przebaczenie-lekarstwo
Alina Wieja

Przebaczenie. Lekarstwo dla zranionej duszy i dla całej rodziny

Relacje
Tym razem kolacja wigilijna przypadała w domu Magdy. Sama myśl o uroczystości przyprawiała ją o skurcze żołądka, a wszystkie złe doświadczenia z przeszłości osaczały jej myśli i emocje. W minionym roku święta spędzili w domu brata męża, a rok wcześniej gościli ich teściowie. Bez względu na miejsce świętowania wszystkim zarządzała teściowa: pilnowała tradycyjnego porządku zasiadania przy stole, kolejności potraw wigilijnych i całego programu wigilijnej kolacji. Był w nim ujęty czas na składanie życzeń, dzielenia się opłatkiem, a potem rozpakowywania prezentów, wcześniej ułożonych pod pięknie ustrojoną choinką.

Dla Magdy najtrudniejszym momentem było zawsze składanie życzeń wszystkim uczestnikom świątecznej kolacji. Nie potrafiła spojrzeć głęboko w oczy teściowej czy szwagierki po kolejnym roku nagromadzonych zranień, poczucia krzywdy i niewypowiedzianych pretensji. Żaden konflikt nie kończył się słowami pojednania: „Wybacz mi” lub „Przepraszam”. Każdy kolejny rok tylko dodawał nowych urazów, poczucia żalu i odrzucenia oraz tłumionego gniewu. Wiedziała, że nie spełnia oczekiwań rodziny i czuła się wśród nich coraz gorzej.

Cierpienie zranionej duszy

Zranienia duszy dotykają najbardziej emocji i dlatego tak bardzo bolą. Poczucie krzywdy pali jak ogień, bo nie może się wydostać na zewnątrz. Każda konfrontacja, próba rozmowy, stawianie granic kończyły się zawsze tak samo: odwróceniem problemu, w którym to teściowa obrażała się i odgrywała rolę ofiary. Z tymi sytuacjami Magda nie potrafiła sobie poradzić. Nie był w stanie pomóc jej mąż, od którego zaczęła się także odsuwać. Wiedziała, że ją kocha, ale z roku na rok tak wiele z jego zachowań zaczęło przypominać reakcje jego matki.

Zranienia i krzywdy towarzyszyły jej w codziennym życiu, odkąd pamięta. Najpierw jej własna matka, świadomie czy nieświadomie, zadawała wiele bólu jej dziecięcej duszy. Te wszystkie zranienia Magda wkładała do niewidzialnego plecaka, który stawał się coraz większy i cięższy. Był tam też żal do biernego ojca, a także do teścia oraz męża, że jako mężczyźni nigdy nie stanęli w jej obronie. Ten plecak zaczął jej ciążyć do tego stopnia, że żyła coraz bardziej przygnieciona tą sytuacją. Wyraz jej twarzy też zaczął się zmieniać. Był na niej wymalowany ból i smutek. Izolowała się od ludzi, aby uniknąć nowych zranień. Coraz częściej też docierała do niej świadomość, że coś z tym musi zrobić. Wiedziała, że w taki sposób nie da rady dalej żyć.

Próby naprawiania sytuacji

Zaczęła uczyć się swoich emocji. Nie tylko rozpoznawać narastający gniew, żal i własne mechanizmy obronne, ale także umiejętnie wyrażać te pojawiające się w niej emocje. Odkrywała, że w pewnych sytuacjach może powiedzieć „nie”, nawet jeżeli nie było to dobrze przyjęte czy zrozumiane. Uczyła się też mówić „tak”, kiedy mogła wybrać to, co uważała za dobre w danej sytuacji. To nie był łatwy proces, ale bardzo pomocny i uwalniający. Powoli uczyła się, jak nie dokładać do tego plecaka nowych zranień i krzywd. Efekty stawały się widoczne, ale ciągle nie znosiły tej niewidzialnej bariery, która była pomiędzy nią a teściową i resztą rodziny.

Myśląc jednak o nadchodzących świętach, była przerażona tym, że będzie musiała stanąć naprzeciw każdego z członków rodziny, że będą musieli spojrzeć sobie w oczy.

