puchar-na-kocu-swiata

Puchar (na końcu) świata

Gdy ogłoszono, że kolejne Mistrzostwa Świata w piłce nożnej odbędą się w Południowej Afryce, była euforia i wielkie marzenia. Lata i miesiące przygotowań upłynęły w nadziei, że dzięki Mistrzostwom Świata uda się uleczyć poranione społeczeństwo, że przyjdzie przemiana i rozpocznie się nowy rozdział w historii całego kontynentu.

Oczekiwano, że to potężne przedsięwzięcie przyciągnie oczy całego świata i że ludzie po raz pierwszy prawdziwie usłyszą Afrykę. Pogrążone w bezrobociu 40% społeczeństwa (oficjalnie rząd przyznaje się do 25%) i miliony żyjące w skrajnym ubóstwie liczyły na odmianę swojego losu. Ofiary AIDS, handlu ludźmi, uchodźcy i nielegalni imigranci wierzyli, że ktoś się nad nimi pochyli. A już tylko zdecydowani optymiści marzyli o pojednaniu i pogrzebaniu rasizmu – największej choroby tego kraju. W Republice Południowej Afryki piłka nożna uważana jest za sport „czarnych”, przez co jest całkowicie niezrozumiała dla mieszkających tutaj „białych” miłośników rugby i fanów krykieta. Gorączka futbolowa nie ogarnęła więc całego społeczeństwa, a jedynie niektóre środowiska.

Realia

Niestety, tutejsze przygotowania do gry to nie tylko treningi, ale też czary – narodowa reprezentacja nie zapomniała złożyć na ofiarę zwierząt, przygotować amuletów, rzucić odpowiednich zaklęć. Gdy ucichły wuwuzele, wróciła codzienność ze starymi problemami. Przestępczość nadal jest, jaka była – może tylko światowe media zwróciły na nią większą uwagę. Obietnice rozwoju ekonomicznego skończyły się rozczarowaniem, bo wszystkie piłkarskie gadżety i tak zostały wyprodukowane w Chinach, a turystów przyjechało mniej niż się spodziewano. Nad wieloma miastami zawisła groźba ataków ksenofobicznych, wymierzonych w imigrantów z biedniejszych krajów Afryki. Pojawiły się ostre komentarze: „Tuż po Mistrzostwach rozprawimy się z wami!”. I tak okazało się znów, że piłka nożna nie jest w stanie uratować Południowej Afryki.

Ostateczny cel

Jednak patrząc wstecz na to wydarzenie, widzimy ewidentne Boże działanie i czujemy ogromną wdzięczność za wszystko, co On uczynił. Puchar Świata stał się znakomitym pretekstem, by zanieść ewangelię na ulice, do lokalnych mieszkańców i turystów, do biednych i bogatych. W siedzibie naszej organizacji misyjnej w Pretorii już od kilku miesięcy specjalny zespół misjonarzy przygotowywał „The Ultimate Goal Challenge” (w swobodnym tłumaczeniu – „Ostateczny Cel” lub „Decydująca Bramka”) – wielką ewangelizację zorganizowaną w porozumieniu z FIFA, z udziałem setek osób i wielu kościołów, rozsianych po całym kraju. Naszym zadaniem była obsługa medialna – fotograficzne i filmowe dokumentowanie wydarzeń – oraz odwiedzanie i wspieranie zespołów misyjnych. Nie raz zaskakiwały nas małe i wielkie cuda, których byliśmy świadkami.

Misjonarze

Pierwsze cztery dni spędziliśmy na konferencji, gdzie przygotowaliśmy i wyprawiliśmy w drogę kilkuosobowe zespoły, złożone z przeszło 200 ochotników z całego świata. Byliśmy poruszeni ich determinacją i gotowością do służby. Bob ze Szkocji wykazał się wielką kreatywnością w zdobywaniu finansów: przez pewien czas zapuszczał zarost, aby później obciąć brodę na specjalnej aukcji. Razem z kolegami pobił też rekord świata, grając w piłkę nożną 31 godzin bez przerwy.

