charakter-a-namaszczenie

Charakter a namaszczenie

Najważniejszym celem działania Bożego Ducha w nas jest uczynić nas takimi jak Jezus. Oczywiście nie w sensie bycia człowiekiem i zarazem Bogiem, ani też w wypełnianiu jakiejkolwiek mesjańskiej roli tu, na ziemi. Mamy przypominać Jezusa w Jego charakterze, nadprzyrodzonym stylu życia i tej niezwykłej, stałej łączności z Ojcem

Chrystusowy charakter nie jest w stanie rozwinąć się w nas w pełni, jeśli na co dzień nie żyjemy i nie służymy, ogarnięci rzeczywistą obecnością Boga, a więc pod Jego namaszczeniem.

Użyteczne naczynie

Namaszczenie jest równoznaczne z sytuacją, w której Boży Duch nie tylko zamieszkuje w człowieku po tym, jak oddał on całkowicie swoje życie Jezusowi jako swojemu osobistemu Panu i Zbawicielowi, ale też przebywa na człowieku. Uzdalnia go wtedy do realizowania w życiu i służbie tego wszystkiego, co zrodziło się w sercu Boga. Nawet tego, co nadprzyrodzone. To tak, jakby Bóg okrył nas swoją – przepełnioną mocą – obecnością. Dzięki namaszczeniu wchodzimy w kontakt z mocą niezbędną do osobistej przemiany. Gdy przepływa przez nas jako Jego naczynia, dokonuje głębokich i trwałych zmian.

Namaszczenie saula

W zapisanej w Biblii historii króla Saula widzimy doskonały przykład takiej właśnie przemiany. Obietnica, którą otrzymał, brzmiała następująco: I zstąpi na ciebie Duch Pana […] i przemienisz się w innego człowieka (1 Sam. 10:6). Gdy to się wydarzyło, czytamy, że: przemienił Bóg jego serce w inne (1 Sam. 10:9) i prorokował wraz z innymi prorokami pod wpływem działania Ducha Świętego. Dzięki temu „ogarnięciu” Bożym Duchem, które nazywamy namaszczeniem, Saul otrzymał wszystko, co potrzebne, by stać się władcą, którego Izrael tak bardzo potrzebował: miał odmienione przez Boga serce, słyszał, co Bóg mówi, i obwieszczał, co Bóg mówi, czyli proroctwa. Pomimo tego bezcennego skarbu Saul krok po kroku oddalał się od Boga, co w rezultacie doprowadziło do odsunięcia go od władzy i tragicznego końca jego życia.

Odpowiednia reakcja

Podobnie i teraz z przykrością oglądamy czasem moralny upadek osób, których służba bez wątpienia nosiła znamiona namaszczenia Duchem Świętym, niosąc błogosławieństwo setkom, a czasem tysiącom ludzi. Zadajemy sobie wówczas pytanie: „Jak to możliwe, by ktoś chodzący z Bogiem, usługujący pod namaszczeniem Ducha Świętego mógł upaść tak bardzo?”. Zdarzenia te są często tak szokujące, że skłaniają wielu do zanegowania prawdziwości namaszczenia Duchem Świętym i nadprzyrodzonych manifestacji Bożej obecności lub wręcz do odwrócenia się od Boga. Reagując na błąd w ten sposób, sami popełniamy błąd.

Niezależnie od tego, jak słuszne jest rozżalenie z powodu tego typu tragedii, w żaden sposób nie podważają one błogosławieństwa, które w wyniku namaszczonej Duchem Bożym służby stało się udziałem tak wielu osób. Bóg z Pisma Świętego nie usunął Psalmów ani Przypowieści Salomona, mimo że autor pierwszej z tych ksiąg popełnił cudzołóstwo, a drugi pod koniec swojego życia poszedł za bogami swoich licznych żon. Możemy z historii życia tych dwóch wielkich mężów Bożych, a zarazem syna i ojca według więzów krwi, wyciągnąć kilka lekcji dla siebie.

