kocham-nie-znaczy-pozwalam
Lidia Czyż

Kocham – nie znaczy pozwalam

Rodzice – dzieci
Wiele rozmów toczących się w pokojach nauczycielskich dotyczy zachowania uczniów. Nauczyciele wymieniają się kolejnymi sposobami na utrzymanie dyscypliny. Dlaczego tak się dzieje? Szukamy z koleżankami odpowiedzi w literaturze fachowej, na szkoleniach i konferencjach. I odkrywamy, że nawet prasa propagująca skrajnie liberalny punkt widzenia zaczyna nawoływać: Stawiajmy dzieciom granice! Zabraniajmy im! Mówmy dzieciom „nie”!
  • Siedmioletnia Majka uczestniczy grzecznie w zajęciach przez trzy dni, potem zaczyna skakać po klasie, wiesza się na szafkach, wychodzi w czasie zajęć bez pytania, z przerwy wraca ostatnia, biega po szkolnej piwnicy. „Co się dzieje?” – zastanawia się nauczycielka. „To pani nie wie? Majka była postrachem przedszkola, do którego uczęszczała przez trzy lata. Wszystkie nauczycielki odetchnęły, gdy wreszcie poszła do szkoły”.
  • Jedna z nauczycielek opowiada, że jej trzyletnia córka, Julka, ma dwie prababcie i czasem zostaje pod ich opieką. Obie prababcie są jeszcze w dobrej kondycji fizycznej i bardzo chętnie spędzają czas z prawnuczką. Tylko że u jednej Julka jest bardzo niegrzeczna. „Nie kocham cię!” – mówi zdecydowanie, gdy coś się jej nie podoba i wychodzi. „Ależ Juleczko, zostań” – prosi babcia i pozwala prawnusi na nieakceptowane wcześniej zachowanie. U drugiej prababci Julka jest grzeczna, bo za takie zachowanie babcia ją karci.
  • Sześcioletni Artur codziennie zaczepia kolegów, wyrywa im zabawki, biega po sali w czasie zajęć, krzyczy. Rozmowy nauczycielki z mamą nie przynoszą rezultatu. Matka reaguje wręcz z oburzeniem: „To co ja mam zrobić?!”. Gdy Artur został uderzony przez jednego z kolegów, mama grozi obdukcją lekarską. Po usilnych prośbach wreszcie zgadza się na badanie w poradni psychologiczno-pedagogicznej, ale pani psycholog po kilku spotkaniach poddaje się, stwierdzając, że nie widzi możliwości współpracy z… matką. Rodzice często usprawiedliwiają zachowanie swego dziecka: „On taki już jest”, „Ona ma taki temperament”.
  • „Nie mogłabym być nauczycielką” – wzdycha wiele moich koleżanek. Większość nauczycieli naprawdę lubi swój zawód i kocha pracę z dziećmi. Jednak czują się oni bezradni, widząc, że kolejne roczniki zachowują się coraz gorzej. A jeszcze bardziej bezsilne są dzieci, jeśli nie potrafią porozumieć się z rodzicami.
  • Podczas pikniku szkolnego nauczycielka rozmawia z jednym z ojców. W tym momencie podchodzi jego synek i chce coś tacie powiedzieć. Ponieważ tata nie reaguje od razu, Kamil uderza go po głowie piłeczką, którą ma w ręce. „Kamilku, poczekaj” – mówi tata, chcąc dokończyć rozmowę. Kamil uderza ponownie, i jeszcze raz, i jeszcze.
  • Czas nagli, występ na uroczystości szkolnej już za kilka dni, a Jaś siedzi odwrócony plecami, gdy pozostałe dzieci recytują swoje wierszyki. „Jasiu, dlaczego tak siedzisz?” – pyta cicho nauczycielka. „Bo nie mam nastroju i nic mi nie możesz kazać!” – odparowuje z obrażoną miną chłopiec.

