Duchowe Mont Blanc - Radosław Siewniak
Radosław Siewniak

Duchowe Mont Blanc cz. I

Bliżej Boga
Zamierzaliśmy zdobyć Mont Blanc, najwyższy szczyt Europy. W 2011 r. z powodu załamania pogody musieliśmy zawrócić do domu. Po czterech latach, w innym składzie, wyszliśmy na szczyt. Tym razem trafiliśmy na cudowne okienko pogodowe. Warunki praktycznie bezwietrzne. W drodze i na samej górze przeszywająca cisza przerywana odgłosem wbijanych w śnieg raków i oddechem. „Głos delikatnej ciszy”, jak na Horebie.

Na górę zbyt wysoką…

Wejście na Mont Blanc, czyli Białą Górę, było symboliczne. Biel to symbol czystości, odnowy oraz Autora obietnicy: Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją (Ks. Izaj. 1:18b, BT). Góra – droga, cel, miejsce ostatecznego spotkania twarzą w twarz z Zasiadającym na Górze. Ale Mont Blanc to również coś więcej… Dawid, szczególnie miły Bogu człowiek, modlił się w jednym z psalmów: „Na górę zbyt dla mnie wysoką wprowadź mnie, Boże” (Psalm 61:3b, BT, parafraza). O to chodzi w chrześcijaństwie. Wyruszyć na górę zbyt wysoką dla nas. Wykonać pierwszy krok w Bogu to zapomnieć o słowie „niemożliwe”. Wejście na Białą Górę jest pewną analogią do wejścia w Bożą wizję naszego życia. Tym może być najpierw zmierzenie się ze swoim lękiem, strachem, zostawienie swojej przeszłości, by wejść w podróż przez miejsce ufności, pasji i służby – aż wejdziesz w miejsce swojego przeznaczenia. Przesuniesz wtedy własne granice, poszerzysz horyzonty swojego postrzegania rzeczywistości. Zaczniesz wtedy żyć mocą Ducha Świętego na swoim codziennym Mont Blanc.

Krupówki albo góry

Każde wyjście w góry jest kapitalną analogią życia, symbolem, obrazem naszej codzienności. Jadąc w Tatry, możesz pojechać do Zakopanego, aby jako jedna z wielu tysięcy osób wydeptać chodnik na Krupówkach. Możesz jednak wybrać się w góry. W chrześcijaństwie, w życiu w ogóle, jest podobnie. Możemy deptać chodnik na Krupówkach, a możemy podjąć wyzwanie, aby wyjść w góry. Bóg wzywa! Nie przeżyj swojego życia na Krupówkach. Wyjdź w góry. Wyjdź w miejsce swojego przeznaczenia. Paweł apostoł napisał: Jesteśmy Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili (List do Efez. 2:10, BT). Bóg ma dla ciebie plan, wspaniałą wizję, ale to ty musisz wejść w tę wizję! Ten krok należy do ciebie.

Wyjdź!

Z Bożym planem, z wizją dla naszego życia jest dokładnie tak jak z wyprawą w góry. Podczas wspinaczki wysokogórskiej zmienia się nieustannie punkt widzenia. Na początku wyrasta przed tobą granitowa ściana mająca kilkaset metrów wysokości. Wtedy myślisz sobie: „Czy uda mi się tam wyjść? To nie jest możliwe”. Kiedy jednak podchodzisz bliżej, widzisz wąską ścieżkę biegnącą wzdłuż szczelin. Podążając nią, bez problemów wchodzisz na urwisko, które wcześniej wydawało się niemożliwe do pokonania, a potem widzisz kolejną szczelinę wiodącą w górę. W innych miejscach może będziesz potrzebował raków i czekana, może związania się liną z partnerem, ale okaże się, że się da. Można się wspiąć. Z dołu wszystko to może paraliżować. Kiedy jesteś na dole, możesz myśleć: „Nie dam rady”. W takim właśnie miejscu znalazło się mnóstwo bohaterów wiary. Kiedy Bóg przychodzi do Mojżesza z wizją jego życia, on odpowiada: „Panie, jestem jąkałą. Źle wybrałeś. Znajdź kogoś innego. Może Aaron?”. Kiedy Bóg przychodzi do Gedeona, ten ma problem z wiarą w Boga. W trakcie rozmowy odpowiada: „Wybacz, Panie mój, ale pomyliłeś namioty. Nie jestem osobą, której szukasz. A z dzielnym wojownikiem to chybiłeś. To na pewno nie ja. Znajdź kogoś innego”. Ewenementem jest Jonasz, który nawet nie wchodzi z Bogiem w dialog, tylko zamiast udać się 800 km na wschód, ucieka 2500 km na zachód. W przeciwną stronę. Jednak każda z tych osób stała się narzędziem w Bożych rękach.