Historia pokazuje nam, że namaszczenie Ducha Świętego nie zawsze szło w parze z mocnym i prawym charakterem

Prawda o namaszczeniu

Po pierwsze, fakt namaszczenia Duchem Świętym w służbie nie czyni człowieka automatycznie „nieprzemakalnym” dla deszczu pokus. Historia zna wiele przypadków wzbicia się w pychę i upadku moralnego tych, którzy, chodząc w Duchu Świętym, nie zważali na pułapki zastawione przez nieprzyjaciela ani na słabości swoich charakterów. Upadek osoby, której życie i służba noszą znamiona namaszczenia przez Boga, nigdy nie powinien nas skłaniać do zanegowania tego namaszczenia oraz wszystkiego, co do tej pory Bóg czynił w życiu tego człowieka i w jego służbie.

W walce o siebie nawzajem

Bożym sposobem ratunku z duchowych tarapatów jest zawsze upamiętanie i powrót w ramiona Ojca. Jeśli jednak ludzie wierzący, zamiast jednoznacznie nazwać grzech grzechem i jednocześnie okazać, że trwają przy takiej osobie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, by nie dać jej upaść głębiej – odsuwają się od niej, odrzucają ją, a często nawet żarliwie wypowiadają się o jej upadku – skazują ją na samotność w obliczu bezpośredniego ataku Bożego przeciwnika na jej życie. To najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić. Wierzę, że nadchodzą dni, w których chrześcijanie przyjmą wreszcie właściwą dla swojego autorytetu w Chrystusie pozycję i w sytuacjach rozdźwięku pomiędzy namaszczeniem a słabościami charakteru staną u boku osoby, która uwikłała się w problemy, mówiąc: „Zupełnie nie popieram tego, co zrobiłeś, ale nie licz na to, że cię w tym błędzie pozostawię. Będę przy tobie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo pragnę znów ujrzeć w tobie owoce działania Boga, a nie szatana. Nie spocznę, dopóki znów nie ujrzę cię w samym centrum Bożej woli dla twojego życia”. Gdybyśmy tylko jako wierzący ludzie czuli się bardziej za siebie nawzajem odpowiedzialni i reagowali na upadek drugiego człowieka w ten właśnie sposób. Iluż ludzi udałoby się przez taką szlachetność wydobyć z upadku.

Namaszczenie jest darem

By móc żyć prawdziwie zwycięskim, pełnym wolności i stałego duchowego wzrostu życiem, musimy przestać udowadniać sobie samym, że jesteśmy jeszcze zbyt słabi, zbyt niedoskonali, zbyt niedojrzali, by Bóg mógł nas namaścić swoim Duchem i użyć w służbie, która ukazuje Jego nadprzyrodzoną moc. Któż z nas będzie kiedykolwiek w stanie powiedzieć: „Tak, to ten moment, Panie. Ciężko pracowałem nad sobą przez całe swoje życie, by stać się godnym, wystarczająco doskonałym i dojrzałym, byś mógł mnie użyć. Teraz uważam, że śmiało możesz mnie namaścić, bo jestem wreszcie tego godny”. Absurd. Nigdy nie będziemy w stanie, patrząc Bogu prosto w oczy, powiedzieć, że zasłużyliśmy na Jego dar. Dar jest darem i zawsze nim pozostanie. Nie można na niego „zarobić” nawet najbardziej usilnymi staraniami.

Wspominam wszystkie te osoby, z którymi się modliłem i miałem zaszczyt oglądać, jak Bóg interweniuje w sposób nadprzyrodzony. Jak uzdrawia w jednej chwili to, co nieuleczalne. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że stało się to nie z powodu tego, kim jestem, ale z powodu tego, kim we mnie jest Bóg. Wszyscy jesteśmy jedynie kruchymi naczyniami, a tym, co ludzi wokół nas naprawdę przemienia, nie jest samo naczynie, lecz jego zawartość – Duch Święty.

