zamiana-rol
Lidia Czyż

Zamiana ról

Styl życia
Musimy w swoim życiu nauczyć się zarówno dawania, jak i brania. Dawania miłości, otaczania swoich dzieci troską i opieką, ale musimy przygotować się również do tego, że kiedyś sami możemy tej opieki potrzebować. Musimy nauczyć nasze dzieci miłości, by umiały ofiarować ją innym. Musimy wpajać wrażliwość na potrzeby ludzi wokół. A najlepiej uczyć je poprzez własny przykład: ofiarowując swoim dzieciom – lecz także swoim starzejącym się rodzicom czy dziadkom – miłość i wrażliwość.

Patrzyła z czułością na maleństwo śpiące w łóżeczku. Jak kruche i drobne jest ciałko małego dziecka – pomyślała, biorąc na ręce obudzoną, roześmianą córeczkę.
– Chodź skarbie, obiadek czeka. Jeszcze tylko zmienimy pieluszkę.
– Chodź skarbie, obiadek czeka. Jeszcze tylko zmienimy pieluszkę.
– Jedzie pociąg do tunelu, jedzie…– cierpliwie karmiła ją łyżeczką, wymyślając nowe zabawy. Nie zawsze przynosiły rezultat, bo dziewczynka, jak to dziecko, grymasiła, nie chciała jeść zupki i pluła sałatką. – Jedz kochanie, bo chcemy iść na spacer – zachęcała mama. Ubrała córeczkę w śliczny, maleńki zielony płaszczyk, pomogła zapiąć guziki, bowiem, choć dziewczynka stale wołała: „Ja sama, ja sama” – niezbyt jej to wychodziło. Zawiązała małej buciki i wzięła za rączkę. Poszły na plac zabaw do parku, bo dwulatka przepadała za towarzystwem rówieśników. Usiadła na ławce i z wielką radością spoglądała na bawiącą się córeczkę. – Kocham cię – powiedziała do umorusanej dziewczynki, która przybiegła, żeby dać jej buzi i sprawdzić, czy mama zanadto się nie oddaliła.

Patrzyła z czułością na kobietę leżącą w łóżku. „Jak kruche i drobne może być ciało dorosłego człowieka” – pomyślała, pomagając starszej pani podnieść się i wstać z łóżka.
– Chodź mamusiu, obiad czeka. Jeszcze tylko zmienimy pieluchę. Wiem, że tego nie lubisz, ale musimy ją założyć.
– Jeszcze jedną łyżkę, proszę… – cierpliwie karmiła ją łyżeczką. Nie zawsze prośby przynosiły rezultaty, bo mama grymasiła, nie chciała jeść zupy i pluła sałatką. – Jedz, proszę, bo chcemy iść na spacer – zachęcała córka.
Ubrała mamę w mocno już sfatygowany zielony płaszcz, pomogła jej zapiąć guziki, bo choć mama stale powtarzała: „Sama to zrobię, nie jestem dzieckiem” – niezbyt jej to wychodziło. Zawiązała starszej pani buty i wzięła ją pod rękę. Poszły na plac zabaw do parku, bo mama przepadała za towarzystwem małych dzieci. Usiadły na ławce i przypatrywały się bawiącym się maluchom. Nagle mała, umorusana dziewczynka podbiegła do kobiety siedzącej na sąsiedniej ławce.
– Kocham cię, córeczko – młoda kobieta pochyliła się nad swoją pociechą, która przybiegła, by dać jej buziaka i sprawdzić, czy mama nie oddaliła się zanadto.
Obie chwilę siedziały w milczeniu, patrząc na ten słodki widok.
– Kocham cię, córeczko – powiedziała starsza pani. I były to pierwsze od kilku dni świadomie wypowiedziane przez nią słowa.

Znacie pojęcie sandwicza, czyli wielowarstwowej kanapki? Pochodzę właśnie z takiej sandwiczowej, wielowarstwowej rodziny, w której równocześnie żyły cztery, a nawet pięć generacji kobiet. W takich rodzinach można wiele się nauczyć, zaobserwować i doświadczyć. Jestem gdzieś pośrodku naszego rodzinnego sandwicza: mam 91-letnią babcię, która wymaga od kilku lat stałej opieki, energiczną, pełną życia mamusię, mam też prawie dorosłą córkę. Kolejne warstwy sandwicza przesuwają się do góry. Wydaje mi się, że to było niedawno, gdy babcia robiła mi śniadania. Teraz te śniadania przygotowują dla niej jej dzieci. Jeszcze niedawno – takie mam wrażenie – moja mamusia uczyła mnie gotowania, teraz ja uczę ją odbierania smsów i pisania na komputerze. Jeszcze niedawno – tak mi się wydaje – uczyłam moją małą córeczkę czytać, teraz ona pokazuje mi, jak obsługiwać aparat cyfrowy. Jeszcze niedawno…

Wydaje się, że wszystko to miało miejsce niedawno. Lecz czas biegnie i powoli dokonuje się zamiana ról. Nieubłagalny, nieustający rytm przekazywania życia nowemu pokoleniu. Rodzice i dzieci. Jest w tym cyklu niesamowita siła i potencjał dany przez Boga. Ta, która jeszcze niedawno była dzieckiem, otoczonym opieką i troską swej matki, po kilkudziesięciu latach może stać się jej opiekunką.

