedy podejmuję ryzyko podzielenia się czymś bardzo osobistym z kimś innym i nie zostaję zrozumiany, odbiera mi to pewność siebie i sprawia, że czuję się samotny. Doszedłem do wniosku, że przez tego rodzaju doświadczenia niektórzy ludzie stają się psychotykami”. Poruszające to słowa. Aby je dobrze zrozumieć, prześledźmy los ich autora.
Inspirująca i niezwykła to metafora. Słowa Rogersa kryją w sobie coś bardzo osobistego – terapeuta zdradza nam, co sprawia mu największą radość. To bardzo intymna informacja. Dowiadujemy się, że najbardziej cieszy go odkrywanie odmienności i wyjątkowości drugiego człowieka, bo tak, jak każdy zachód słońca jest jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny, tak każda osoba jest jedyna i wyjątkowa
Bóg Rogersa
Carl Rogers to postać ujmująca. Podejście w psychologii i psychoterapii, jakie stworzył, jest wzruszającym ucieleśnieniem jego własnych marzeń o spotkaniu z drugim człowiekiem i byciu zrozumianym. Powstało w wyniku bolesnych osobistych przeżyć, jak również wieloletnich doświadczeń w pracy psychoterapeuty. Autor biografii Rogersa, Brian Thorne, sugeruje, że prawdopodobnie stworzył on terapię nastawioną na osobę, ponieważ sam rozpaczliwie potrzebował tego typu pomocy.
Urodził się 8 stycznia 1902 roku w podmiejskiej dzielnicy Chicago, Oak Park, jako czwarte z sześciorga dzieci, w wyznającej kult ciężkiej pracy, konserwatywnej rodzinie chrześcijańskiej. Jej członkowie jako „Boży wybrańcy” nie pili alkoholu, nie chodzili do teatru i nie grali w karty, kultywując bliskie rodzinne i wspólnotowe więzi. W czasie studiów na University of Wisconsin na wydziale nauk rolniczych Rogers odkrył swoje powołanie do stanu duchownego. W tym czasie wyniesioną z domu rodzinnego wizję Boga jako budzącego strach Sędziego ze Starego Testamentu zastąpił oferujący nową bliskość i wolność, ludzki i pełen życia Jezus Chrystus, z którym Rogers nawiązał głęboką osobistą relację. Nieoczekiwanym punktem zwrotnym w jego życiu okazał się jednak jego wyjazd do Pekinu na konferencję Światowej Federacji Studentów Chrześcijańskich. Zapiski w dzienniku z tego okresu, jak i jego listy do narzeczonej, Helen – jak pisze Thorne – „wskazują na skrajny idealizm i fascynację osobą Chrystusa”. Rozentuzjazmowany Rogers relacjonował swoje nowe doświadczenia rodzicom.
Ukryta rana
Niestety jego listy wpędziły ich w czarną rozpacz. Rodzice byli zbulwersowani „perwersyjną teologią” zwiedzionego w ich oczach syna. Prawdopodobnie nieufność, jaką mu wówczas okazali, a być może i przeżycia z podróży na Wschód, z której Rogers wrócił z wrzodem dwunastnicy, sprawiły, że – po pewnych próbach podążania w kierunku swojego powołania, jakimi był rok studiów spędzony w Union Theological Seminary w Nowym Jorku i pełniona podczas wakacji funkcja pastora w niewielkim kościele w Vermont – w końcu zrezygnował z kształcenia się na duchownego. Po porzuceniu myśli o byciu duchownym zaczął studiować psychologię w Teachers’ College przy Columbia University. W latach 40 XX wieku, pracując jako terapeuta w Centrum Pomocy Psychologicznej w Chicago, przeszedł załamanie nerwowe, do którego przyczyniła się psychopatyczna pacjentka. Ujawniło ono głębokie rany w psychice – dziedzictwo czasów dzieciństwa i wczesnej młodości. Na szczęście do tego czasu Rogers zdążył wyszkolić grono terapeutów, którzy wiedzieli, jak udzielić mu pomocy. Dwuletni kryzys Rogersa mógłby zatem dowodzić tego, że – jak już wcześniej wspomniałam – stworzył on terapię nastawioną na osobę, ponieważ sam potrzebował pomocy.
