System, w którym dorastamy
Niewielu z nas lubi być ocenianymi. Jeszcze bardziej nie lubimy, gdy ktoś nas ocenia negatywnie, krytykuje czy nawet tylko napomina. Naturalną reakcją w tej sytuacji jest obrona. Bronimy się, bo czujemy się zagrożeni, atakowani. Właściwie już jako dzieci mamy do czynienia z takimi okolicznościami. Smutną specyfiką polskiej kultury jest fakt, że ocenianie dla wielu oznacza to samo co krytykowanie i napominanie. W takim systemie, w takim podejściu dorastamy.
Przejdźmy się choćby na plac zabaw. Co usłyszymy? Rodzice upominają swoje dzieci częściej niż chwalą. I tak już zostaje, niezależnie od tego, ile pociechy mają lat. Krytykuje się małe dzieci: „Ale z ciebie niezdara! Czy ty się nigdy tego nie nauczysz?”, starsze: „No nie, na ciebie to nie można liczyć!”, a kiedy dorosną, schemat jest ten sam: „Taki stary, a taki głupi”.
Doświadczenia ze szkoły
Szkoła – jako nauczycielka muszę szczerze to przyznać – nastawiona jest na ciągłe ocenianie, a to pociąga za sobą krytykę. Jedynie w edukacji wczesnoszkolnej stosuje się różne naklejki – „zachętki” z hasłami: „Jestem z ciebie dumny”, „Brawo”, „Udało ci się”. W wypadku, gdy praca nie spełnia wymagań nauczyciela, przykleja się naklejkę: „Musisz jeszcze popracować” lub rysuje smutne słoneczko.
Jednak już w starszych klasach wpis nauczyciela pod zadaniem domowym rzadko zawiera elementy zachęty czy pochwały. Podobnie jest na studiach, a przecież tutaj szczególnie oczekiwalibyśmy słów, które zmobilizują i ukierunkują nasz rozwój. Pozytywne wzmocnienia w naszej edukacji są tak rzadkie, że przez wiele lat, jak skarb, przechowujemy w pamięci każde słowo pochwały, każdą zachętę rodzica, nauczyciela czy wykładowcy.
Przez wiele lat, jak skarb, przechowujemy w pamięci każde słowo pochwały
Wszyscy i wszystkich?
Kolejny etap w naszym życiu, czyli praca zawodowa, również rzadko obfituje w elementy motywujące pozytywnie. Pochwalić młodego pracownika? Przecież on nic nie umie. Łatwiej go zganić. I tak przekaz pokoleniowo-kulturowy ciągnie się dalej. Krytykowani przez rodziców, nauczycieli, zwierzchników, sami wyrastamy na krytycznych pracowników, małżonków, rodziców, konsumentów, pacjentów. Żony krytykują mężów, mężowie ganią żony, w dodatku robią to często publicznie. Szefowie wytykają błędy pracownikom – zazwyczaj w większym gronie. Pracownicy krytykują szefów – najchętniej na forum, ale tak, by szef nie słyszał. Parafianie oceniają i krytykują księży, pacjenci lekarzy, wyborcy polityków, sprzedawcy klientów.
Niedawno rozmawiałam z człowiekiem, który od roku jest prezesem dużej korporacji. Stwierdził z bólem, że w jego firmie niewielu pracowników potrafi powiedzieć coś pozytywnego o innym dziale. Dział wydawnictwa krytykuje sekcję socjalną, osoby z promocji lekceważąco wypowiadają się o dziale produkcji. Pracownicy centrali dyskredytują tych z filii na prowincji. Oczywiście każdy jest przekonany o swojej nieomylności i racji.
To już nawet nie jest krytykowanie, a krytykanctwo wszystkiego i wszystkich. Dlatego słysząc słowo „ocena”, dostajemy gęsiej skórki. Boimy się krytyki tak bardzo, że poproszenie kompetentnej osoby: „Spójrz, czy dobrze to zrobiłam” budzi nasz wewnętrzny sprzeciw i ogromne obawy.
Konstruktywna krytyka
Jak wielki wpływ ma ta tendencja na całe społeczeństwo, widać także w polskim tłumaczeniu Biblii. Pamiętam moje zaskoczenie, gdy odkryliśmy to na pewnym spotkaniu, w którym uczestniczyły osoby z Polski i USA. Czytaliśmy werset z Listu do Kolosan: Słowo Chrystusowe niech mieszka w was obficie; we wszelkiej mądrości nauczajcie i napominajcie jedni drugich przez psalmy, hymny, pieśni duchowne, wdzięcznie śpiewając Bogu w sercach waszych (List do Kol. 3:16). W tłumaczeniu polskim występuje tu słowo „napominać”, natomiast w tekście angielskim został użyty wyraz „zachęcać”. Myślę, że różnica ta nie występuje jedynie na poziomie leksykalnym, bo wspomniane słowo w języku greckim jest wieloznaczne, ale także w podejściu do drugiego człowieka.
Jeden z tłumaczy biblijnych zaproponował takie objaśnienie słowa użytego w oryginale: „Najpierw trzeba kogoś nauczyć, potem zachęcić, aby to wykonywał. Jeśli celowo zrobi inaczej, napomnieć, a jeśli, czyniąc to, został zraniony i zniechęcony przez innych, pocieszyć i zachęcić do trwania w tym, czego się nauczył”.
