Przyjechałam do Indii z organizacją studencką AIESEC, by uczyć miejscowe dzieci angielskiego. Trafiłam do małej, jak na warunki indyjskie, szkoły podstawowej i przedszkola w położonym u podnóża Himalajów mieście Czandigarh (znanym z tego, że zostało zaprojektowane w latach 50. XX wieku przez słynnego francuskiego architekta Le Corbusiera). Tu uczyłam angielskiej fonetyki dzieci w wieku 2–10 lat.
Wizja hollywoodzkich produkcji
Moja przełożona, Kavita, była pulchną, trzydziestoparoletnią kobietą z ciepłym i mądrym wyrazem twarzy. Zawsze dbała o swój wygląd, choć ubierała się skromnie. W powszednie dni zakładała salwar kamiz, strój nazywany w języku angielskim punjabi suit (długa bluzka i luźne spodnie), a w dni odświętne sari, których miała w szafie kilkadziesiąt. Zawsze rozmawiała ze mną spokojnie i z uśmiechem, a gdy zaprosiła mnie do siebie, nie szczędziła mi wszystkiego, co najlepsze.
Pewnego dnia, kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia, wezwała mnie do swojego gabinetu i zagadnęła niespodziewane: „Hania, chciałabym, żebyś powiedziała mi coś więcej o Bożym Narodzeniu. Opowiedz mi, proszę, historię narodzin dzieciątka Jezus. Czy elfy i św. Mikołaj były obecne w betlejemskiej stajence?”. Gdy zadała ostatnie pytanie, wcale nie pomyślałam, że to żart, chociaż nie ukrywałam zaskoczenia. Wyznawała hinduizm, wiedziałam, że chrześcijaństwo jest dla niej tylko kolorową mieszanką obrazków z telewizji, które znała głównie z hollywoodzkich produkcji.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Kavita zaproponowała, żebym pomogła jej w przygotowaniu akademii szkolnej z tej okazji – byłam prawdopodobnie jedyną chrześcijankę, którą znała. Boże Narodzenie jest w Indiach świętem państwowym, ale dla większości obywateli tego kraju to po prostu jeden z okresów, w których w sklepach pojawiają się nieco inne ozdoby. Z witryn wyglądają roześmiane i brzuchate podobizny św. Mikołaja. Kavita chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Poznać historię sprzed dwóch tysięcy lat, którą w XXI wieku wyparły z ludzkiej świadomości elfy i hojne prezenty. Zasypywała mnie więc pytaniami: Jakie inne zwierzęta oprócz osiołka, owieczki i krowy ogrzewały nowo narodzonego? Czy mysz też może brać udział w jasełkach? Szybko zdałam sobie sprawę, że niełatwo będzie opowiedzieć biblijną historię w tym odległym kraju, w którym ludzie tak niewiele wiedzą o Chrystusie i historii zbawienia. Czułam, że będzie to fascynująca możliwość pokazania innym istoty świąt narodzenia Pańskiego bez świeckiej otoczki, która je zdominowała: reniferów, elfów czy choinki. A dla mnie miał to być przełamujący rutynę sposób przeżycia tego wyjątkowego czasu.
Gdy kilkanaście dni później dzieci wystąpiły przed rodzicami i rówieśnikami, opowiadając historię narodzin Zbawiciela zaczerpniętą z Ewangelii św. Mateusza, nie z komercyjnych produkcji, przepełniała mnie duma z moich małych podopiecznych. Nie pomylili ani jednego słowa, choć tekst zawierał trudne i nieraz wyszukane słowa. Mówili z przejęciem i przekonaniem. Nikomu nie przeszkadzało, że Maria nosiła sari, a wokół żłóbka tłoczyły się nieco inne zwierzaki niż znane z tradycyjnych przekazów: królik, niedźwiedź i pancernik (notabene, były to jedyne kostiumy zwierząt, jakimi dysponowała lokalna wypożyczalnia strojów). Cieszyłam się wraz z miejscowym księdzem, który przyjął zaproszenie Kavity i siedział na honorowym miejscu, że Słowo Boże zabrzmiało w Wigilię Bożego Narodzenia w ustach małych, siedmio- i ośmioletnich hinduskich dzieci. Zadałam sobie sprawę, że sposób chwalenia Boga często nosi znamiona kultury, w której się wychowaliśmy, ale szczere serca wszędzie są takie same.
Dzień w Indiach
Każdy dzień w Indiach był nowym doświadczeniem duchowym. Wyjątkowe okazje, takie jak święta Bożego Narodzenia, podnosiły poziom mojej duchowej ekscytacji i stały się lekcjami, z których korzystam do dziś. Codzienność w Indiach była wypełniona zajęciami – pracą, spotkaniami z nowymi przyjaciółmi z Indii i całego świata – a podróżowanie w każdej wolnej chwili nie pozwalało mi się nudzić. W nawale nowych doświadczeń łatwo było zapomnieć o najważniejszym – o czasie dla Boga, który posłał mnie do Indii, w sobie wiadomym celu. Po to, żebym przekazała coś innym? Mam taką nadzieję. Po to, bym sama nauczyła się czegoś o Nim i o tym, jak działa w moim życiu? Z pewnością.
