Ostatnie kliknięcie i wiadomość wysłana! Dobrze, bo przecież termin nadesłania tekstu upływał tego dnia. Zdążyłam. Dosłownie i w przenośni „za pięć dwunasta”, gdyż zegar wskazywał 23.55. Nie lubię, wprost nie znoszę robienia czegokolwiek na ostatni moment, ale miałam tak dużo zajęć, że nie nadążałam ze wszystkim. Półżywa doczołgałam się do tapczanu w pokoju, bo do łóżka na piętrze chwilowo nie miałam siły. Czułam się – jak to się ładnie naukowo określa – wyczerpana psychofizycznie. A potocznie, byłam padnięta. Od wielogodzinnego siedzenia bolały mnie plecy, bo moja skolioza nie daje za wygraną. Zresztą dziś pogłębiającego się skrzywienia kręgosłupa nie mają chyba tylko noworodki. Głowa pękała mi od długiego, intensywnego myślenia, na dodatek w międzyczasie odebrałam kilkanaście telefonów (jak zbadali naukowcy, każda taka przerwa wybija nas z rytmu na 5-15 minut, więc w sumie co najmniej godzina z głowy). Trzy razy musiałam otworzyć komuś drzwi, załatwiając jakieś służbowe sprawy. Oprócz tego, znowu w międzyczasie (większość czynności wykonuję „w międzyczasie”), wrzuciłam pranie do pralki, ugotowałam zupę na dzień następny, zjadłam z rodziną kolację i rozwiesiłam pranie. Psychiczne i fizyczne napięcie spowodowało, że poczułam się, jakby moje baterie rozładowały się całkowicie. Nie miałam siły na nic.
NA MIEJSCA, GOTOWI…
Znacie takie uczucie? Przypuszczam, że aż za dobrze. Życie wielu z nas przypomina tytuł niemieckiego filmu „Biegnij, Lola, biegnij”. Jak tytułowa Lola, po prostu biegniemy przez całe życie. Szybko, szybciej i jeszcze szybciej… Życie nabrało takiego tempa, że mamy wrażenie, jakbyśmy nie nadążali za własnym życiorysem. Nawet nie wiemy, kiedy to się zaczęło. Od kilku czy kilkunastu lat świat ogarnia szaleństwo – bezwzględny wyścig szczurów zaczyna się nieraz już na oddziale położniczym. Matki wpadają wręcz w obsesję stymulowania swych dzieci, ledwie wydadzą one swój pierwszy krzyk, a może i wcześniej, w życiu płodowym. Oczywiście pobudzanie rozwoju dziecka poprzez różnorodne gry, zabawy edukacyjne czy czytanie mu książek jest niezwykle ważne. Basen – świetnie, kasety z muzyką czy tekstami w języku obcym – wspaniale.
NORMA SPOŁECZNA
Ale czy chcemy być kontrolowani przez modę na noszenie niemowlaków z jednych zajęć na drugie (mając w dodatku poczucie winy, że nasza sąsiadka robi w tym względzie o wiele więcej)? Oczekuje się, że współczesne sześciolatki powinny umieć już płynnie czytać i nieźle pisać, zaś mając 25 lat, powinniśmy mieć ukończone co najmniej dwa kierunki studiów i zdobyte pięcioletnie doświadczenie w pracy, znać trzy języki obce i mieć sporo odłożone na koncie emerytalnym.
W pracy z kolei mordercze współzawodnictwo nie pozwala udać się z czystym sumieniem na urlop. Dłuższa nieobecność oznaczałaby przeniesienie na mniej wymagające (czytaj: mniej płatne) stanowisko. Nadgodziny czy weekendowe dyżury stają się normą.
ZYSKUJĄC NA CZASIE?