Wyruszyć na górę zbyt wysoką dla nas. O to chodzi w chrześcijaństwie. Wykonać pierwszy krok w Bogu to zapomnieć o słowie „niemożliwe”

Co dzień stajemy przed decyzją: Komu zaufam? Kogo posłucham? Czemu podporządkuję wybór? Czy temu, jak sam siebie postrzegam, czy temu, jak widzi mnie Bóg? Mojżesz widzi w sobie jąkałę, Bóg widzi w nim wybawcę Izraela. Gedeon widzi w sobie tchórza, Bóg widzi dzielnego wojownika. Jonasz nawet z Bogiem nie rozmawia, a Bóg wie, że pomimo jego skomplikowanej i buntowniczej natury 120 tys. pogan uwierzy Bogu. Każdy z nich stanął w miejscu „to się nie uda”, „to nie dla mnie”. Każdy z nich wchodził w Boży plan stopniowo, aż wyszli na „górę zbyt wysoką dla siebie”. Może ty widzisz siebie w podobny sposób jak wyżej wymienieni bohaterowie. Może brak ci predyspozycji. Widzisz swoje braki, słabości. Ale Bóg właśnie takiego cię wybiera i zaprasza do wejścia w Jego zamysł dla twojego życia. Początkowo może to przekraczać twoje wyobrażenia i być „górą zbyt wysoką”. Do czasu, aż powiesz „tak” i wyruszysz na swoje Mont Blanc.

Wierność marzeniom

W 2011 r. podchodziliśmy po raz pierwszy na Mont Blanc. Niestety, nieudanie. Zbyt mocno wiało. Zawróciliśmy. W tym roku wyszliśmy na szczyt. To pewna ważna lekcja: być wiernym swoim marzeniom. Być wiernym temu, co Bóg wkłada nam w serce. Spotkasz w życiu przeciwny wiatr, niesprzyjające okoliczności, zawieruchy, tak że być może nieraz będziesz musiał zawrócić. Nigdy jednak nie rezygnuj! Nie poddawaj się! Kiedy Bóg wkłada w twoje serce plan, wizję, swoje marzenie, będzie temu wierny. I ty bądź wierny! Niecałe cztery lata temu założyłem Stowarzyszenie „Do Źródła”. Pod wpływem ewangelicznego przesłania Jezusa Chrystusa, bez wyznaczonych ram denominacyjnych, naszym pragnieniem jest składanie świadectwa o niezgłębionej miłości i dobroci Boga, wskazywanie drogi zbawienia w Jezusie Chrystusie oraz zachęty i pocieszenia w Duchu Świętym. To, co u początków działalności było tylko sferą moich marzeń, dzisiaj jest rzeczywistością. Moja znajoma z USA, Kathy, w 1986 r. założyła grupę „Ballet Magnificat!”, pragnąc poprzez balet wielbić Boga tańcem. Pomimo że wielu zniechęcało ją do tego, ona była wierna pragnieniu, które Bóg włożył w jej serce. Dzisiaj „Ballet Magnificat!” jest największą chrześcijańską, profesjonalną grupą baletową na świecie, wysyłającą dwie grupy misyjne, które podróżują po całym świecie i głoszą ewangelię. Jeżeli żyjesz na serio z Bogiem, On w sposób szczególny jest Dawcą, Twórcą twoich chęci, poruszeń, marzeń. I będą one coraz większe i śmielsze.

Wracając do obrazu gór: moje początki to Tatry. Nie myślałem wówczas o tym, że po latach będę chodził po górach Norwegii, Bułgarii, Rumunii – czy wreszcie pójdę w Alpy i Kaukaz. Nie wiedziałem, że wyjdę na Mont Blanc. Marzenia, które realizujesz, czynią cię bardziej pojemnym, abyś mógł przyjąć więcej. Tak jest w górach, ale i tak jest w życiu z Bogiem. Marzenia nierealizowane nie mają sensu. Marzenia są po to, abyś je urealnił. Kiedy przestaną mieszkać tylko w twojej głowie, dokonasz nadzwyczajnych rzeczy. Kiedy powiesz Bogu „tak”, On odpowie swoim większym „TAK”.

