przymierze-czy-kontrakt
Tomasz Bogowski

Ludzie przymierza czy kontraktu?

Bliżej Boga
Te dwa słowa, przymierze i kontrakt, bardzo często brzmią w naszych uszach jako jedno zamienne pojęcie. Pierwsze brzmi trochę bardziej archaicznie, drugie biznesowo, nowocześnie. Nie są one jednak tożsame, szczególnie jeśli przyjrzymy się im bliżej przez pryzmat życia z Bogiem. Dziś jako chrześcijanie mamy wybór, czy być ludźmi kontraktu czy przymierza. Różnica wydaje się minimalna, w istocie jednak jest diametralna. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu obu pojęć, samodzielnie decydując o tym, co jest bardziej właściwe.

Różnica pomiędzy przymierzem a kontraktem

Jaka jest różnica pomiędzy kontraktem a przymierzem? Ten pierwszy jest umową pomiędzy dwoma podmiotami uznającymi się za równorzędne. Zobowiązują się one do wzajemnej pomocy, świadczeń, sprzedaży itd. Co znamienne, kontrakt jest w pełni negocjowalny. Jeśli jedna ze stron nie jest zadowolona z jego warunków, przy stole negocjacyjnym siedzi się tak długo, aż osiągnie się konsensus. Ci z nas, którzy prowadzą własne firmy, doskonale wiedzą, o co chodzi. Prowadzenie negocjacji i nieustępliwość są dziś niejako wyznacznikiem dobrego biznesmena. Podpisując kontrakt, obie strony dochodzą do pewnej zgody, deklarują to na piśmie i starają się rzetelnie dotrzymać warunków umowy.

Inaczej ma się rzecz z przymierzem. Najlepszym przykładem jest przymierze Boga z Izraelem. To również jest umowa, ale już nie pomiędzy równorzędnymi partnerami. Ten większy, silniejszy, bardziej wpływowy proponuje mniejszemu i słabszemu pewien układ. Nie można go negocjować, można go tylko przyjąć lub odrzucić. Bóg zobowiązuje się chronić swój lud, zaopatrywać, przebywać z nim, a w zamian nie oczekuje nic poza… wiernością temu przymierzu. Dla nas, żyjących dziś „ludzi kontraktu”, nie jest to takie oczywiste.

Mam wrażenie, że traktujemy Boga bardziej jak biznesowego partnera. Widać to często w sytuacjach podbramkowych, gdy ludzie wołają: „Boże, uratuj mnie, a zrobię, oddam, zmienię” itp. Takie targowanie się z Bogiem ma miejsce, kiedy nie uświadamiamy sobie, że Bóg nie potrzebuje naszych ofiar, obietnic czy poświęceń. On po prostu chce być z nami. Nie działa również umowa: „Boże, to ja od dziś rzucę palenie, a w zamian, proszę, uzdrów moją babcię”.

Nie do końca jesteśmy winni takiemu postrzeganiu sprawy. Żyjemy w świecie, który wszystko chce mieć na piśmie, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z datą i czytelnym podpisem. Tak po prostu nauczyliśmy się funkcjonować, a przez to zasady z codziennego życia przenosimy na relację z Bogiem.

Co zatem zrobić, żeby z człowieka kontraktu stać się człowiekiem przymierza?

Być może najlepiej będzie wyjść z własną inicjatywą przymierza jako jego silniejsza strona. Może to być opieka nad ubogą rodziną, samotnym dzieckiem czy osobą przywiązaną do łóżka przez chorobę. Bardzo szybko będziemy w stanie zrozumieć, że ktoś taki nie ma nam nic do zaoferowania. Co więcej, nawet nie na miejscu byłoby oczekiwanie czegokolwiek w zamian za naszą pomoc. Gdyby jednak zdarzyło się, że pomimo okazania dobrego serca, drugiej stronie takiego przymierza brak wdzięczności, albo nawet gorzkie słowa padłyby pod naszym adresem, moglibyśmy chociaż trochę zrozumieć Boże oczekiwania i rozczarowania względem nas, ludzi.

Niewdzięczność boli bardziej niż cokolwiek innego. Jeśli boli to nas, to rani także Boga, który przecież w swojej łasce błogosławi nam każdego dnia. Być człowiekiem przymierza, to być wiernym. Tylko tego, jak sądzę, Bóg od nas oczekuje. Nie możemy przecież zaoferować Mu nic więcej, a przynajmniej nic takiego, co mogłoby zmienić naszą pozycję wyjściową względem Niego. On jednak nadal chce wejść z nami w układ i nie oczekuje w zamian wiele. Jeśli dotąd wydawało nam się, że aby rozpocząć życie z Bogiem, musimy mieć coś do zaoferowania, to dziś chciałbym, abyśmy zrozumieli, że On chce nas takimi, jacy jesteśmy. To wszystko. Jeśli jeszcze nie zawarłeś z Bogiem przymierza, zrób to i ciesz się dobrodziejstwem, które z takiego układu wypływa. To jedyne przymierze z wieczną gwarancją niezawodności.