Stare zranienia stawały się dla niej samej usprawiedliwieniem dla tego typu nastawienia. Lubiła się na nie powoływać, oskarżając za wszystko mamę, teściową, a nawet dalszych przodków. Odkrywała coraz więcej zadanych jej krzywd, które zaczęła skrupulatnie pielęgnować. Pod wpływem porad i poradników postanowiła sama przejmować kontrolę nad tym, co przeżywa i nad różnymi sytuacjami. Jednak próby stawiania na swoim jeszcze bardziej pogłębiały nie tylko konflikty, ale oddalały szanse na osiągnięcie porozumienia z bliskimi. Sama asertywność tworzyła jeszcze większą przepaść i wewnętrzną izolację. Wypracowała wprawdzie sztuczny uśmiech, zdawkowe miłe odpowiedzi, ale to nie na wiele się zdało. Niemal straciła nadzieję, że cokolwiek może się zmienić. I tak było aż do momentu, kiedy usłyszała, że warto przebaczyć.

Kiedy dwa pierwsze kroki: przejęcie kontroli nad własnymi emocjami i praca nad budowaniem dobrych, zdrowych granic wydawały się bardziej realne i atrakcyjne, to ten trzeci krok, przebaczenie, wydawał się abstrakcją poza zasięgiem jej ludzkich możliwości. Jak można, ot tak sobie, przebaczyć te wszystkie lata upokarzania, poniżania i odrzucenia?

Aby przebaczyć krzywdzicielowi, trzeba to przebaczenie najpierw samemu przyjąć od osoby, która daje prawdziwe przebaczenie. Tą osobą jest Jezus Chrystus

W niewoli ludzi i przeszłości

Zranienie duszy powstaje w każdej sytuacji, kiedy inny człowiek ma nad nami przewagę i stwarza taki układ, w którym nie potrafimy obronić siebie. Brak nam tych najważniejszych elementów: poczucia bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości oraz możliwości wpływu na zmianę sytuacji, a to tylko wzmacnia poczucie poniżenia i krzywdy.

W takim stanie pielęgnowanie zranień staje się najczęściej sposobem pozornego panowania nad sytuacją. W efekcie takiego wyboru przerzucamy odpowiedzialność za cały swój ból odrzucenia i porażki na rodziców, teściów, przełożonych w pracy, a także na wcześniejsze pokolenia. Dochodzi do tego, że w każdej sytuacji, kiedy sami zrobimy coś niewłaściwego, włączamy ten niewłaściwy mechanizm obronny: szukamy winnych poza sobą. Nie widzimy już własnych błędów, jedynie doszukujemy się sprawcy. Nie wchodzimy w przestrzeń własnej odpowiedzialności i możliwości odbudowania relacji, lecz biernie pozostajemy w miejscu bycia ofiarą. To rozwija w człowieku jeden z najgorszych mechanizmów, który rozpoczął się już w raju. Jest to mechanizm ciągłego obwiniania innych za wszystkie własne niepowodzenia i porażki.

Jest wiele terapii, które tak naprawdę bazują na ciągłym wyszukiwaniu sprawców zranień, czyli wszystkich winnych, poza sobą. Wiele tego typu koncepcji, w tym i niestety chrześcijańskich, znajduje coraz więcej zwolenników właśnie ze względu na przeniesienie całkowitej odpowiedzialności za swoje złe wybory na innych: na rodziców, przodków, środowisko, kościół, państwo. Ta teoria nie ma źródła w Bogu. Na tej koncepcji opierali swoje teorie twórcy komunizmu, gdzie, mówiąc w wielkim uproszczeniu, nie jednostka, a środowisko było wszystkiemu winne.

To nie neguje kwestii tego, co czynią sprawcy przemocy, ani realności przenoszenia grzechów pokoleniowych na następne pokolenia. To nie zdejmuje automatycznie winy z osób, które zadają ból, czynią zło czy są krzywdzicielami w pełnym tego słowa znaczeniu. Pozostanie w miejscu ofiary i oskarżyciela innych jednocześnie nie wprowadza nas jednak w żadne lepsze miejsce. Wręcz odwrotnie, czyni z nas potencjalnie jeszcze większych krzywdzicieli i sprawców dalszej przemocy psychicznej, fizycznej czy duchowej w stosunku do innych. Zranieni i nieuleczeni zawsze jeszcze mocniej ranią innych. Dokładnie taki mechanizm rozwinął się w umyśle Magdy. Obarczyła wcześniejsze pokolenia odpowiedzialnością za każde swoje niepowodzenie. Nie tylko teściowa była wszystkiemu winna. Własną matkę postrzegała jako sprawcę zranień i pierwszego największego krzywdziciela. W efekcie, zupełnie nieświadomie, stała się niewolnicą teściowej i matki, a także więźniem dramatycznej przeszłości swoich przodków.

Droga do wolności

W takiej sytuacji trzeba zmierzyć się z prawdą o przeszłości. Ale nie można w tej przeszłości pozostać i stać się jej niewolnikiem. Musimy zrobić jej inwentaryzację – po to, żeby wyjść z tego strasznego więzienia skonstruowanego ze zranień i braku przebaczenia.

Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy prawdę o ludziach, sytuacjach, nawet tę najbardziej trudną, połączymy z przebaczeniem. Dla wielu osób to połączenie wydaje się niemal niemożliwe. Najczęściej pojawia się wtedy pytanie: „Jak można przebaczyć to wszystko, co ktoś mi zrobił?”. Gdy zbliżamy się do tego miejsca, momentalnie wyświetla się w naszym umyśle długa lista zranień i krzywd. Można ją za każdym razem jeszcze bardziej wzmocnić i karmić nią swoje emocje. Ale jak długo to czynimy, pozostajemy w więzieniu, które ma coraz grubsze mury. Pod wpływem zranień i krzywd żyjemy w zgorzknieniu, z całym ciężkim bagażem przeszłości.

Jest jednak inna droga. Droga do wolności. Można sięgnąć po niezwykły prezent: wybrać, by przebaczyć, i otworzyć się na cud przebaczenia. Bo przebaczenie jest cudem. Jest czymś po ludzku niemożliwym. Jest prezentem od Boga, nie tylko dla sprawcy, ale przede wszystkim dla tych, którzy doznali krzywdy czy urazy.

Aby przebaczyć krzywdzicielowi, trzeba to przebaczenie najpierw samemu przyjąć od osoby, która daje prawdziwe przebaczenie. Tą osobą jest Jezus Chrystus, który przebaczył każdy grzech każdemu człowiekowi. Ale ten prezent otrzymują tylko ci, którzy osobiście o to poproszą i z wiarą przyjmą. Kiedy sami poprosimy o przebaczenie każdego naszego grzechu, tego, co złego zrobiliśmy też innym, otrzymujemy niezwykłą moc, by przebaczać tym, którzy nam zadali ból. I wtedy dzieje się coś naprawdę niezwykłego: to z nas spada ten ciężki plecak zranień i krzywd. A my stajemy się wolni, bo przebaczeniem uwolniliśmy naszych dłużników.

Uwolnienie dłużników

Czy przebaczenie jest negowaniem prawdy o tym, co się wydarzyło? Nie. Czy jest zapomnieniem? Nie. Jest wyborem, by przyjąć to, co daje nam miłujący Bóg. On wie, jak bardzo tego potrzebujemy. On wie, że ten akt przemieni nas z ofiary w córkę samego Boga, wyprowadzi z więzienia zranień na prawdziwą wolność. Kiedy Bóg coś przebacza, gwarantuje, że tego nigdy już nie wspomni. I zabrania komukolwiek to wypominać czy wracać do tego, co wymazał przebaczeniem. Nie zabiera wszystkich konsekwencji popełnionych czynów, ale zdejmuje z nas balast, ten ciężki plecak, który przyginał nasze życie do ziemi. Przebaczenie innym w mocy tego, co uczynił dla nas Jezus, jest najwspanialszym prezentem, jaki możemy sobie sprawić.

Tak stało się w przypadku Magdy. Najpierw poprosiła Boga, by On przebaczył jej własne niewłaściwe reakcje, zagniewanie, użalanie się nad sobą. A potem po kolei wymieniała kolejne osoby i wypowiadała słowa o potężnej mocy: „Wybaczam mojej mamie, wybaczam ojcu, wybaczam moim przodkom, mojej teściowej, szwagierce… Od tej chwili nie czynię ich już odpowiedzialnymi za moje życie i moje wybory. Są wolni od długu wobec mnie. Błogosławię ich Bożą miłością, której sama doświadczyłam”. Po tych słowach wypowiedzianych szczerze i z ufnością, Magda wiedziała, że jakiś wielki ciężar spadł z jej barków, a niebo się nad nią otworzyło.

Uwierzyła, że te nadchodzące święta będą zupełnie inne. Że będzie mogła szczerze wypowiedzieć prosto z serca prawdziwe życzenia i spojrzeć głęboko w oczy każdej osobie w rodzinie. W tej modlitwie przebaczenia raz na zawsze wszystkie zranienia zostały zabrane przez samego Boga, który już nigdy ich z powrotem na nią nie włoży! Bóg obiecał, że oddali je jak wschód od zachodu. W momencie kolejnej próby nie będzie już sama. Mieszka w niej Duch Święty, który daje jej nową ochronę przed każdym zranieniem. Od Bożej obecności w nas odbija się każda zniewaga i wraca tam, skąd została wysłana. Dzięki Niemu wyjście z więzienia przeszłości jest możliwe.