Napominanie, wychowywanie, karność, dyscyplina to pojęcia, które w ostatnich czasach nie są raczej popularne. Zastępuje się je ideami „bezstresowego wychowania”, „dawania dziecku prawa wyboru”, „partnerskiego traktowania”, „traktowania wyborów dziecka z szacunkiem”. Tego typu wychowanie ma być podstawą dobrego odnalezienia się dziecka we współczesnym świecie, gdzie liczy się przebojowość i przedsiębiorczość. Przychodzą zatem do przedszkola czy szkoły dzieci wychowane „bezstresowo”, co w praktyce oznacza zupełny brak zasad i granic.

Jednak wytyczanie dzieciom jasno określonych zasad i ustanawianie granic nie powoduje u dzieci żadnego stresu. Wręcz przeciwnie, jak udowadniają psychologowie i psychoterapeuci, właśnie zasady i granice dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Dzieci nie mają jeszcze doświadczenia życiowego, często nie potrafią przewidzieć konsekwencji swojego postępowania, reagują pod wpływem emocji, dlatego potrzebują jasno wytyczonych punktów orientacyjnych. A rodzice coraz rzadziej takie punkty wyznaczają. Dlaczego? Powodów jest zapewne kilka.

Czasu nic nie zastąpi

Przyczyna pierwsza – brak czasu. Od młodych rodziców świat obecnie wymaga tak wielu ról do spełnienia, że naprawdę trudno im znaleźć czas dla dziecka. Obowiązujący model nakazuje powrót matki do pracy zaraz po zakończeniu urlopu macierzyńskiego, a najlepiej jeszcze wcześniej. Zapowiedzi prowadzenia polityki prorodzinnej pozostają w sferze obietnic, a większość kobiet, by nie stracić etatu, musi godzić pracę zawodową z wychowaniem dzieci.

W ustawicznej gonitwie między przedszkolem, szkołą, pracą, sklepem i wizytami u lekarza brakuje rodzicom cierpliwości, by poświęcić czas dzieciom. Zmęczeni i zestresowani pracą pozwalają im często na wszystko dla chwili spokoju. A pod pojęciem „wszystko” najczęściej kryje się siedzenie godzinami przy komputerze lub przed telewizorem. Niestety, to nie są odpowiedni wychowawcy.

Wytyczanie dzieciom jasno określonych zasad i ustanawianie granic nie powoduje u dzieci żadnego stresu. Wręcz przeciwnie, jak udowadniają psychologowie i psychoterapeuci, właśnie zasady i granice dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji

Nie traktuj dziecka jak kumpla

Przyczyna druga – rodzice pozwalają dzieciom na wiele, bo chcą być fajnymi rodzicami. Dlatego traktują dzieci jak kumpli. Partnersko, jak osobę na swoim poziomie. Jednak – jak podkreślają specjaliści – dziecko może być partnerem dorosłego tylko w dziedzinie okazywania uczuć. Rodzic kocha dziecko – dziecko kocha rodzica. W pozostałych sferach życia – im mniejsze dziecko, w tym mniejszym stopniu może być partnerem matki, ojca, dziadków czy nauczycieli.

To rodzic ustala zasady panujące w domu: godziny pójścia spać, ilość czasu spędzanego przy komputerze, konieczność odrabiania zadań domowych, grzeczne odnoszenie się do starszych. Wiele dzieci będzie próbowało te zasady naruszyć, ale tylko w tym celu, by sprawdzić, na ile im pozwolą rodzice. Jeśli rodzice będą chcieli grać rolę kumpli, szybko ze swoich zasad zrezygnują, a dziecko będzie stale przesuwać granice. Stare powiedzenie „Daj komuś palec, a weźmie całą rękę” sprawdza się tutaj doskonale.