Czy łatwo zamienić się rolami?

Odwiedziłam niedawno razem z przyjaciółkami 86-letnią przybraną ciocię, bardzo już schorowaną, którą opiekuje się jej córka z rodziną.
– Mam się dobrze – mówiła starsza pani – tylko martwię się, że Asieńka musi się mną opiekować. Czasami nawet musi mi pomóc umyć się i ubrać.
– Mamusiu, ja wcale nie muszę. Ja chcę! – wtrąciła córka.
Zamianę ról niełatwo zaakceptować, bo często w rzeczywistości branie jest trudniejsze od dawania. Konieczność korzystania z opieki rodzi poczucie, że jest się ciężarem dla innych.
– Dla mnie problemem nie jest opieka nad mamusią, ale przekonanie jej, że robię to chętnie – powiedziała Asia.

Jak mówić o nieuchronności przemijania w epoce medialnego terroru młodości i urody? W czasach, gdy życiową podstawą jest dobra zabawa? A jednak jest wokół coraz więcej osób starszych. Wiele z tych osób jest sprawnych i dynamicznych: 76-letnia pani prowadzi aptekę, jej rówieśniczka uczy niemieckiego. Lecz wielu jest także dotkniętych bardzo poważnymi dolegliwościami: chorobą Alzheimera, Parkinsona, demencją. Niełatwo jest patrzeć, jak elegancka, wysportowana nauczycielka z biegiem czasu przestaje rozpoznawać własnego męża czy dzieci. Jeszcze trudniej, czasem wręcz bardzo trudno, jest opiekować się taką osobą w domu. Konieczność bezustannego czuwania, pomocy w karmieniu, myciu się i ubieraniu wymaga ogromnego wysiłku psychicznego i fizycznego. Matka, która tak niedawno prowadziła dziecko za rękę, teraz sama potrzebuje, by dziecko podtrzymało ją na spacerze czy w drodze do łazienki. Ta, która gotowała kaszkę i budyń, teraz potrzebuje, by dla niej ugotować coś lekkostrawnego. Ona, która karmiła dziecko łyżeczką, teraz sama wymaga karmienia. Mija kilkadziesiąt lat i następuje całkowita zamiana ról. „Nie chciałbym tego dożyć” – wzdycha wielu. Słyszałam niedawno wypowiedź pewnej seniorki: „Jestem niezadowolona, że mam już 80 lat. Chciałabym zostać sprawna i młoda!”.

Bóg tak to zaplanował – abyśmy pozostali wiecznie młodzi. Jednak ten wspaniały plan stworzenia został zepsuty przez grzech i upadek człowieka. I dopóki będzie trwało życie na ziemi, ten cykl życia będzie się powtarzał. Matki będą wychowywały pokolenia swoich córek, które w przyszłości przejmą tę samą rolę i urodzą dzieci, lecz często staną się także „matkami swoich matek”. Ich córki, które w międzyczasie urodzą swoje dzieci, po kilkudziesięciu latach także będą potrzebowały opieki… rytm się powtarza. W tym cyklu, pomimo nieodwołalności przemijania, która nie napawa nas optymizmem, kryje się niesamowita moc. Dobroć i miłość ofiarowane nam przez matkę możemy jej kiedyś zwrócić. Nasze dzieci będą mogły zwrócić ją nam. A ich dzieci…

Musimy w swoim życiu nauczyć się zarówno dawania, jak i brania. Dawania miłości, otaczania swoich dzieci troską i opieką, ale musimy przygotować się również do tego, że kiedyś sami możemy tej opieki potrzebować. Musimy nauczyć nasze dzieci miłości, by umiały ofiarować ją innym. Musimy wpajać wrażliwość na potrzeby ludzi wokół. A najlepiej uczyć je poprzez własny przykład: ofiarowując swoim dzieciom – lecz także swoim starzejącym się rodzicom czy dziadkom – miłość i wrażliwość. Taka „wielowarstwowa rodzinna kanapka” może niezwykle ubogacić. Nikt z nas nie chce się starzeć, utożsamiając to z fizyczną czy psychiczną niedołężnością, a jednak starotestamentowy psalm uczy, że zasadzeni w domu Pańskim… jeszcze w starości przynoszą owoc, są w pełni sił i świeżości ( Psalm 92).

Z odwiedzin u wspomnianej wcześniej cioci wyszłyśmy prawie o północy, bo cierpi ona na bezsenność i cieszyła się, że noc szybciej jej minie. Ciocia żywo interesuje się wszystkim, co się dzieje, jest bystra i pogodna. My wyszłyśmy od niej zachęcone i radosne. Ciocia nie ma już sił wyjść z domu o własnych siłach, ale nadal wykorzystuje swoje umiejętności: tłumaczy z niemieckiego, a w ciągu dnia i nieprzespanych nocy modli się o innych. Jest jedną z tych wspaniałych starszych osób zasadzonych w domu Pańskim: fizycznie słabych, ale duchowo pełnych sił i świeżości. Często razem z mężem potrzebują pomocy przy podstawowych codziennych czynnościach, ale w rzeczywistości sami wykonują niezwykłą pracę: modlą się za swoje rodziny, przyjaciół i sąsiadów. I to jest ten najpiękniejszy owoc, o którym wspomina Biblia.