problemy-sprowokowane
Lidia Czyż

Problemy sprowokowane

Styl życia
Usłyszałam niedawno radiową zapowiedź. Dotyczyła ona wydania historycznej książki na temat powodzi w dolinie Odry, które występowały na przestrzeni wieków. Temat bez wątpienia fascynujący, ale, bądźmy szczerzy, tylko dla garstki pasjonatów. Dla większości ludzi nie jest on interesujący na tyle, by przedzierać się przez wiele stron naukowego opracowania. Zaintrygowało mnie jednak główne przesłanie tego dzieła.

Okazuje się, że na terenach wokół Opola powodzie występowały wielokrotnie, a nawet regularnie, co kilkadziesiąt lat, praktycznie zawsze. A na pewno od czasów, gdy zaczęto ten fakt odnotowywać. Powodzie były w tym miejscu zjawiskiem normalnym. Natomiast katastrofalnym stały się z powodu tego, że… ludzie zaczęli się osiedlać na niewłaściwych terenach. Wydawało im się, że pokonają siłę żywiołu. Czy dziwi nas to, że to żywioł pokonał ich?

Zalewani problemami

Jaka to trafna alegoria naszego życia. Zalewani problemami, jak wodami powodziowymi, czujemy się pokonani i zniechęceni. Jednak to nie samo życie i okoliczności są nieprzyjazne czy niesprawiedliwe. Stają się one takie bardzo często na skutek naszych złych wyborów. To my sami nieraz podejmujemy błędne decyzje o „osiedleniu się na niewłaściwej ziemi”. Sami decydujemy, gdzie zamieszkamy, z kim będziemy się przyjaźnić, w jakim towarzystwie będziemy się obracać. Decydujemy, czy będziemy żyć uczciwie czy będziemy oszukiwać. Co będziemy mówić, a o czym będziemy milczeć. Na co będziemy patrzeć, a kiedy będziemy odwracać wzrok. Ileż „powodzi” w naszym życiu spowodowanych jest tym, że to my sami „osiedliliśmy się na niewłaściwym terenie”.

Bóg w Piśmie Świętym dał nam jasne wskazówki na temat tego, co jest dobre, a co złe. Jakie rzeczy powinniśmy robić, a jakich unikać. W jakim kierunku biec. A my? Ileż razy robimy dokładnie odwrotnie, a potem dziwimy się, że przeżywamy „powódź stulecia”. Może nawet kolejną w naszym życiu…

Decyzje i skutki

W kategoriach jednostki można to porównać z tragedią, jaka rozegrała się na Dolnym Śląsku w 1997 r. Ból, strach, dramaty tysięcy ludzi. Wszystko to spowodowane – jak się okazuje – nie rekordowymi opadami, ale… ludzką nieodpowiedzialnością i brakiem wyobraźni. Pomimo że były to z pozoru piękne okolice, nie nadawały się do zasiedlenia. Ignorancja i bezmyślność wobec praw natury sprowokowały kataklizm.

Podobne sytuacje można obserwować także w górach. Zdarza się, że ktoś pochodzący z miasta zostaje zauroczony pięknym zboczem, z jeszcze piękniejszym widokiem. Nie zastanawia się, dlaczego do tej pory nikt nie osiedlił się w tym miejscu. Dopiero po wybudowaniu wspaniałego domu jego właściciel poznaje odpowiedź na pytanie, którego sam sobie nie zadał. Urocza polana w sezonie wiatrów halnych staje się główną trakcją zawieruchy, która potrafi wyrywać całe drzewa wraz z korzeniami. To poważne zagrożenie nie tylko dla domu, ale i dla życia jego mieszkańców.

Mądrze wybrać

Czy my nie postępujemy podobnie? Może też prowokujemy kataklizmy w swoim życiu? Dzieje się tak, kiedy ignorujemy Boże instrukcje, kiedy nie słuchamy Bożych zasad, kiedy nie stosujemy się do nich. Księga Przypowieści Salomona ostrzega nas, opisując skutki takiej postawy. Wtedy sami musimy spożywać owoc swojego postępowania i sycić się swoimi radami (Przyp. Sal. 1:31). Może właśnie z tego powodu jesteśmy zniechęceni, zmęczeni, pozbawieni radości? Czasem też zestresowani, rozgoryczeni, zgorzkniali albo smutni. Dokładnie tacy jak wielu ludzi, których widujemy w autobusach, w sklepach, na przystankach, w kolejkach do lekarza. Czasem przygnębienie i stres ogarniają ludzi do tego stopnia, że okazywanie radości wydaje im się czymś niewłaściwym. A gdy ktoś jest uśmiechnięty? Przecież to nie pasuje do światowego kryzysu. Ktoś nie narzeka? Pomyślimy: tak, temu to się powodzi, a my mamy wieczne problemy finansowe. Ktoś okazuje życzliwość? Zapewne ma w tym ukryty interes: pewnie chce nas o coś prosić. Wydaje się nam, że o wiele normalniej jest gderać, marudzić i krytykować.

W poszukiwaniu przyczyn

Co może wpływać na taki stan rzeczy? W tym zabieganym życiu jesteśmy przemęczeni, często także permanentnie niewyspani. Przeważnie mamy mnóstwo pracy i po prostu nie nadążamy ze wszystkimi obowiązkami. Sama to dobrze znam. Choć zaledwie trzy tygodnie temu wróciłam z urlopu, czuję się zmęczona i zestresowana. Biegnę, nie mogąc zrobić nawet tego, co pilne, nie mówiąc o tym, co ważne. Większość ludzi wokół mnie dotyka ta sama przypadłość. Kolega, który ma warsztat samochodowy, opowiadał mi, iż bywa tak zmęczony pracą, że gdy któregoś wieczoru modlił się z dziećmi, zamknął oczy i rozpoczął modlitwę słowami: „Serwis silników, słucham…”.

Zatrzymać się i posłuchać

Zastanawiam się, czy to okoliczności zmuszają nas do takiego biegu życia czy też my sami narzucamy sobie zbyt szybkie tempo. Coraz częściej nie jesteśmy w stanie tego wytrzymać. Stres nas pożera i paraliżuje. Niejednokrotnie powoduje zaburzenia psychiczne i somatyczne. Jak sobie z tym radzić? Jak wysiąść z pociągu, który pędzi z tak oszałamiającą szybkością? Moje dorosłe już dzieci wielokrotnie powtarzają: „Mamuś, sama sobie narzucasz takie tempo, a potem jesteś przemęczona”. Ja zaprzeczam, argumentuję, że… (tu podaję mnóstwo niebłahych powodów). Wydaje mi się, że nie mogę powiedzieć: nie. Faktycznie, czasem nie mogę. Ale są także rzeczy, których nie muszę robić, które mnie nadmiernie stresują i prowadzą do wyczerpania. Może rzeczywiście często „osiedlam się na niewłaściwej ziemi”? Wtedy nie powinnam się dziwić, jeśli „zalewają mnie wody”. Powinnam bardziej słuchać Bożych wskazówek. Wyciszyć się. Zatrzymać.

Bóg obiecał, że nas ochroni. Nawet gdy będziemy przechodzić przez wody, On będzie z nami. Gdy pójdziemy przez rzeki, nie zaleją nas i nie zniszczą (zob. Ks. Izaj. 43:2). Jednak z całą pewnością my sami także nie powinniśmy tych kataklizmów prowokować. Powinniśmy nauczyć się stale pytać Boga, jaka „ziemia” jest tą najwłaściwszą właśnie dla nas. Chciejmy naprawdę się wsłuchiwać, by usłyszeć Jego głos.