Bezwarunkowa miłość
– Zawsze miałam wrażenie, że wtedy w Chinach coś się wydarzyło, coś, o czym nigdy nie mówił publicznie ani nie pisał – mówi Elizabeth Sheerer, współzałożycielka Centrum Pomocy Psychologicznej przy University of Chicago, w wywiadzie udzielonym w 1990 roku. – W latach tworzenia teorii nie chciał żadnych elementów formalnej religii. O ile mi wiadomo, żadnej religii. Lecz jego chrześcijańskie wychowanie miało z pewnością ogromny wpływ na jego dzieło. Nie sądzę, by bez niego mógł się tak rozwinąć – stwierdza.
Jak sugeruje Thorne, Rogers mógł zostać pastorem i wielkim reformatorem Kościoła. Jednak gdyby tak się stało, nie wywarłby tak wielkiego wpływu na współczesną psychologię i psychoterapię na całym świecie. Łaska i bezwarunkowa miłość, jakich doświadczył Rogers w okresie swojej fascynacji Chrystusem, są bezsprzecznie widoczne w stworzonej przez niego terapii. Dzięki niej tysiące ludzi mogły zostać dotknięte Bożą dobrocią.
Przejrzystość i autentyczność
W podejściu nastawionym na osobę terapeuta nie kryje się za zawodową czy też osobistą maską. Im bardziej jest on autentyczny w relacji z pacjentem (w rozumieniu Rogersa – klientem), tym większe prawdopodobieństwo, że dojdzie do procesu terapeutycznej przemiany. Jest ona możliwa, jeśli spełnione zostaną warunki spójności, akceptacji i empatii. Spójność terapeuty oznacza jego autentyczność, wręcz przejrzystość dla klienta. Akceptacja to bezwarunkowe przyjęcie klienta, z szacunkiem jego osoby oraz dla wszystkiego, co ten w sobie odkrywa – również negatywnych uczuć. Empatia natomiast polega na tym, że terapeuta słucha, niczego nie narzuca, a jedynie towarzyszy w odczytywaniu znaczeń, jakie pacjent nadaje swoim wewnętrznym odczuciom. Rogers wierzył, że pełna zrozumienia i akceptacji relacja czyni cuda. Utrzymywał, że schizofrenicy przestają być schizofrenikami, gdy spotykają osoby, które ich rozumieją. Nie ma wątpliwości, że jako terapeuta stawał w miejscu kochającego bezwarunkową miłością Chrystusa, którego poznał w swojej młodości.
Docenić ludzi
Porównanie ludzi do zachodów słońca ma jeszcze jedno znaczenie. Kiedy patrzę na topiącą się w morzu kulę słońca, odczuwam zawsze tę samą, zaprawioną lekkim niepokojem, wdzięczność. Towarzyszy jej pragnienie, by zdążyć na czas, by się nie rozminąć. Czasem przyłapuję się na tym, że szepczę wtedy słowa: „Nie odchodź”. Na tej ziemi każdy człowiek, tak jak zachód słońca, przemija. Piszę to dwa tygodnie po tragicznej katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem. Dwa dni po tym wstrząsającym wypadku robiłam zakupy w sklepie spożywczym. Kiedy zbliżałam się do kasy, starszy mężczyzna zaproponował, że za mnie zapłaci. – Nic podobnego! Proszę wybrać kogoś bardziej potrzebującego. Mam pieniądze! – protestowałam. Pochylił się nade mną tak, że mogłam spojrzeć prosto w jego oczy. Było w nich zagubienie. – Przepraszam panią. Pani nic nie rozumie. Po tej strasznej narodowej tragedii, jaka nas spotkała, ja potrzebuję to zrobić – powiedział.
Polacy czują, że rozminęli się ze swoim Prezydentem. Nie zdążyli go poznać. Nie doceniali. I teraz wyrzuca im to sumienie. Widziałam nieprzebrane tłumy przed Pałacem Prezydenckim. Ludzie stali nieruchomo. Niektórzy z nich siedzieli, podobnie unieruchomieni. Kiedy słońce zachodzi nad morzem, na plaży wszyscy również nieruchomieją i cichną. Doceńmy innych, tych, których mamy dziś wokół siebie, zanim odejdą – to mądrość płynąca dla Polski z tej trudnej lekcji pokory.
Carl Rogers (1902-1987) – profesor Ohio State University, założyciel Counseling Center przy University of Chicago oraz istniejącego do dziś Center for Studies of the Person. W 1956 roku nagrodzony przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za wybitne osiągnięcia naukowe. Sławę przyniosła mu książka O stawaniu się osobą, opublikowana w 1961 roku. Opracowane przez niego podejście nastawione na osobę wywarło wpływ na całą dziedzinę doradztwa psychologicznego i psychoterapii.