Od rana do wieczora próbujemy zaoszczędzić trochę czasu na swój sposób: szampon z odżywką dwa w jednym (żeby nie płukać dwa razy), krem z peelingiem i żelem w jednym preparacie, którego nie musisz nakładać na 5 minut. Kawa rozpuszczalna jest dostępna już z cukrem i mlekiem, zupa „instant”, danie „w 5 minut”, ryż „błyskawiczny”… Wszystko bez gotowania, mieszania, parzenia i innych czasochłonnych czynności. Zyskujemy 23 minuty, więc szukamy dalej… Oglądamy wiadomości, prasując, i rozmawiamy przez telefon, robiąc makijaż. Byle szybciej, dalej, lepiej, więcej. Lewą ręką jedno, prawą ręką drugie. Gotując, piszemy e-maile. Pakując prezent urodzinowy dla męża, płacimy rachunki przez internet. Dzielnie spełniamy oczekiwania szefa, rodziny, przyjaciół, sąsiadów, współpracowników, a przede wszystkim… swoje własne. A na ból głowy, spowodowany tą obłędną gonitwą, mamy środki nie tylko mocne, ale i ultra, extra, max i forte, bo zwykłe tabletki już nie działają. Biegnij, Lola, biegnij…
Muszę jeszcze tyle zrobić… – wymieniamy w myślach czynności, bez których – jak się nam wydaje – świat przestanie się kręcić. A może wcale nie musisz? Może życie będzie płynąć dalej?
PRZESILENIE
Patrzę do skrzynki e-mailowej, a liczba oczekujących wiadomości mnie przeraża. Przecież niedawno robiłam porządek w korespondencji! Jak dawaliśmy sobie radę, gdy nie było internetu? Nawet mnie, choć do nastolatków nie należę, tamte czasy wydają się tak odległe jak epoka lodowcowa. Naukowcy obliczyli, że do człowieka w XVII wieku docierało w ciągu całego życia tyle informacji, ile zawiera jedno wydanie „Gazety Wyborczej”! A od lat 70. minionego wieku wyprodukowano więcej informacji niż przez ostatnie 5 tysięcy lat. Gdyby chcieć przestudiować dane naukowe z jednego tylko roku, potrzeba by na to 460 lat. Nic dziwnego, że nasze mózgi nie nadążają i przegrzewają się. Są przeciążone i zdezorientowane ciągłym dopływem informacji z internetu, telewizji, newsów, smsów, blogów, reklam, e-maili – zaczynają więc pracować w „trybie awaryjnym”. Badania lekarzy z University of London dowodzą, że praca w takim natłoku informacyjnym niszczy mózg nawet bardziej niż zażywanie narkotyków.
CAŁODOBOWA OBSŁUGA
Biegniemy coraz szybciej, dalej… Czasami, myjąc zęby, odnoszę wrażenie, że zaledwie przed momentem robiłam to samo. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to było wczoraj. A więc tak szybko minęła doba? Znowu za mną jeden dzień, którego nawet nie zauważyłam? Dlaczego życie tak szybko nam ucieka? Przecież pamiętam jeszcze czasy mojego dzieciństwa, gdy przebywałam często w domu dziadków. Zegar kuchenny głośnym tykaniem wolno odmierzał kolejne minuty. Czas ciągnął się leniwie, przed zapadnięciem zmroku nadchodziła tzw. szara godzina, cicho i powoli kończył się dzień. A dziś? Kto dostrzega zapadanie zmroku? Ledwo zauważamy zmiany pór roku za oknem, a co dopiero kolor nieba! Kolejne sylwestry nakładają się na siebie, a mała choinka w kącie na biurku stoi prawie do Wielkanocy, bo nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy przeleciało kilka miesięcy.
AKCJA-REAKCJA
Ale wszystko ma swoją cenę. Koszty są ogromne. Choruje nasza psychika, cierpi nasze zdrowie, rozpadają się relacje. Początkowo objawy fizyczne są z pozoru banalne: bóle głowy, kręgosłupa, żołądka, wysypka, puchnięcie nóg. Trudności z zaśnięciem, bo przed snem w naszym mózgu wirują myśli jak pranie w pralce. Słowo „stres” na trwałe wkradło się do naszego życia. Po kilku latach życia w takim ustawicznym napięciu pojawia się zniechęcenie, przewlekłe zmęczenie, wypalenie, wyczerpanie – czyli zaburzenia psychosomatyczne. Medycyna określa je jako zaburzenia nerwicowe, których przyczyną jest właśnie stres. Choroby psychosomatyczne – takie jak: wrzody układu pokarmowego, choroby układu krążenia, otyłość o podłożu psychosomatycznym, zaburzenia snu, migreny, zaburzenia łaknienia, zaburzenia wegetatywne – wszystkie są znakiem, że robimy więcej, niż możemy. Zawały przestały być chorobą dyrektorów i biznesmenów. A części zamiennych do naszego organizmu niestety kupić się nie da.