Jednak najważniejszą lekcją było pełniejsze zrozumienie, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. W każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji wspierał mnie i mi pomagał. Spotykałam ciepłych i wielkodusznych ludzi gotowych nieść pomoc w najmniej oczekiwanych miejscach, gdy samotnie podróżowałam po niebezpiecznych regionach. W praktyce poznałam, że zaufanie jest najważniejsze, a On o wszystko się zatroszczy – kilkakrotnie postawił na mojej drodze wyjątkowych ludzi, którzy udzielili mi noclegu, podzielili się ze mną jedzeniem, wskazali właściwą drogę, gdy myślałam, że się zgubiłam. Simranjeet, Kavita, Manpreet, drodzy nieznajomi z Kolumbii – dziękuję Panu, że pozwolił mi Was i innych spotkać.
Starałam się, by moja codzienna społeczność z Panem była taka jak w Polsce, by wypełniały ją podstawy – modlitwa i czytanie Słowa. Bóg odpowiadał mi w wyraźny, wręcz dosadny sposób. Pierwszego dnia mojego pobytu w Czandigarhu przeczytałam poniższy werset: A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność! (Ks. Jer. 29:7) Dziękuję, Panie, za to „wygnanie” do Indii!
Chrześcijaństwo w Indiach
Chrześcijaństwo zawitało do Indii wiele setek lat przed przybyciem europejskich kolonizatorów. Zgodnie z miejscowym podaniem, w 52 roku n.e. sam apostoł Tomasz zawędrował do Indii, by tam szerzyć wiarę w Chrystusa. Dziś wprawdzie podaje się to w wątpliwość i jedynie tzw. chrześcijanie św. Tomasza wierzą tym przekazom, jednak dzięki historycznym źródłom wiemy, że już co najmniej w IV wieku n.e. grupy chrześcijan zamieszkiwały zachodnie wybrzeże subkontynentu indyjskiego. Kolejną falą działalności misyjnej był okres Wielkich Odkryć, począwszy od XVI wieku. Z mniej lub bardziej szlachetnych pobudek kolonizatorzy, oprócz europejskiej kultury, krzewili chrześcijaństwo – w największych i najbardziej znanych koloniach (takich jak Bombaj, Goa, Koczin na zachodnim wybrzeżu i Madras czy Puducherry na wschodnim) szybko budowano okazałe kościoły i nieraz siłą nawracano miejscową ludność na nową religię. Wielu misjonarzy, w tym znana na całym świecie Matka Teresa, przybyło do tego znękanego głodem i chorobami kraju, by głosić Dobrą Nowinę. Dziś w Indiach mieszka około 24 milionów chrześcijan, co w kraju liczącym niemal 1 miliard 200 milionów mieszkańców daje niewielki udział 2,3% obywateli (dane na podstawie ogólnego spisu ludności z 2001 roku).
Módl się o…
Chrześcijaństwo narażone jest na problemy, jakich doświadczają diaspory chrześcijańskie na całym świecie. W większych indyjskich ośrodkach miejskich, w których poziom wykształcenia i rozwoju kulturowego jest wyższy, chrześcijan traktuje się przyjaźnie, ale życie chrześcijan mieszkających na prowincji jest dużo trudniejsze. To właśnie tam najczęściej cierpią oni prześladowania. Od wielu lat powtarzają się makabryczne przypadki masakr na społecznościach chrześcijańskich (ostatnia miała miejsce w 2008 roku w północno-wschodnim stanie Orisa, gdzie zginęło przypuszczalnie 90 chrześcijan). Niepokoi też nowa ustawa, wprowadzona dotąd w sześciu z 28 stanów Indii, tzw. prawo antykonwersyjne, które zmusza osoby chcące przyjąć nową religię do zarejestrowania swojej prośby w urzędzie – wnioski rzadko rozpatrywane są pozytywnie. W regionach tych dominuje Partia Ludowa BJP – bardzo ortodoksyjne ugrupowanie polityczne, propagujące skrajny nacjonalizm i faworyzujące hinduizm jako religię narodową. Choć prawo to jest niezgodne z indyjską konstytucją, która przyznaje obywatelom nieskrępowaną wolność religijną, brakuje konkretnych działań, które prowadziłyby do egzekwowania tej wolności. Zaledwie kilka tygodni temu, powołując się na prawo antykonwersyjne, aresztowano kilkunastu nowo nawróconych chrześcijan.