Bo przecież ocena nie musi być postrzegana jako negatywna krytyka, lecz jako wartościowanie, opiniowanie, recenzowanie. Spojrzenie krytyczne nie musi oznaczać niszczenia kogoś, ale zwrócenie uwagi na to, co należałoby w jego pracy czy zachowaniu poprawić.
Jakbyś podawał płaszcz…
Ze zdziwieniem patrzyłam kiedyś na wpisy w książkach, szczególnie autorów amerykańskich, w których dziękują oni wielu osobom, które przeczytały rękopis i wniosły wiele cennych uwag do tekstu. Jeśli autor jest tym osobom tak wdzięczny, że wymienia ich nazwiska, oznacza to, że nie pogrążały go, mówiąc, że książka jest słaba, ale podpowiedziały, co może zrobić, by jego dzieło było jeszcze lepsze. Jakże to obce naszej mentalności…
Oczywiście, każdy człowiek popełnia błędy, każdy się myli, robi czasem coś niewłaściwego, jednak zwrócić mu uwagę czy korygować jego postępowanie można na wiele sposobów. Można ośmieszyć, zniechęcić, ale można też zastosować krytykę konstruktywną, która charakteryzuje się tym, że przedstawia także sposób rozwiązania problemu. Niedawno usłyszałam pewne mądre zdanie: „Jeśli krytykujesz, rób to tak elegancko, jakbyś podawał płaszcz, a nie rzucał mokrą ścierką”.
Czy łatwo to zrobić? Zapewne nie, bo raczej nikt nas tego nie uczył. O wiele łatwiej powiedzieć pracownikowi czy studentowi: „Oj, marnie. Spodziewałem się po tobie czegoś więcej” niż pokazać konkretnie, co powinien poprawić. Jak mówią specjaliści, konstruktywna krytyka jest trudniejsza do wyrażenia niż zwykła, ale jeśli stosuje się ją na przykład w firmie, zazwyczaj powoduje ograniczenie uwag. Jednak i w tym wypadku zawsze powinna to być dyskusja o problemie, a nie ocena osoby, która popełniła błąd.
…A nie rzucał mokrą ścierką
Krytykowanie kogoś w obecności innych osób bardzo rzadko przynosi pozytywne efekty. Żadną miarą nie da się takiej krytyki nazwać konstruktywną. Wręcz przeciwnie, wywołuje to poczucie skrzywdzenia, upokorzenia i budzi niechęć wobec tego, kto nas tak traktuje. Musimy bowiem pamiętać, co jest celem wyrażania opinii: czy chcemy zwrócić uwagę na błędy, zachęcić do lepszego działania czy też ośmieszyć i pognębić. Jeśli to drugie, to publiczna krytyka będzie świetnym narzędziem – podobnie „subtelnym” jak „rzucanie w kogoś mokrą ścierką”.
Praktycznie każdy z nas jest zarówno „podwładnym”, jak i „przełożonym”. Niezależnie od tego, czy jesteśmy rodzicami, dorosłymi dziećmi czy prezesami wielkiej korporacji, zasady pozytywnej, konstruktywnej krytyki dotyczą nas wszystkich. Jak mówi pewna mądra księga: Łagodna odpowiedź uśmierza gniew, lecz przykre słowo wywołuje złość (Przyp. Sal. 15:1). Pamiętajmy zatem, że jeśli już musimy wypowiedzieć opinię o kimś lub go napomnieć, zróbmy to tak elegancko, jakbyśmy „podawali mu płaszcz”. A jeszcze lepiej – jak najczęściej zachęcajmy, wyrażajmy uznanie i inspirujmy. To naprawdę działa skuteczniej.
Krytyka może być konstruktywna, choć dla wielu z nas brzmi to wręcz absurdalnie. Jednak, aby taką się stała, musi spełniać kilka warunków:
- Nigdy nie wolno oceniać osoby, a jedynie jej zachowanie. Jeśli na przykład uczeń napisze fatalnie klasówkę, nauczyciel nie może stwierdzić: „Jesteś beznadziejnym przypadkiem, nigdy nie nauczysz się tej tabliczki mnożenia”. Powinien raczej powiedzieć: „Powtarzaj tabliczkę mnożenia, a ja będę tak długo robił ci sprawdziany, aż się jej nauczysz”.
- Krytykowanie czy ocenianie powinno mieć na celu zawsze wyłącznie poprawę postępowania danej osoby, zachęcenie jej, a nie jej upokorzenie czy wykazanie, jaka jest niemądra. Jeśli pracownik przygotuje jakiś projekt, wypowiedź szefa: „To się nadaje tylko do kosza” jest wyłącznie sposobem na udowodnienie wyższości przełożonego i poniżenie pracownika.
- Osoba wyrażająca krytykę powinna wskazać, jak należy poprawić błędy. Wymienienie słabych punktów daje szansę zarówno na poprawę zadania, jak i na rozwój ucznia czy pracownika. Jednak to wymaga od nas o wiele więcej wysiłku i mądrości – czy stać nas na to?