Przed sobą rozłożył połatany płaszcz, na który litościwi przechodnie rzucili kilka drobnych monet. Kiwając się miarowo w przód i w tył, wsłuchuje się w dobrze znane odgłosy. Tuż obok tętni życie, mija go strumień spieszących się ludzi. Wszyscy oni mają swoje ważne sprawy, zajęcia i wyzwania. Jego jedyne zajęcie to czekanie. Oczekiwanie na kolejny wieczór i kolejny poranek, każdy łudząco podobny do poprzedniego. Na parę groszy jałmużny. Życie w trybie przetrwania.
Powód poruszenia
W pewnej chwili, zanim słyszy to ktokolwiek inny, dociera do Bartymeusza poruszenie powietrza. Jest w nim coś wyjątkowego – jakby zapach, do którego zawsze tęsknił, lub dźwięk, którego długo wyczekiwał. Ślepiec zamiera w bezruchu i bezwiednie odwraca twarz w kierunku powiewu, gdy nagle tuż nad głową słyszy okrzyk. „Idzie, już idzie! Zaraz tu będzie!” – woła wysoki chłopięcy głos. Ktoś w pośpiechu potyka się o Bartymeusza, klnie pod nosem i biegnie dalej. „Poczekajcie. Kto idzie? Co się dzieje?” – woła ślepy Bartymeusz, macając powietrze przed sobą, ale nikt go nie słucha. W końcu udaje mu się usłyszeć, co jest powodem poruszenia. To Jezus z Nazaretu opuszcza miasto.
Bartymeusz zaciska dłonie na kolanach, aż bieleją mu kostki. Kropelki zimnego potu występują na czoło, nabrzmiałe żyły na szyi pulsują. „Jezusie, synu Dawida! Zmiłuj się nade mną!” – woła. W odpowiedzi słyszy jedynie zniecierpliwione syknięcia: „Ucisz się! Przestań!”. Do tej pory tak właśnie robił, ale nie tym razem. Nie tym razem. Ze zdziwieniem słyszy, jak z jego własnej zaciśniętej krtani wydobywa się narastający okrzyk: „Synu Dawida! Zmiłuj się nade mną!”. Myśli: Jeszcze raz, głośniej, On musi mnie usłyszeć! „Synu Dawida! Zmiłuj się nade mną!”. To moja jedyna szansa, nie powtórzy się już nigdy. „Synu Dawida! Mesjaszu, Wybrańcu, Wyzwolicielu, okaż mi miłosierdzie!”.
Ujrzeć o wiele więcej
Skąd ślepiec Bartymeusz wie, że mijający go cieśla z Nazaretu jest synem Dawida, oczekiwanym Mesjaszem, Królem królów i Panem panów? Skąd wie, że tylko w Nim cała jego nadzieja na uzdrowienie? Niewidomy, a widzi więcej niż otaczający go tłum zdrowych, normalnych ludzi.
Determinacja i upór zostają nagrodzone. Jezus przystaje, mówiąc: Zawołajcie go (Ew. Mar. 10:49). Trzęsąc się z przejęcia, żebrak odrzuca płaszcz, jedyne okrycie i cały swój majątek, i rusza przed siebie. Znajdują się dłonie podtrzymujące go i kierujące we właściwą stronę. Tłum rozstępuje się i Bartymeusz staje naprzeciw Jezusa. Całkiem jak poddany na audiencji u króla. Zapada cisza. Po chwili przerywa ją pytanie: Co chcesz, abym ci uczynił? (w. 51). Co za pytanie? Czy nie dość jasno widać, z jakim problemem przyszedł ten człowiek, czy Jezus tego nie dostrzega? Przecież to oczywiste! A jednak, z jakiegoś powodu, musi wybrzmieć odpowiedź: Mistrzu, abym przejrzał (w. 51). „Mistrzu, jestem ślepcem. Chcę zobaczyć świat. Ciebie. Pragnę zobaczyć też siebie, ludzi, którzy mnie mijają, drzewo, pod którym siedzę, miasto, w którym żyję”. Idź, wiara twoja uzdrowiła cię (w. 52). I wnet niewidomy odzyskał wzrok – mówi Pismo (zob. w. 52). Bartymeusza uzdrowiła wiara, że Ten, u którego szukał pomocy, Król królów i Pan panów, może uczynić wszystko – nawet dostrzec i uzdrowić pogardzanego żebraka.
Czytając tę historię, zawsze zastanawiałam się nad sensem pytania Jezusa. Co chcesz, abym ci uczynił? Skąd to pytanie? Co za pytanie? Wygląda na to, że zadawanie pytań to jeden z ulubionych sposobów Jezusa na nawiązywanie dialogu. On miał zawsze doskonałe wyczucie czasu, człowieka i sytuacji. Co mogło się zdarzyć, gdyby padła inna odpowiedź?
Nazwać po imieniu
„Co chcesz, abym ci uczynił?” – słyszę dzisiaj. Panie, czyżbyś nie wiedział, czego mi potrzeba? Dlaczego pytasz? Czyżbyś chciał dać mi szansę nazwania po imieniu tego, kim jestem przed Tobą i czego mi brak? Być może chcesz, żebym zobaczyła, jak dalece moje wyobrażenie o sobie samej i pragnienie bycia zawsze „niewinną i prawdziwą” odbiegają od rzeczywistości. Może potrzebuję uświadomić sobie, że bez Ciebie jestem bez szans na zobaczenie prawdy…
Nie liczę się tylko ja, mój punkt widzenia, moje dobro. Tak trudno jest nie widzieć tylko tego, co chcę zobaczyć, nie nakładać własnych filtrów, nie patrzeć ani przez czarne, ani przez różowe okulary. Co jestem gotowa pozostawić za sobą, żeby stanąć przed Nim i usłyszeć pytanie, na które każdy z nas sam musi odpowiedzieć: „Co chcesz, abym ci uczynił?”