Zabiegając o owoce

Wielu z nas jednak postawiło sprawę namaszczenia na głowie. Pragniemy namaszczenia, pragniemy darów Ducha Świętego. Marzymy o nich. Któż jednak goni za owocami Ducha z Listu do Galacjan (5:22)? Kto, kładąc się wieczorem do łóżka, potrafi rozmarzyć się nad tym, jak staje się cierpliwy, dobry, wierny, radosny, kochający, łagodny i pełen pokoju? Niewielu. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że odczuwamy bolesny zgrzyt za każdym razem, gdy czytamy ten werset. Uświadamia nam on nasze braki. Z jakiegoś powodu błędnie przyjęliśmy, że owoce Ducha Świętego to tak naprawdę owoce wierzącego, wypracowane samodyscypliną i silną wolą. Tymczasem te owoce, które łączą się z mocnym, czystym i prawym chrześcijańskim charakterem, są bezpośrednim rezultatem działania w nas Osoby, którą jest Duch Święty.

Dostrzeganie w sobie słabości to głos Ducha Świętego, który przyzywa nas do głębszej relacji z Nim

Dyscyplina w relacji

Czy to wszystko w takim razie oznacza, że możemy siedzieć z założonymi rękami w oczekiwaniu, aż staniemy się wreszcie cierpliwi, bo to w końcu sprawa Ducha Świętego, żeby nas takimi uczynić? Nic podobnego. Owoce Ducha są co prawda dziełem Boga w nas, ale na tyle obfitym, na ile obfita jest nasza osobista, codzienna, intymna relacja z Nim. Jak zatem możemy przypuszczać, że poradzimy sobie bez Ducha Świętego, pragnąc charakteru, który chce w nas ujrzeć Jezus? Musimy zrozumieć, że za każdym razem, gdy zawiedliśmy w jakiejś dziedzinie, kiedy dostrzegamy kolejną lub nadal tę samą słabość naszego charakteru, dzieje się to nie po to, byśmy spoglądali na siebie z coraz większą odrazą i powątpiewaniem. Nie po to również, byśmy pytali, czy kiedykolwiek będziemy nadawać się na Boże namaszczone naczynie. Dostrzeganie w sobie słabości to raczej głos Ducha Świętego, który przyzywa nas do głębszej relacji z Nim. To jak pokarm, którego możemy nie przyjąć wcale albo który możemy spożyć, nie przyswajając jednocześnie wszystkich wartościowych składników. Takie zaburzenia wchłaniania występują w wielu chorobach i zdarzają się również w sferze duchowej. Możemy zwyczajnie „nie przyswoić” tej prawdy: Bóg nie obnaża naszych braków po to, by nas upokorzyć, odsunąć od swojej obecności, lecz po to, by nas tym bardziej przyciągnąć do siebie i „przemieniać w innego człowieka”.

I charakter, i namaszczenie

Historia pokazuje nam, że namaszczenie Ducha Świętego nie zawsze szło w parze z mocnym i prawym charakterem. Bóg pragnie, byśmy nieśli Jego chwałę światu, który szuka odpowiedzi na nękające go pytania. W swoim miłosierdziu jednak Bóg nie składa na nas tak potężnej miary swojej chwały, jaką pragnąłby złożyć, ponieważ wie, że przy słabości naszego charakteru mogłoby to nas doprowadzić do upadku. Jeśli więc pragniemy potężnego Bożego działania w nas i przez nas, pielęgnujmy w sercu tę niezachwianą niczym pewność, że Bóg też tego pragnie. A potem dobrze wybierajmy: i charakter, i namaszczenie. Owoce i dary. Zabiegajmy o nie, żyjąc z Bogiem na co dzień. Tylko wówczas bowiem stwarzamy warunki, by rozkwitały w całej swej okazałości. Pamiętajmy, że Bóg potrafi uczynić znacznie więcej niż to, o czym rozmyślamy i marzymy, i znacznie więcej niż to wszystko, o co Go prosimy. Jest tylko jeden warunek. Staje się to proporcjonalnie do tego, na ile Jego moc może w nas działać (List do Efez. 3:20). To ekscytująca podróż!