Uczestnicy ewangelizacji to nie tylko ludzie młodzi – troje najstarszych miało po 68 lat, między innymi ciocia Regina. Ta siwa, energiczna, starsza pani nieprzerwanie od dziewięciu lat spędza kilka tygodni w roku poświęcając swoją wygodę i pieniądze, by nieść ewangelię razem z Operation Mobilisation. Ciocia Regina przyjechała na tę konferencję autobusem aż z Port Elizabeth – podróż zajęła jej kilkanaście godzin, w tym całą noc. Swoją skromnością, radością i dobrym nastawieniem zarażała dużo młodszych od niej misjonarzy. Szybko przyzwyczailiśmy się do spontanicznych tańców i uścisków w jej wykonaniu!

Wakacyjne Kluby Dziecięce

Wiele zespołów prowadzi każdego ranka zajęcia dla dzieci, bo w czasie MŚ szkoły nie pracują i maluchy nie mają się gdzie podziać. Dzieci mogą się bawić w bezpiecznym środowisku, śpiewać, słuchać historii biblijnych, dostają też ciepły posiłek. Niektóre zespoły opiekują się małymi grupkami i mogą dobrze poznać swoich podopiecznych, inni próbują ogarnąć tłum kilkuset rozrabiaków. Odwiedzając zespół działający w Hammanskraal – rozległych robotniczych slumsach – poznaliśmy Tatho. To dwuletni chłopczyk, który od pierwszego dnia był nie do upilnowania, nie wypowiedział żadnego słowa i nie reagował na polecenia, nie chciał się bawić z innymi dziećmi i robił wszystko na opak. Chłopiec przyszedł pierwszego dnia z poparzonymi palcami, rany były otwarte już od kilku dni. Misyjna pielęgniarka udzieliła mu pomocy. Odprowadzony wieczorem do domu, zachował się bardzo dziwnie – po kolejnych pożegnaniach wracał do kościoła, w którym pracowali misjonarze. W następnych dniach Thato zaczął uczestniczyć nie tylko w zajęciach dla dzieci, ale też w spotkaniach organizacyjnych i modlitewnych dla misjonarzy – towarzyszył im od świtu do późnej nocy. Wkrótce zaczął mówić, zaczął się też bawić i uśmiechać. W końcu poczuł się zupełnie bezpiecznie – zasnął słodko w ramionach jednej z misjonarek. Po tygodniu malec był całkowicie odmieniony okazaną mu miłością i zainteresowaniem. Bóg dotknął jego życia. Członkowie tamtejszego kościoła obiecali zatroszczyć się o chłopca. Całkowity brak zainteresowania ze strony rodziny tym malutkim Thato pozostawił jednak dziwny niepokój.

Choć ewangelizacja została starannie przygotowana i każdy miał swoje zadanie, Bóg działał znacznie szerzej i wspanialej, niż mogliśmy się spodziewać.

Dzieci w sąsiedztwie

Podobne zajęcia odbywały się kilkadziesiąt kilometrów dalej, lecz w zupełnie innym świecie – w dzielnicy ładnych domków i białych ludzi, którzy mają stałą pracę i dobre samochody. Do tradycyjnego reformowanego kościoła trafiło na całodniowe zajęcia mnóstwo dzieci, które nie miały do tej pory żadnej styczności z chrześcijaństwem. Ich zapracowani rodzice znaleźli w gazecie ogłoszenie o organizowanych przez misjonarzy zajęciach i potraktowali je jak bezpłatne kolonie.

To tutaj poznaliśmy ośmioletnią Jessicę. Po kilku dniach słuchania ewangelii przyszła porozmawiać z opiekunkami, prosząc, by pomogły jej rozpocząć życie z Jezusem. „Przemyślałam sobie to wszystko i bardzo pragnę, żeby Bóg żył w moim sercu. Czuję jakby On pukał do drzwi, ale nie wiem jak je otworzyć” – wyznała dziewczynka. Wspólna modlitwa przyniosła jej nieopisaną radość. Jeszcze tego samego dnia z dziecięcym entuzjazmem mówiła o Jezusie swoim niewierzącym rodzicom.