Planowanie, pakowanie

Tak zaczyna się każde wyjście w góry. Musisz zabrać to, co niezbędne, by przetrwać; łachmany, które mogą ciążyć, trzeba zostawić na dole. Nie lubię się pakować, ale lubię tę procedurę: co wziąć, czego nie brać. Przemyślane sortowanie rzeczy na konieczne i zbędne. Z życiem jest podobnie. Z początku wszystko wydaje się ważne i konieczne. Z biegiem czasu najważniejsze staje się to, co stanowi „skarb w niebie”. Uczniostwo, naśladownictwo, chrześcijaństwo jest też rezygnacją z rzeczy. Świat narzuca nam: „miej więcej!”. Tysiące rzeczy, które musisz mieć, mają sprawiać, że będziesz żył prościej i szczęśliwiej, a ostatecznie zajmują i biorą w niewolę. Chrześcijaństwo zaś ma w założeniu pewien rodzaj rezygnacji. Nie ma szans wyjść w góry, w Bożą wizję z całym dobytkiem. Potrzebna jest segregacja i zabranie rzeczy najważniejszych. Paweł apostoł napisał do Filipian o Tymoteuszu: Nie mam bowiem nikogo równego mu duchem, kto by się szczerze zatroszczył o wasze sprawy: bo wszyscy szukają własnego pożytku, a nie – Chrystusa Jezusa (List do Filip. 2:20–21, BT). W tym samym liście Paweł napisał: Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk (List do Filip. 1:21, BT). Umrzeć dla siebie. Umieć z „czegoś” zrezygnować. Umrzeć dla „szukania własnego pożytku”, by odnaleźć źródło, szczęście i pełnię w Chrystusie.

Etapy drogi

Na Mont Blanc startowaliśmy z wysokości 1200 m n.p.m., z miasteczka Les Houches. Mieliśmy do podejścia 3600 m, z 26-kilogramowym plecakiem. Podobnie jest w życiu – trzeba wziąć na siebie plecak swoich przywar, problemów, obowiązków, zobowiązań, trudności i iść z tym przez życie. Tym razem podzieliliśmy wyjście na szczyt na trzy etapy. Etap I: z Les Houches (1200 m n.p.m.) do schroniska Tête Rousse (3167 m). Etap II: z Tête Rousse do Goûter (3835 m) + aklimatyzacja na 4200 m. Etap III: wyjście na Mont Blanc. Etap IV: zejście. Startowaliśmy w chmurach z chwilowymi przejaśnieniami. Było dosyć chłodno. Padał deszcz. Mieliśmy zatrzymać się w baraku Forestiere, na wysokości 2768 m. W pewnym momencie stanęliśmy w miejscu, w którym nie było nic widać. Chmury zasłaniały wszystko, a my byliśmy na wysokości baraku, w którym planowaliśmy odpocząć i zjeść posiłek. Rozglądałem się dookoła i oprócz chmur nic nie widziałem. Chwilowe rozjaśnienie pozwoliło dostrzec barak kilkanaście metrów za nami. Kiedyś w Alpach niemieckich gęsta mgła uniemożliwiła mi i moim przyjaciołom przejście zaplanowanej trasy. Nie znaliśmy swojego położenia, było dużo śniegu, kontynuowanie drogi było niebezpieczne. Musieliśmy zawrócić. W każdej podróży, również w życiu, w chrześcijaństwie, ważne jest określenie własnej pozycji. To konieczne w górach. To niezbędne, kiedy chcemy gdzieś dojechać. Nie wyobrażamy sobie dzisiaj podróży bez znaków informacyjnych, map, GPS-ów i innych udogodnień. Niezbędne i konieczne jest również określenie swojej pozycji w życiu duchowym: Gdzie jestem? Kiedy wiesz, co mówi o tobie Bóg, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy jestem w centrum tego Słowa czy nie? „Wszystko, co moje, jest twoje” – mówi do nas Ojciec. Czy jesteś w środku tego daru?

Fałszywe wierzchołki

Większość gór takowe posiada – to największe wyzwanie dla wspinaczy. Przez parę godzin co parę sekund możesz spoglądać na szczyt. Przyciąga on oczy siłą potężną niczym grawitacja; nie możesz się powstrzymać, by nie patrzeć na wierzchołek, swoim widokiem kuszący do dalszej wspinaczki. A kiedy się nań wdrapiesz, okazuje się, że to wcale nie szczyt. Patrząc z dołu, dałeś się zmylić. Teraz dostrzegasz prawdziwy wierzchołek o jakąś niemałą przestrzeń dalej. A może to następny fałszywy wierzchołek? Czasami zadowalamy się półdrogą, półcelem – a chrześcijaństwo to nieustanne sięganie po nieustanne więcej.

(Ciąg dalszy w kolejnym numerze).