Jeśli rodzic czy nauczyciel nie będzie konsekwentnie wymagał przestrzegania zasad, dziecko prawdopodobnie będzie „wychowywało” rodzica. Ale możemy być pewni, że żadna ze stron na tym nie zyska. Rodzic straci, bo kiedy tylko jego dziecko pójdzie na plac zabaw, do przedszkola czy szkoły, będzie słyszał, że jest niezdyscyplinowane, niegrzeczne, nieposłuszne. A to oznacza niełatwe relacje z innymi rodzicami i nauczycielami.

Jednak traci także dziecko, ponieważ trudno mu będzie nawiązać więzi z rówieśnikami. Niełatwo lubić koleżankę czy kolegę, który uważa, że mu wszystko wolno, który reaguje agresywnie, krzykiem czy siłą próbuje przeforsować swoją wolę. Dziecku wychowanemu „bezstresowo” brak treningu w umiejętności ustępowania, przegrywania. Rzadko będzie zadowolone z kontaktów z rówieśnikami, także w dorosłym życiu.

Kochaj, ale ustalaj zasady

Po trzecie – problemem staje się źle rozumiana miłość. Obecnie wiele mówi się o kochaniu dzieci i potrzebie okazywania im miłości. Obecnie, po kilkudziesięciu powojennych latach, kiedy to wiele osób nie umiało okazywać swoim dzieciom uczuć, większość rodziców zdaje sobie sprawę, że dziecko potrzebuje być kochane i akceptowane, i tę miłość okazują mu na wiele sposobów. To świetna tendencja, jednak niestety nie zawsze wdrażana we właściwy sposób.

Bo „kocham” to nie znaczy „pozwalam na wszystko”. Kochać nie znaczy ulegać żądaniom dziecka, spełniać wszystkie jego zachcianki. Kochać to często znaczy zakazać (dla dobra dziecka!), być stanowczym i konsekwentnym w egzekwowaniu reguł. Bo tylko dziecko, które ma jasno ustalone granice, czuje się pewnie i bezpiecznie.

Przecież i my, dorośli, chcemy jasnych zasad, np. w płaceniu podatków. Jeśli reguły dotyczące podatków zmieniają się co roku, a ulgi, jakie mieliśmy, zostają zniesione, czujemy się zdezorientowani, zdenerwowani, a nierzadko wręcz wściekli. Podobnie i dziecko: „Jak to, dlaczego dzisiaj nie mogę grać dłużej na komputerze, skoro wczoraj mi pozwoliłeś?!”. Maluch, który nie potrafi jeszcze panować nad emocjami, wpada w histerię, wymusza zmianę decyzji wrzaskiem i tupaniem.

Supermetody znane nie od dzisiaj

Dużą popularnością cieszą się wśród rodziców programy telewizyjne pokazujące supernianie, które pomagają rodzicom mającym problemy z wychowaniem dzieci. Osobiście bardzo żałuję, że nie było takich audycji, gdy moje dzieci były małe, bo zapewne uniknęłabym wielu błędów, które popełniłam. Dlaczego telewizyjne nianie są tak popularne? Czy odkrywają jakieś supermetody, znają magiczne przepisy na wychowanie cud-dziecka? Nie. One aż do bólu (rodziców) podkreślają to, co było podstawą wychowania od wieków: kochaj, ale ustal zasady. Jasne zasady, które będziesz konsekwentnie egzekwować.

Czy to coś nowego? Przecież o tym można było przeczytać już kilka tysięcy lat temu w Biblii: Rózga i karcenie dają mądrość, lecz nieposłuszny chłopiec przynosi wstyd swojej matce (Przyp. Sal. 29:15). A wy, ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu dzieci swoich, lecz napominajcie i wychowujcie je w karności, dla Pana (List do Efez. 6:4).

Czy pomimo upływu czasu nie brzmi to naprawdę aktualnie? Przekonujemy się, że choć warunki życia, a przez to i wychowywania dzieci, zmieniły się diametralnie od czasów biblijnych, zalecenia dotyczące dobrego wychowania pozostają te same. Obyśmy byli na tyle mądrymi rodzicami, by zastosować je w praktyce.