Nie jesteś na sprzedaż

W tym samym czasie w najniebezpieczniejszym parku Pretorii zaprzyjaźniona chrześcijańska organizacja zorganizowała festyn, trwający przez całe MŚ. Prócz zajęć plastycznych, warsztatów gry na bębnach i piłki nożnej na dużym ekranie, toczyły się tam rozmowy na trudne i ważne tematy. Nasi misjonarze prowadzili kampanię profilaktyczną na temat handlu ludźmi, pod hasłem „Nie jestem na sprzedaż”. Lokalizacja nie była przypadkowa – te rejony to węzeł transportowy w handlu ludźmi.. Mały namiocik stał się miejscem wielu budujących ewangelizacyjnych rozmów. Nawrócenie się dwóch młodych gangsterów było jednym z bardziej cudownych momentów tej akcji. Prócz profilaktyki, udało się też nawiązać kontakt z kilkoma ofiarami potwornego procederu. Niektóre wydostały się z niewoli i odbudowują swoje życie w chrześcijańskim ośrodku. Była tam 13-letnia dziewczynka, śmiertelnie przerażona, która została uprowadzona z domu przez znacznie starszego „wujka”. W tej sprawie nie udało się ustalić szczegółów ani przekonać jej, by szukała pomocy. Naszą nadzieją jest, że ta młodziutka osoba znajdzie pewnego dnia dość sił, by wybrać numer telefonu zapisany na wizytówce, którą dostała od misjonarzy.

Niebiańska muzyka

Choć ewangelizacja została starannie przygotowana i każdy miał swoje zadanie, Bóg działał znacznie szerzej i wspanialej, niż mogliśmy się spodziewać.
Suzanne, drobna Niemka w średnim wieku, przyleciała do RPA z marzeniem, by doświadczyć prawdziwej Afryki, zobaczyć ubogie slumsy, skonfrontować się z epidemią AIDS. Gdy została przydzielona do pracy ewangelizacyjnej w bogatej dzielnicy Johannesburga, przeżyła rozczarowanie. Szybko zrozumiała jednak, że to nie przypadek.

Suzanne jest flecistką, gra w niemieckiej filharmonii. Choć wzięła ze sobą instrument, nie planowała go używać w służbie. Jakże była zaskoczona, gdy okazało się, że gospodarz domu, w którym nocowała – Ian – również jest profesjonalnym muzykiem i… gra na flecie! Któregoś popołudnia zadzwonił telefon. Rodzina imigrantów z Zimbabwe poprosiła, by Ian odwiedził ich chore na białaczkę dziecko. Chłopiec był nie tylko słaby, ale też pogrążony w depresji i od wielu dni nie chciał wyjść z łóżka. Suzanne i Ian grali w jego skromnej sypialni wspaniałe utwory, które przyniosły chłopcu ukojenie, nadzieję i pozwoliły doświadczyć Bożej chwały. Tego popołudnia chłopiec nie tylko wstał, ale też śmiał się, modlił z misjonarzami i z całą swoją rodziną, a później przyjął ewangelię. Suzanne zrozumiała, że Boży plan był lepszy, niż jej własny.

Co po nas zostanie

Pięknie jest wnieść Boży powiew w miejsca pozbawione nadziei, ale dni biegły szybko i musieliśmy zadać sobie pytanie: „Co dalej?”. Chcemy widzieć zmiany, które będą trwać dłużej niż Mistrzostwa Świata – najlepiej całą wieczność! Dlatego wiele ewangelizacji przebiegało nietypowo. Misjonarze nie tylko prowadzili spotkania, ale jednocześnie szkolili lokalnych wierzących, by kontynuowali rozpoczętą pracę. W wielu miejscowościach są też chrześcijańskie kościoły, może trochę słabo zorganizowane, lecz przy odrobinie pomocy są w stanie zatroszczyć się o zaspokojenie potrzeb tam, gdzie są. Cudownie było widzieć, jak ostatniego dnia misjonarze obserwowali prowadzony program już tylko z ostatnich ławek.