NA RATUNEK
Naprawiamy więc nadwątlone siły witaminami, minerałami, cudownymi mieszankami, genialnymi preparatami, środkami nasennymi wieczorem i pobudzającymi rano. Jak robot wielofunkcyjny: z narady na konferencję, po dzieci do szkoły, do fryzjera, do lekarza, na basen, do banku, do kuchni, po spotkaniu do sklepu całodobowego (bo inne już zamknięte), do teściów, do kościoła… Biegnij, Lola, biegnij… Zewsząd słyszymy, że brakuje nam dodatkowej godziny, że świat zwariował. A może to myśmy dali się zwariować? Może ktoś w końcu powie DOŚĆ?! Z czego zrezygnować, co odpuścić? Czy musimy spełnić wszelkie oczekiwania narzucane nam przez innych, a co gorsza przez siebie? Przecież świat się nie zawali, gdy nie pójdziemy kiedyś na urodziny cioci (choć owej cioci – i nam – może się tak wydawać), nie weźmiemy udziału w jakimś szkoleniu, konferencji, nie wyślemy kartek świątecznych, nie zaangażujemy się w nowy projekt.
ZMIANA MYŚLENIA
Jaka korzyść z tego, że ostatkiem sił zadowolimy kogoś, spełniając jego oczekiwanie, a zarazem przestanie nas cieszyć własne życie? Nie wszystkie okna zostały umyte na święta? Oczywiście, że szkoda, ale… czy to spowoduje, że świąt nie będzie? Nieodebrany telefon? Opuszczone spotkanie? To wszystko jest trudne, wywołuje poczucie winy, ale czasem niezbędne, by nie zgubić samego siebie. „Naucz się mówić NIE” – naciskają moje dzieci. „Ciało potrzebuje odpoczynku” – przypominają lekarze. Umysł dopomina się wyciszenia. „Przecież ja nie mam na to czasu! Muszę jeszcze tyle zrobić…” – wymieniamy w myślach czynności, bez których – jak się nam wydaje – świat przestanie się kręcić. A może wcale nie musisz? Może życie będzie płynąć dalej?
Taki wysiłek wywołuje poczucie wykorzystywania przez innych, żal za przemijającym życiem, wrażenie, że egzystencja nie ma sensu. Uczucia, w sytuacji stresowej spychane do podświadomości, i tak wyjdą na wierzch. Wybuchną jak uśpiony wulkan – frustracją, złością, agresją, zaburzeniami osobowości. Wtedy dopiero będziemy potrzebować specjalistycznej pomocy.
USPOKOIĆ DUSZĘ
A więc może czas powiedzieć DOŚĆ? Już nie biegnij, Lola. Powtórz za Psalmistą: Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę; jak dziecię odstawione od piersi u swej matki, tak we mnie spokojna jest dusza moja (Ps 131:2).
Spokój duszy, stan równowagi – czy to tylko mrzonka, marzenie minionej epoki, która już nie wróci? Uciszenia nie da się kupić za żadne pieniądze ani zdobyć najcięższą pracą. Prawdziwe wyciszenie jest bowiem jedynie następstwem przebywania w bliskości Boga. To zatrzymanie się i dostrzeżenie Jego obecności. Efekt skoncentrowania na Nim i uporządkowania priorytetów życiowych według Jego planu. On sam pokaże nam, z czego możemy zrezygnować. Uciszyłem i uspokoiłem mą duszę – chyba musimy odkrywać i przyswajać tę prawdę codziennie na nowo.
Zwolnij, Lola, zwolnij…